Monstrancja w kabrio, na koniu i na dronie. Sam Chrystus to za mało?

Szymon Żyśko
(fot. Rachel Moore / Unsplash)

Włoski arcybiskup wiezie Najświętszy Sakrament konno i w pewnym momencie spada z nim z konia. W pszczyńskiej parafii wyjeżdża na ulicę czerwony kabriolet z proboszczem trzymającym monstrancję. Gdy widzę takie obrazy, jak te z ostatnich dni, to mam w głowie pytanie (i w dużej mierze też do samego siebie), czy nie zabrnęliśmy za daleko w naszej chęci wyróżnienia się? Może bardziej chodzi już o nas niż o samego Boga.

 

Moje myśli dobrze ujął Grzegorz Kramer SJ, który napisał na swoim Facebooku: "Konie, samochody, drony, hulajnogi, solówki na kazaniach, pieśni o miłości podczas ślubów. Jezu, jak Ty się nam znudziłeś. Jak już nie wystarcza nam po prostu Eucharystia...". Czy wystarczy mi sam Chrystus?

 

Rzeczywiście w ostatnich miesiącach sporo było wydarzeń z Najświętszym Sakramentem "w roli głównej", które - mówiąc bardzo ogólnie - szokowały. I słowo "wydarzenie" nie pada tutaj przypadkowo, bo lepiej oddaje charakter podobnych modlitw niż adoracja. Ktoś może powiedzieć, że przecież uobecnienie Żywego Boga powinno być czymś takim w naszym życiu. Wydaje mi się jednak, że zbyt często mylimy pojęcia "spotkanie" i "event".

 

Jestem przekonany, że w ludziach jest dobro i szczera chęć pokazania swoim zachowaniem tego, co często trudno wyrazić słowami, czyli rzeczywistości wiary. Jednak granica pomiędzy świadectwem a manifestacją jest cienka. Bardzo łatwo przejść z poziomu spotkania i misterium do performansu, show z udziałem Jezusa. Boga nasza wrażliwość ani nie wstydzi, ani nie brzydzi, pytanie tylko czy nam samym pomaga doświadczać tego, po co procesje Bożego Ciała w ogóle są - zrozumienia, że Bóg zamieszkał ze swoim ludem (Mt 28, 20b). A skoro zamieszkał, to pragnie być jeszcze bardziej obecny. Z Jezusem warto się przejść, a nie wozić Go kabrioletem lub na koniu.

 

Włoski biskup padł "ofiarą" wielowiekowej tradycji. Polski ksiądz okazał się schorowanym człowiekiem, który na swojej parafii jest sam. Przykuwające wzrok auto zaoferowali mu w dobrej wierze parafianie. W obydwu przypadkach zabrakło wrażliwości i uważności po stronie księży i wiernych. Zwłaszcza że niedawno papież Franciszek mówił o faraonach w Kościele, którzy schlebiają samym sobie. Zgrzyt wydawał się więc nieunikniony. Pod płaszczykiem tradycji lub przyjęcia daru łatwo jest przemycić własną pychę. Do samych wiernych natomiast warto kierować pytanie: po co nam w ogóle Boże Ciało? Odpowiedź znalazłem w dwóch innych miejscach.

 

Folklor nie musi razić

 

Uroczystość Bożego Ciała przywodzi mi na myśl ciepłe wspomnienia rodzinnych stron. Ten dzień zawsze kojarzył mi się z upałem; zapachem ściętych ogrodowych kwiatów, które mieszały się w kościele z dymem żywicznego kadzidła; i z wieczorną burzą, która była potrzebna, żeby opadły emocje i napięcia po intensywnym dniu. Jako dziecko miałem przekonanie, że od samego Bożego Ciała ważniejsza była jego oktawa. W wielu miejscach przetrwała dziś ona jedynie jako wyraz pobożności wiernych, choć oficjalnie została zniesiona w 1955 r. Dlaczego była dla nas tak ważna? Bo najszczerzej mówiła o tym, czego pragną prości ludzie w mojej parafii: poznać Boga i dać Mu się poznać samemu.

