Komunia dla rozwodników?

Jerzy Sosnowski (fot. Marcin Kiedio)

Sam, będąc rozwodnikiem i żyjąc w związku niesakramentalnym, choć z pozoru powinienem takiemu stawianiu sprawy przyklasnąć, wiem dokładnie (właśnie z racji mojego niewesołego doświadczenia), że sprawa jest znacznie bardziej skomplikowana.

 

Obserwuję z mocno mieszanymi uczuciami, jak media relacjonują dyskusję w Kościele o komunii dla rozwodników. Z nierzadką we współczesnym dziennikarstwie prostotą dzielą strony na konserwatywny zamordyzm i postępowe zrozumienie dla pojedynczego człowieka. Tymczasem sam, będąc rozwodnikiem i żyjąc w związku niesakramentalnym, choć z pozoru powinienem takiemu stawianiu sprawy przyklasnąć, wiem dokładnie (właśnie z racji mojego niewesołego doświadczenia), że sprawa jest znacznie bardziej skomplikowana. Choć nie jestem teologiem ani jurystą (a oni to pewnie widzą w jeszcze większym zbliżeniu, więc tym samym w jeszcze większej komplikacji).


Bo z jednej strony: choć Ewangelia wyraźnie mówi, że jedynie grzech przeciwko Duchowi Świętemu jest niewybaczalny, przepisy (!) tak jakby dorzucały do niego cichaczem jeszcze jeden: dopuszczenie do rozpadu małżeństwa. Choćby człowiek niegdysiejszych decyzji szczerze żałował, a w nowym związku żył od lat najprzyzwoiciej, jak sobie można wyobrazić, to jeśli kiedyś wziął ślub, nawet kilkadziesiąt lat temu, to nie ma odwołania, teraz żyje w grzechu. (Pomijam możliwość “unieważnienia małżeństwa" i przepis o zezwoleniu korzystania z sakramentów pod warunkiem powstrzymania się od seksu w nowym związku, bo nie chcę w dygresjach zgubić istoty sprawy. Oba te wyjścia budzą zresztą moją irytację, której się nie chcę teraz poddawać).


W dodatku nie różnicuje się tu losu ludzi, którzy odeszli z własnej woli i tych, którzy zostali opuszczeni. A poczucie sprawiedliwości dość powszechnie chyba podpowiada, że to nie jest to samo. Tymczasem także komuś, czyją dobrą wiarę nadużył współmałżonek, Kościół mówi: żyj samotnie, albo będziesz równie grzeszna(y), jak on(a).


Tylko że… Po pierwsze: trzeba by ustalić, czy możliwość zawierania związku małżeńskiego to w chrześcijańskiej wizji świata przywilej, czy prawo. Prawa odbierać się nie powinno, ale przywilej można utracić. Kościół, w którym decydujący głos mają pozostający w stanie bezżennym mężczyźni, zdaje się mówić, że przywilej. Tak?


Po drugie, co bardziej kłopotliwe: “dwoje potrzeba do tanga". Oczywiście na ogół jest tak, że do formalnego rozstania dochodzi z inicjatywy jednej strony. Ale czy inicjatywa to na pewno to samo, co wina? Czy porzucone żony i porzuceni mężowie, gdy już minie pierwsza rozpacz i palące poczucie krzywdy, zawsze dochodzą do wniosku, że nie mają sobie nic do zarzucenia? A jeśli nawet dochodzą do takiego wniosku, to zawsze słusznie?


Po trzecie: przez jakiś czas po rozstaniu naprawdę byłoby dobrze powstrzymać się przed “układaniem sobie życia na nowo". I to zarówno z powodów, dających się uzasadnić czysto religijnie, jak z takich, które tłumaczy całkiem świecka psychologia. Chyba zwłaszcza mężczyźni mają skłonność do pospiesznego pocieszania się nowym związkiem, do udowadniania sobie, że nie są tacy ostatni - i pozostając jeszcze w porozwodowym szoku podejmują decyzje, których, kiedy szok przejdzie, nie umieją podtrzymać. Poza tym odchodzący współmałżonek może przecież po jakimś, niedługim czasie oprzytomnieć i chyba jednak (z punktu widzenia chrześcijanina) byłoby dobrze, żeby miał gdzie wrócić, jako syn czy córka marnotrawna. To, co prawda, zależy bardzo od tego, jak się zachowywał(a) “na odchodnym" i od heroizmu tej strony, która miałaby go (ją) przyjąć z powrotem. No i od upływu czasu, bo po kilku latach, czy już z pewnością po kilku dekadach trudno sobie wyobrazić taki “come back" na poważnie. Choć i to się zdarza (znam co najmniej jedną taką historię).


