Moc doskonali się w słabości

Monika Dejneko-Białkowska
(fot. Lednica2000.pl)

Nigdy  nie doświadczyłabym miłości, gdybym polegała tylko na medialnym obrazie życia w Kościele katolickim. I to niezależnie, czy w latach jego "świetności", czy wobec obecnych kryzysów. Bez doświadczenia, bez uczestnictwa w nim, bez zmierzenia się z jego specyfiką, bez życia we wspólnocie, bez upadania i podnoszenia się, bez bliskości i troski nie miałabym prawa cokolwiek o nim mówić.

 

Na Lednicę pojechałam po raz trzeci. Metrykalnie nie jestem młodym człowiekiem pasującym do grona odbiorców tego wydarzenia. Moja młodość przypadła w czasie lat dziewięćdziesiątych, z dzisiejszej perspektywy odczytywanych jako: karuzela spełniających się marzeń czy konieczność sprostania tylu rzeczywistościom w tak krótkim czasie. Byłam niejako "pomiędzy". W pamięci szarość i niedobory komunizmu kontra multikolorowe sklepy, nagle zapełniające się towarami, o których nawet nie śniłam. Ostatecznie, nie pociągnął mnie ten nowy świat, nie "kupił" mnie kolorowym opakowaniem. Z drugiej strony, nie odnalazłam się w żadnej z istniejących wspólnot chrześcijańskich, by "pogłębiać ducha". Ot, niedzielny rytualizm, idący w kierunku naukowego zainteresowania filozofią chrześcijańską. Nie zawiązałam wspólnoty ani konsumpcyjnej, by krzepić ciało, ani religijnej, by rozwijać duszę. Z uwagą jednak śledziłam pielgrzymki Jana Pawła II do Polski. Pamiętam ich telewizyjny przekaz, euforię tłumów, kamery telewizyjne ślizgające się po masach ludzkich głów. W czasie "zachłyśnięcia się wolnością" nie przyszło mi do głowy, że w Polsce właśnie zaczyna się pewnego rodzaju kontestacja utrwalonego przez lata porządku. Porządku obecności Kościoła katolickiego w szeroko pojętej przestrzeni publicznej, w przekazie medialnym. Wydawałoby się, że film braci Sekielskich ten porządek wywrócił ostatecznie.

 

Bliskość

 

Tegorocznemu spotkaniu młodzieży towarzyszyło hasło "Wiesz, że Cię kocham". Wyznanie Szymona Piotra tuż po, wydawałoby się, absolutnej zdradzie, wyparciu się Jezusa, często mnie zastanawiało. Zdrada, grzech, niewierność wydają się świadczyć o zerwaniu więzi z Jezusem. Przecież podobnie uczynił Judasz. Cóż go odróżnia od Szymona Piotra? Co powoduje, że z wiarą wyznaje miłość Bogu? Gdybym poprzestała na wygodnej kanapie i podglądaniu lednickiego spotkania na ekranie monitora, odpowiedź nie byłaby tak oczywista. Uczestnicząc w XXIII Spotkaniu Młodych Lednica 2000, na każdym kroku znajdowałam odpowiedź.

 

Na polu lednickim co roku spotykają się ludzie, którzy śpiewem, tańcem, koronką do Miłosierdzia Bożego, adoracją Najświętszego Sakramentu w spiekocie i kurzu, a bywało, że w ulewnym deszczu i burzy wielbią Boga. I tak jest co roku. Zapytałam więc, dlaczego przyjeżdżają na Lednicę. Może szukałam odpowiedzi, dlaczego swoją młodość spędziłam na uboczu życia wspólnotowego. "Przyjeżdżamy na Lednicę, bo tu możemy zobaczyć żywy i młody Kościół. Tu nikt nie wstydzi się swojej wiary. Pomimo tego, co się dzieje w Kościele, my, młodzież, gromadzimy się i modlimy za wszystkich. Warto iść za Jezusem, bo to On pomaga, gdy upadniemy, to z Nim mam szansę na lepsze jutro""- tyle Nikola. Jej koleżanka Roksana dodaje: "Tu mamy poczucie, że nie jesteśmy same. Wśród rówieśników w szkole jest coraz mniej praktykujących osób a na Lednicy są tysiące młodych wychwalających Pana Boga. Tu nie jesteśmy same".

 

Są różne oblicza bliskości. Tegoroczna Lednica obfitowała w jej najpiękniejsze formy. Chodziłam wśród uśmiechniętych, rozdających "darmowe uściski" młodych, tańczyłam z nimi i śpiewałam, klęczałam na modlitwie. Tak doświadcza się wspólnoty, wręcz przesiąka bliskością. Powiecie, że to sentymentalne, ale miałam dreszcze na plecach, gdy nisko nad polem przeleciały samoloty, pozostawiając na niebie ślad, z którego powstało gigantyczne serce. Wszystko przy dźwiękach: "Tylko orły latają wysoko… Już za chwilę wylecimy z gniazda". Mając w tyle głowy wyznanie Szymona Piotra, spojrzałam na przechodzące po drodze do Bramy Ryby procesje. Zrozumiałam, że nie są pochodami "wszystkich świętych". To symboliczna droga ludzi słabych, zranionych, upadających, także tych, co wypadli z gniazda. Idą jednak w kierunku ołtarza, chcą być bliżej Jezusa. Oni tę bliskość wybierają, by "móc latać wysoko".