 

Pochodzę z małej wielkopolskiej parafii. Prócz 4-tysięcznego miasta skupia ona również okoliczne wioski z ich mikro kościółkami i kapliczkami. Każdego dnia w czasie oktawy Bożego Ciała inna wioska prowadzi procesję w głównym kościele parafialnym. Przez tydzień trwają przygotowania angażujące całą społeczność. Pamiętam dokładnie, jak to wygląda. Ministranci prali komże, pierwszokomunijne dziewczynki pukały do kolejnych domów, prosząc, by mogły zebrać opadłe płatki kwiatów z sąsiedzkich ogrodów. "Matki Różańcowe" szykowały sztandary i spotykały się, aby przećwiczyć pieśni. Dawniej takie próby odbywały się przy stole kuchennym w domu mojej babci. Wpadałem w biegu, żeby się napić wody, i słyszałem, jak się poprawiają, śmieją, wzajemnie zwalniają lub poganiają w śpiewaniu.

 

Spośród wszystkich mężczyzn we wsi wybierano sześciu, którzy mieli prowadzić kapłana i nieść baldachim. To prawdziwe wyróżnienie, zaszczyt i obowiązek. Nad wszystkim dawniej czuwał zakrystianin z naszej kaplicy, w moich stronach nazywany potocznie kościelnym. Czytania, psalmy, modlitwy i śpiewy - wszystko było nasze. Ostatnie próby trwały jeszcze w autobusie, który wynajmowano, żeby wszyscy mogli się dostać na procesję. Jechały nim dziewczynki ubrane na biało, ministranci, flagi, sztandary, figury. Krótko mówiąc, wszystko, co na co dzień służyło naszej modlitwie.

 

Na msze przyjeżdżali też wierni z okolicznych wiosek. To był folklor, który każdy chciał zobaczyć. Podpatrywaliśmy się wzajemnie, kto co robi, żeby za rok jeszcze lepiej samemu się zaprezentować. Do nas należała oprawa ostatniego dnia oktawy, więc mogliśmy zawsze przebić wszystkich. Chodziły słuchy, że nikt tak pięknie nie śpiewa jak parafianie z Nietuszkowa. Żartobliwe przechwałki i przekomarzanie towarzyszyły ludziom jeszcze przez wiele dni, gdy rozmawiali w sklepowej kolejce lub przez płot, pracując w ogródkach. Towarzyszył też temu zawsze stres, który jako dziecko dobrze zapamiętałem. Ministranci denerwowali się, czy poradzą sobie przy "nie swoim ołtarzu"; lektorki zaciskały w dłoni kartki z modlitwami i czytaniami, które szlifowały przez ostatnie dni. Kiedy wejść i wyjść? Jak się ustawić? Czy sypiemy równo kwiatki? Każdy miał swoje zadania i swoje problemy do ogarnięcia. Ale kiedy procesja już ruszała, to nie było niczego poza Najświętszym Sakramentem. Wszystkie role stawały się drugoplanowe. Nikt nie miał problemu z tym, żeby usunąć się w cień. Bez dodatkowej katechizacji, nie znając dokumentów ani pism Ojców Kościoła, każdy sam i wszyscy razem z ogromnym wyczuciem potrafiliśmy okazać szacunek i przywiązanie do Boga. Było to coś naturalnego, czego nikt nas nie uczył. Wracaliśmy w poczuciu, że stało się coś naprawdę wielkiego. Czy Bóg dotykał naszych serc, zmieniał nasze życie lub stawał się bardziej realny? Jestem pewien, że tak. Nie rozmawialiśmy o tym, nie mieliśmy potrzeby. Taka jest specyfika duchowości na prowincji: często szorstkiej, innym razem emocjonalnej i przerysowanej.

 

Lepiej z Nim chodzić, niż Go wozić

 

O tym, że nie warto wylewać dziecka z kąpielą, przypomina mi każdorazowo adoracja na Lednicy. Wiele osób skreśla Spotkanie Młodych na Polach Lednickich, mówiąc, że to festiwal kiczu. Mnie udało się spotkać tam Jezusa. Można wiele zarzucić formie spotkania, ale od samego początku Jan Góra OP miał prorockie przeczucie, że trzeba młodym ludziom dać możliwość spotkania z Chrystusem w ich własnym świecie. Po tańcach i piosenkach przychodzi moment adoracji i całe pole zamiera. Nikt ich nie uczy; nikt nie zapowiada, że teraz trzeba się zachować tak czy inaczej. Oni to czują, klękają i uczą się być. Jak w kilka minut uspokoić rozpalone emocjami ciała i myśli, odnajdując pokój w sercu? Na to pytanie odpowiedź zna tylko Jezus. Jan Góra powtarzał często "Daj młodym Chrystusa, będą wiedzieli, co mają robić". Po wielu latach ten obraz wciąż nie uległ zmianie. Byłem tam w minioną sobotę. Przeszywająca cisza, spontaniczne łzy, subtelne uśmiechy, niereżyserowane reakcje - rozmawiali z Nim tak, jak potrafili.

