Czy Polska tylko dla Polaków?

(fot. EPA/PETER KNEFFEL)

Uchodźcy i imigranci zaczęli skutecznie spędzać sen z powiek politykom europejskim. Problem nie jest jednak nowy. Trwa od wielu lat, tyle że obecnie wzrosła skala zjawiska imigracji, bo nasiliły się jej przyczyny. A co mamy zrobić my, Polacy, w większości przyznający się do katolicyzmu?

 

Na początku XXI wieku pracowałem dwa lata w aresztach w Niemczech, gdzie imigranci w uwłaczających warunkach oczekiwali miesiącami na przymusową deportację do swoich krajów. Nie kwalifikowali się do tego, by otrzymać status uchodźcy. Większość z nich nie potrafiła udokumentować jakichkolwiek prześladowań z powodów politycznych czy religijnych, które przecierpieli, a tego wymagało wówczas niemieckie prawo, aby udzielić azyl obcokrajowcom. Ludzie po prostu przyjeżdżali do Niemiec, szukając lepszego życia i pracy. Dzisiaj dzieje się podobnie. Pamiętam jednak, że po roku wizyt w aresztach doznałem szoku, gdy w końcu zdałem sobie sprawę, jak wiele ludzi tuła się w ukryciu po świecie, z narażeniem życia, często nielegalnie. Tego się po prostu na co dzień nie widzi. Czasem lepiej nie widzieć.

 

Prawdą jest, że sporo imigrantów przynajmniej na początku nie chce, bądź nie potrafi, właściwie zintegrować się ze społeczeństwem, które ich przyjmuje. To naturalne, że chcą zachować swoje tradycje i kulturę. Oczywiście, jakaś forma asymilacji powinna być warunkiem ich przyjęcia, chociażby nauka języka gospodarzy, przynajmniej pośród młodszej generacji. Pytanie, czy w ogóle jest to możliwe w takiej formie, w jakiej byśmy tego oczekiwali. Trudno przesadza się stare drzewa. W Chicago można się dogadać w przeszło 60 językach, a gdy pojedzie się do Chinatown w Nowym Jorku Chińczycy nie potrafią wydukać jednego zdania po angielsku, chociaż mieszkają tam od wielu lat. Z pewnością jest to jedno z najtrudniejszych wyzwań, które powoduje opór mieszkańców Zachodu wobec "obcych". I nie znajdziemy tutaj idealnego rozwiązania. 

 

Wiceprezes PiS Beata Szydło, komentując parę tygodni temu apel Unii, by bardziej otworzyć się na napływających do Europy imigrantów, powiedziała: "Myślę, że jeżeli rozmawiamy o tej solidarności europejskiej, o tych problemach uchodźców to my, Polacy, powinniśmy przede wszystkim, i w tej chwili polski rząd powinien być w tej solidarności z Polakami, którzy są poza granicami naszego kraju. Chcą tu wrócić, a z różnych powodów nie mogą"

 

Trudno nie zgodzić się z tym zdaniem, ale tylko do pewnego stopnia. Z punktu widzenia interesu państwowego normalną rzeczą jest, aby starać się najpierw o dobro swoich rodaków. Niemniej, zabrakło mi w wypowiedzi Beaty Szydło ważnego rozróżnienia. Czym innym jest troska o Polaków, którzy chcą wrócić do ojczyzny, a nie mogą, a czym innym gotowość pomocy tym, którzy są w jeszcze większej potrzebie. Z tego, co mi wiadomo, nigdzie Polakom nie grozi utrata życia czy prześladowania z powodu wiary lub przekonań światopoglądowych. Jeśli gdzieś doświadczają biedy, to ma ona głównie wymiar ekonomiczny, ale chyba mało kto przymiera głodem. Jest to niewspółmierne z losem uchodźcy, np. z Syrii, gdzie człowiek żyje w ciągłym strachu, czy dziś lub jutro nie zostanie zastrzelony lub zagazowany. Trzeba więc troszczyć się o swoich, ale też pomagać tym, którzy stykają się z większymi zagrożeniami i biedą. Tego wymaga zwykła ludzka solidarność.