 

Na Eucharystię wskazywał Jan Paweł II w czasie pamiętnej pielgrzymki do Polski w 1979 r., widząc w niej siłę do pokonywania trudności życia codziennego, prosząc młodych, "aby byli mocniejsi niż warunki, w których przyszło im żyć". Ta, nietracąca na aktualności prośba, mimo innego kontekstu, wydaje się korespondować ze spostrzeżeniem papieża Franciszka, że "Kościół jest dziś szpitalem polowym". A szpital polowy to niecodzienne warunki. Lednica jest także takim szpitalem polowym. Tu medycy szukają rannych. Każdy spragniony pocieszenia, uleczenia spotyka Jezusa przebaczającego na tyłach Pól Lednickich. W tegorocznej spiekocie pole usiane było siedzącymi na trawie parami - kapłan i spowiadający się. "Tak wielu jest ludzi zranionych, którzy proszą nas o bliskość. Proszą o to samo, o co prosili Jezusa" - wydawało się słyszeć głos papieża Franciszka, gdy zatrzymywał się czas i blisko siebie, pochyleni nad zakurzonym polem rozmawialiśmy o tym, co od wyznania Bogu: "Wiesz, że Cię kocham" nas oddala. Nie zabrakło rozmów o pladze nadużyć seksualnych wobec małoletnich. Młodzi przyznawali, że tu nabierali śmiałości, aby o tym rozmawiać. Rozmawiać między sobą, rozmawiać z kapłanami. Przejmująco wyglądało błogosławieństwo, gdy nad klęczącymi księżmi ręce wyciągała młodzież, modląc się: "Panie, daj naszym kapłanom współczujące serca i naucz ich patrzeć na drugiego człowieka, jak Ty na niego patrzysz".

 

Troska

 

Zostaliśmy zobowiązani do wzajemnej troski o siebie, jak wspólnota bliskich ludzi, nieskażona klerykalizmem czy uprzedzeniami. Ułożenie w świadomości tego porządku będzie trudne, jeśli tylko z poziomu przekazu telewizyjnego czy gazetowego ktoś chce postrzegać czy oceniać Kościół katolicki w Polsce. Tłumy, które gromadził Jan Paweł II, szły za pasterzem, któremu ufały. Widziały jego siłę i czerpały z niej nadzieję. Osoba pasterza w trudnych społecznie i politycznie czasach przyciągała do owczarni, jaką był Kościół. To w Kościele było schronienie. Obecny kryzys zaufania do Kościoła jako instytucji, do poszczególnych księży może stawiać poza jego nawiasem. Już nie w Kościele, ale poza nim, jako miejscem bezpiecznym. Może być pokusą, aby uciec. Patrząc na tegoroczną Lednicę przepełnioną gestami bliskości, modlitewną troską, Tomaszowym dotknięciem ran, wspólnotowym przeżywaniem sakramentów, widziałam Szymona Piotra trzykrotnie zapierającego się znajomości z Jezusem, by ostatecznie powiedzieć: "Ty wiesz, że Cię kocham". Judasz utracił bliskość z Jezusem, uciekł. Piotr poszedł dalej za swoim Mistrzem. Z bliskości z Nim zrezygnować nie umiał, jakby wiedział, że poza tą bliskością czeka go śmierć.

 

Droga

 

Niejako na uboczu głównych "atrakcji" spotkania lednickiego, kilkaset metrów od miejsca, które w sobotę 1 czerwca zgromadziło sześćdziesiąt tysięcy ludzi, stoi budynek, którego kilka pomieszczeń zamienia się w szpital polowy. Tu pomocy w nagłych, przeróżnych przypadkach udzielają lekarze, studenci medycyny, ratownicy medyczni, każdy, kto jest w stanie pomóc. Robią to z misją, z pasją. Ich bliskości z potrzebującymi nie ograniczają zbędne, nadmierne procedury, upływający czas dyżuru. Wszyscy są wolontariuszami, niektórzy są na Lednicy kilkanaście razy. Wcześniej byli uczestnikami Spotkań prowadzonych przez o. Jana Górę. Sprawność ich działania, troska, której doświadcza pacjent szpitala polowego, utwierdzają w prawdziwości słów Jana Pawła II, że "człowiek jest mocny, kiedy wie, że jest kochany".

 

Nigdy tej miłości nie doświadczyłabym, gdybym polegała tylko na medialnym obrazie życia w Kościele katolickim. I to niezależnie, czy w latach jego "świetności", czy wobec obecnych kryzysów. Bez doświadczenia, bez uczestnictwa w nim, bez zmierzenia się z jego specyfiką, bez życia we wspólnocie, bez upadania i podnoszenia się, bez bliskości i troski nie miałabym prawa cokolwiek o nim mówić. I nie rozumiałabym Jezusa Chrystusa czyniącego z Szymona Piotra pasterza tegoż Kościoła.

 

Monika Dejneko-Białkowska - z wykształcenia ekonomistka, z zamiłowaniem fotografuje, jest żoną prezesa KIK w Toruniu, mamą dwóch wspaniałych córek - Marty i Marysi, żyje z wieloma pasjami, z życia czerpie pełnymi garściami

 

 

 

Wspomóż Nas

Twoja ocena:

Średnia ocen:

3.58

Liczba głosów:

12

 

 

Komentarze użytkowników (3)

Sortuj według najnowszych

Zgłoś do moderacji

abcdefghijk 16:37:06 | 2019-06-16
Kolejny dowód na prawdę znaną - miłość nie potrzebuje urzędników w koloratkach.

Oceń 6 6 odpowiedz

Zgłoś do moderacji

doroszkrzych 13:17:44 | 2019-06-16
Moniko! dzięki za ten głos. Oby jak najwięcej takich wypowiedzi! 

Oceń 3 4 Pokaż odpowiedzi odpowiedz

Facebook @portalDEONTwitter @deon_plYouTube @portalDEONplInstagram @deon_plKontakt

Logowanie

 
Opcja umożliwiająca automatyczne logowanie w serwisie przy kolejnej wizycie. Jest aktywna do momentu wylogowania.
zarejestruj się zapomniałeś hasła?