 

Podobnie było w tegoroczne Boże Ciało. Wolontariusze w upale przygotowywali pole do spotkania młodzieży, a duszpasterze ledniccy wyszli do nich z Najświętszym Sakramentem. Bóg wyszedł do ludzi, spotykając ich w różnych sytuacjach, jedni myli butelki, inni wkopywali paliki i rozwijali siatkę. Na chwilę przerywali swoje obowiązki i wracali do nich z jeszcze większym zaangażowaniem.

 

(fot. Łukasz Frasunkiewicz / Lednica2000)

 

W niedzielę pierwszy raz uczestniczyłem w procesji organizowanej przez dominikańskie duszpasterstwo "Beczka". Mieszkam od 4 lat w Krakowie, ale zawsze było mi nie po drodze. Miałem masę wymówek: przecież już nie jestem studentem, to nie moja wrażliwość. A jednak okazało się, że to bardzo bliska mi duchowość. W tej prostocie wspólnej celebracji odżyło wiele wspomnień związanych z domem. Szliśmy powoli przez krakowskie Planty, było już ciemno. Prowadził nas ogień, śpiew był zwyczajny, modlitwy proste, a czytania znajome nawet dla większości niedzielnych katolików. A jednak było to coś niespotykanego. W tłumie usłyszałem wymianę zdań (i żeby było jasne, to nie był żaden mistyczny dialog): "Pięknie pachnie w taką pogodę" - powiedziała pierwsza. "No. Aż nie potrzeba kadzidła" - odpowiedziała druga. Czasami można zupełnym przypadkiem dotknąć misterium i sacrum, nawet żartując z pogody. Tego wieczoru rzeczywiście ostry zapach kadzidła mieszał się ze słodkim zapachem kwitnącej lipy, jakby wszystko dookoła kadziło i rozkwitło tylko po to.

 

Szliśmy tymi samymi ulicami, którymi każdego dnia idziemy do szkół, do pracy, na zakupy. Mijaliśmy turystów i mieszkańców - jednych widok procesji bardziej zaskakiwał, innych mniej. Bezdomny mężczyzna spał na ławce, na której zazwyczaj go widuję o tej porze, i nawet się nie przebudził, był u siebie. Nie było teatru i niezrozumiałych gestów. Nie wynajęto Plant, nie zamalowano graffiti na ławkach, nie wyproszono postronnych, a kwiaty padały na tę samą drogę, po której chodzimy. Na której można spotkać co kilka metrów przyklejoną gumę do żucia, patyczek po lodach czy niedopałek papierosa. Jezus szedł naszymi ścieżkami.

 

Po co nam w ogóle Boże Ciało?

 

"Po co wychodzimy dzisiaj z tym chlebem na ulicę? Żeby powiedzieć światu: nigdy nie będziesz jadł tego chleba? Zobaczcie, jaki mamy skarb, ale on nie jest dla was? Dlatego wyszliście?" - pytał abp Ryś podczas homilii w uroczystość Bożego Ciała w 2015 roku.

 

Jeśli nie ma w centrum Jezusa, a w związku z tym Ewangelii, wynikających z niej gestów miłości, dostrzeżenia słabych i odrzuconych przez nas, to procesja staje się tylko pustą manifestacją poglądów. Pamiętam tutaj też inne słowa abpa Rysia, gdy mówił, że na ręce wyciągniętej przez chrześcijanina do drugiego człowieka zawsze powinien być Chleb Eucharystyczny. Ta ręka nigdy nie jest pusta. "Kult, najważniejsza rzeczywistość naszej wiary, nie wyczerpuje wszystkiego, jest źródłem" - mówił do zebranych wtedy jeszcze biskup pomocniczy krakowski, zachęcając do otwierania się na siebie wzajemnie.

 