 

Nie da się dzisiaj myśleć o państwowości wyłącznie w kategoriach wyizolowanej wyspy dla "swoich". Nie możemy być zamknięci na tych, którzy szukają pomocy, zwłaszcza dla zdesperowanych. Oczywiście, trzeba to robić roztropnie, stawiać pewne warunki, bo istnieje różnica między gościem a gospodarzem.

 

Sam Jezus jako bezbronne dziecko uciekał z Józefem i Jego Matką do Egiptu przed mieczem Heroda. Cała rodzina znalazła tam schronienie, chociaż wylądowała w kraju pogańskim. Oczywiście, Bóg mógł ich cudownie uchronić od śmierci, zgładzić Heroda i innych prześladowców. Wybrał jednak inny sposób rozwiązania sprawy, który przez wieki jest typowy dla milionów ludzi tułających się po świecie - ucieczkę poza swoją ojczyznę, co zwykle robi się niechętnie. Nic dziwnego więc, że w scenie Sądu Ostatecznego, król zapyta nas także o to, czy przyjęliśmy przybyszów. Nie jest tam napisane, jakiej oni są narodowości, religii czy koloru skóry. Ewangelia nie pozostawia tutaj żadnych złudzeń.

 

Sądzę, że imigranci będą sporym wyzwaniem duszpasterskim i próbą wiary dla Kościoła w Polsce. Głównie dlatego, że słabo kojarzymy tę sprawę z Ewangelią i chrześcijaństwem. Zresztą, podobnie z innymi społecznymi problemami. Kiedy Papież Franciszek mówi o nierówności ekonomicznej, to wielu osobom (pamiętającym jeszcze komunizm) kojarzy się ta mowa z marksizmem i lewicą - jakby to był temat zarezerwowany wyłącznie dla nich. Więc nauczanie Papieża jest przemilczane. Gdy słyszymy o napływie ludzi z Afryki - od razu pojawia się straszak, że idzie kolejny potop, tym razem islamski, przed którym musimy się bronić. To są ogromne uproszczenia, których nie można na dłuższą metę powielać i trzeba im przeciwdziałać. To także zadanie dla Kościoła.

 

Czas już więc pomyśleć o wspomnianych wyzwaniach, uprzedzając nieuniknione wydarzenia. Wszyscy potrzebujemy odpowiedniego przygotowania duchowego, edukacji, rzetelnej informacji, by najpierw zmierzyć się z naszymi lękami, poczuciem zagrożenia, uprzedzeniami i stereotypami. Chodzi też o poszerzenie naszego rozumienia Ewangelii. Relatywnie łatwo okazywać miłość swoim bliskim, bo ich znamy. Nie natrafiamy w nich na barierę językową i kulturową. Trudniej otworzyć się na tych, którzy są przybyszami. Jest to o tyle ważne, że nie mamy zbyt wielu doświadczeń w tej kwestii, jak, na przykład, Amerykanie. Wszystkiego dopiero będziemy musieli się uczyć. Jesteśmy społeczeństwem, w którym odsetek obcokrajowców jest wciąż znikomy. Dlatego potrzebujemy czasu na dojrzewanie. I nie wystarczy napisanie okazjonalnego listu episkopatu na temat migracji, choć to byłby pewnie pierwszy ważny krok. Duchowe i mentalne przyjęcie imigrantów przez polskie społeczeństwo będzie długim i niełatwym procesem, który musimy rozpocząć, aby później uniknąć nadmiaru niepotrzebnych napięć i konfliktów.

 

 

Dariusz Piórkowski SJ - dyrektor naczelny Wydawnictwa WAM

 

 

Wspomóż Nas

Twoja ocena:

Średnia ocen:

3.06

Liczba głosów:

36

 

 

Komentarze użytkowników (0)

Sortuj według najnowszych

Facebook @portalDEONTwitter @deon_plYouTube @portalDEONplInstagram @deon_plKontakt

Logowanie

 
Opcja umożliwiająca automatyczne logowanie w serwisie przy kolejnej wizycie. Jest aktywna do momentu wylogowania.
zarejestruj się zapomniałeś hasła?
Zaloguj przez Facebook