Chcemy się angażować i dawać coś od siebie, ale bardzo często ograniczamy to do wprowadzania unowocześnień. Czasem największą sztuką jest zaangażować się i odkryć na nowo to, co już jest. Ksiądz z Najświętszym Sakramentem na koniu lub w sportowym samochodzie może słusznie wywoływać sprzeciw i niesmak. Mnie to zdenerwowało. Przypomniała mi się też jednak adoracja w Luizjanie, o której kiedyś robiłem materiał. Najświętszy Sakrament płynie każdego roku z miasta do miasta łodzią. To dla niektórych jedyna okazja, by Go spotkać. Porusza mnie to. Jaki jest więc klucz oceny? Myślę, że jest nim przede wszystkim odpowiedź, w jakiej roli występuje tu Jezus. Czy jest gościem zaproszonym, aby uświetnić nasze wydarzenie, dodać nam prestiżu? Czy jest raczej sam w sobie wydarzeniem, które nas jednoczy? Odpowiedź jest prosta i wtedy okazuje się, że nie potrzebujemy dodatków, a najważniejsze staje się moje osobiste przygotowanie. To wyjście jest jednym z najważniejszych świadectw, od teraz twoja twarz będzie już kojarzyć się wszystkim z tym Nazarejczykiem. To domaga się od nas dawania codziennego świadectwa uczciwości, przyzwoitości, dobroduszności, skromności, miłosierdzia… Tak wygląda prostota chrześcijańskiego życia.

 

Czym jeździłby Jezus?

 

Pastor Jesse Duplantis z Nowego Orleanu twierdzi publicznie, że Jezus każe mu zbierać pieniądze na kolejny samolot odrzutowy. "Muszę być gotowy. Jeśli przyjdzie, nie będzie przecież jeździł na ośle, tylko latał po świecie" - dodaje. Nie jestem tego taki pewny. W czasach Jezusa były przecież rydwany, których nie używał. Wolał chodzić pieszo, jeździć na ośle lub pływać rybacką łodzią. Jakie drogi wybiera Jezus? Te, które są najbliższe człowiekowi. Bóg na swoich ścieżkach nie szuka prestiżu, nobilitacji, ale mnie. Będzie więc chodził tam, gdzie najmniej się Go spodziewam, gdzie najbardziej Go potrzebuję.

 

Nie może być tak, że kiedy każemy ludziom zdejmować maski przed Bogiem, z Jego obecności robimy teatr. Nigdy nie uda nam się lepiej uczcić Najświętszego Sakramentu niż w naszej jedności. O to przede wszystkim musimy zabiegać.

 

 

Szymon Żyśko - dziennikarz i redaktor DEON.pl. Autor książki "Po tej stronie nieba. Młodzi święci". Prowadzi autorskiego bloga www.nothingbox.pl

 

Wspomóż Nas

Twoja ocena:

Średnia ocen:

5

Liczba głosów:

17

 

 

Komentarze użytkowników (16)

Sortuj według najnowszych

Zgłoś do moderacji

bugnini 14:01:46 | 2018-06-12
OTO "UWSPÓŁCZESNIENIE"!
OTO "WIOSNA KOŚCIOŁA"!
OTO "NOWE", BO STARE, tzw przedsoborowe, BYŁO BEE..., BYŁO NIEEKUMENICZNE, NIENOWOCZESNE itd.
Przykre jest, że za wasze głupie pomysły przyjdzie kara.
Ale milcze, bo nazwą mnie pelagianinem, heretykiem (tzw. adhortacja Gaudete et exsultate).

Oceń 4 odpowiedz

Zgłoś do moderacji

lleszek 22:27:23 | 2018-06-09
Czy wszystko musi być sztywne i nadęte ?
Stare ale ciągle jare.
https://www.youtube.com/watch?v=PKKVVnKjr2g

Oceń 1 1 Pokaż odpowiedzi odpowiedz

Zgłoś do moderacji

MR 19:17:25 | 2018-06-07
Czym innym jewst folkror, niektóre rytuały ludowe z tradycją wielu setek lat. Czym innym potrzeba zabłyśnięcia pokazania czego, czego "inni nie mają" ze światra mediów komercji, celebry. To najczęściej tandeta. Gdzzie granica między przemianami w naszych rytuałach, wynikającymi z ważnych zmian  w otaczającym świecie, a gdzie pogoń za efekciarstwem, blichtrem. I zastanawiam się jak czułby się Jezus  w tym świecie

Oceń 8 Pokaż odpowiedzi odpowiedz

Zgłoś do moderacji

andrzej_a 19:46:33 | 2018-06-07
Kluczem do zrozumienia wielu epizodów z życia w wierze jest nasze SERCE i jego głębia.

To jak podróżuje Caiło Pana Jezusa, a tym samym i On (jak podróżuje) nie jest tak istotne, jak serca wiernych; ich otwartość na Boga i szczerość w wyznawanej wierze oraz posługa, czyli uczynki pod natchnieniem Boga.

Ta jakże mało pojmowana rzeczywistość naszej wiary okazuje się na Sądzie Bożym decydującym faktem przesądzającym o naszej przyszłości w wymiarze Ducha lub duszy.

A jaka jest różnica, pomiędzy duszą a Duchem, ktoś może zapytać.

Otórz większość z nas wierzących, bez przyjęcia Ducha Świętego z namacalnymi Darami zwanymi Charyzmatami, przechodzi (po śmierci ciała) do tamtego świata (wymiarów) jedynie w postaci świadmości duszy; duszy nie złączonej z Duchem Bożym.

Taka dusza nie może wejść do domu Ojca Pana Jezusa i zwykle trafia do któregoś z wymiarów piekła, choćby celem odpokutowania win w ramach Pierwszego Czyśćca.

Tak jak świadczą w swoich pamiętnikach słudzy Boga (pośród nich jest wielu Doktorów Kościoła w tym o. Pio oraz siostra Faustyna) prawdopodobnie więcej niż 90% ludzi w tym wierzących, po śmierci ciała trafia do piekła.

Ci co wchodzą do Nieba zwykle posiadają Ducha Bożego złączonego z duszą. Jak głębokie są te złączenia, to też jest istotne, póki co tego szczegółu, Bóg mi w "swoistej pełni" (nie wiem jak ten stan doświadczenia nazwać) jeszcze nie objaśnił, poza "mieszkaniami duszy", które są kluczem do tych złączeń.

Jest jednak niepokojący fakt dotyczący Niedzielnych wierzących, o którym kiedyś nie miałem żadnego pojęcia.
Pierwszy raz o tym fakcie usłyszałem wiele lat temu, z kręgów braci zakonnych, ale zupełnie w to nie uwierzyłem.

Wyobraźmy sobie jednak, iż siadamy w ławce podczas Niedzielnej Mszy Świętej i ponad 90% wszystkich zebranych (do okoła) zagraża przyszłość życia w którymś z wymiarów piekieł.

Następnie pomyślmy co uczynić, aby nas w tej licznej grupie nie było.

Pośród wielu "widzeń" i doświadczeń, Bóg ukazał mi wymiar ognia wiecznego, które jest chyba najcięższym z wymiarów piekieł. Kolejnym chyba jest spalona ziemia w różnych formach, zniewalająca dusze. "Klatki krwi" to kolejny wymiar piekieł. Ciemne jamy, skały itp w których są zamknięci nieszczęśnicy. Po "morze zamarłych dusz", stojących w bezruchu, których każda jest zamknięta w jakimś dramatycznym wydarzeniu z własnego życia, niczym w programistycznej iteracji. Te doświadczenia zbieram na przykład na drogach modlitewnego wstawiania się za "dusze cierpiące". Stanowią one jednak bardzo rzadkie doświadczenia, zwykle w ilości jednej lub kilku na rok. Choć niektóre dusze przychodzą po pomoc jakby z zezwolenia Bożego. Doprawdy trudna jest do opisania ta rzeczywistość.

Czasami siedzę obok brata lub siostry w ławce kościelnej i nawet nie myślę, gdzie ona trafi po tym życiu, choć to jakoś mimowolnie czuję, jakby ponaglenie, aby się za tą osobę wstawiać u Boga o pomoc.
Jednak w tych momentach zdecydowanie bardziej jestem skupiony na celebracji Przenajświętszego Ciała Pana Jezusa, niż na swoim bracie czy siostrze w potrzebie. Ich, gwoli ścisłości, pozostawiam Woli Pana Jezusa i późniejszym modlitewnym intencjom.

Wiem, że to co powyżej napisałem może wydawać się stanem jakiejś choroby.
Jednak z drugiej strony zauważmy, iż My sami będziemy mieć bardzo wiele problemów z przekonaniem alkoholika, że jest chory i powinien się zacząć leczyć. Takim samym wyzwaniem będzie przekonanie do zmian człowieka żyjącego w depresji, czy z innymi chorobami psychicznymi.

I tutaj wskazówką jest Pan Jezus, który tak określił swoje grupy odbiiorców:
"Nie potrzebują lekarza zdrowi, lecz ci, którzy się źle mają” (Mt 9,12)

Co oznacza, że dla każdego z Nas jeszcze nie jest za późno, choć czas jest coraz krótszy.

Oceń 16 Pokaż odpowiedzi odpowiedz

Pokaż więcej komentarzy

Facebook @portalDEONTwitter @deon_plYouTube @portalDEONplInstagram @deon_plKontakt

Logowanie

 
Opcja umożliwiająca automatyczne logowanie w serwisie przy kolejnej wizycie. Jest aktywna do momentu wylogowania.
zarejestruj się zapomniałeś hasła?