Po czwarte: wprawdzie jestem za tym, żeby wciąż pytać, jak niezmienne normy mają się realizować w nowych czasach, ale jednocześnie pewne kwestie wydają się sformułowane przez tekst źródłowy dla chrześcijaństwa, czyli Ewangelię, na tyle wyraźnie, że “nie ma ruchu" bez zamienienia fundamentów naszej religii w ruchome piaski. Bardzo mnie interesuje - a tego nie wiem - w jaki sposób uzasadnia swoje rozstrzygnięcia, odmienne od rzymskiego katolicyzmu, Kościół prawosławny, bo nauczanie Jezusa w kwestii nierozerwalności małżeństwa wydaje się rzeczywiście jednoznaczne.


I po piąte wreszcie. Nim to napiszę, chciałbym zadeklarować jasno: mnie się tak życie ułożyło (nie to, że samo, bo wiele w tym moich błędów i draństw), że kompletnie nie nadaję się na Katona. Ale, będąc “smutny i sam pełen winy" widzę przecież, jak wiele jest rozwodów. Jak iluzoryczne są słowa wypowiadane nie tylko w kościele ("ślubuję, że cię nie opuszczę aż do śmierci") ale i w USC: “przyrzekam, że uczynię wszystko, aby moje małżeństwo było zgodne, szczęśliwe i trwałe". Srali muchy, będzie wiosna, jak się mówiło w moim dzieciństwie - ludzie robią, my robimy nie tylko dalece nie wszystko, ale nieraz nic prawie. Często zresztą nic nie deklarujemy, tylko żyjemy na kocią łapę. Państwo nie jest stróżem sumień swoich obywateli, więc przed kandydatami na rozwodników trudności nie piętrzy, a teraz jeszcze w wielu krajach rozważa się albo już wprowadza ułatwienia dla związków partnerskich, z czego korzystać mieliby nie tylko homoseksualiści, ale i heterycy, którzy nie chcą sobie obiecywać zbyt wiele. Czy w tej sytuacji Kościół rzeczywiście ma zmiękczać swoje stanowisko? Chcąc ochronić pojedyncze osoby, niesprawiedliwie odsunięte od sakramentów, zrezygnować z klarownie sformułowanej zasady?


Lecz znów z tej pierwszej strony: rozwodnicy to ludzie, którzy kiedyś w życiu nie sprostali tej zasadzie. I właśnie im odmawiać sakramentów, które są, jak wierzymy, pokrzepieniem duszy? Tych najsłabszych odsuwać od sakramentu pojednania i od Komunii?


Więc jako rozwodnik - który widzi sprawę “stereo i w kolorze", bo przecież w okresie, gdy się nie czułem katolikiem, udało mi się tak narozrabiać, że mam za sobą DWA nieudane małżeństwa (jedno krótkie) i wiem zarówno, jak to jest być porzucanym, jak i porzucającym - nie mam tu wobec mojej wspólnoty szczególnych oczekiwań. I kiedy, niby też w moim imieniu, media się ekscytują, że może Franciszek coś zmieni, a ostatnio donoszą z przykrością, że chyba nie, że uległ fundamentalistom i jednak chyba nie zmieni niczego - myślę sobie: a, dajcież spokój. Kwestia jest tak złożona, a wzajemnie sprzeczne argumenty tak silne, że robienie z tego meczu “konserwatystów" z “progresistami" jest niepoważne. Ja tam wiem, co mam na sumieniu i nie zgłaszam roszczeń. Liczę, że Bóg jest bardziej miłosierny, niż jego ziemska delegatura. Ale żeby zanikła różnica w tej materii między Bogiem a Kościołem, Kościół musiałby się przeanielić aż do całkowitej przezroczystości, do niebytu.


A swoją drogą, jeśli ktoś, czytający te słowa, rozważa zakończenie swojego małżeństwa, to niech tyle przyjmie ode mnie: sprawdziłem, że rozwód jest upiornym doświadczeniem, nawet jeśli odbywa się “aksamitnie", bez krzyków i awantur o podział majątku. I to nie tylko wtedy, gdy się jest ofiarą wiarołomności, ale i wtedy, gdy się jest wiarołomnym. I może w tym drugim przypadku jest jeszcze okropniejszy, bo nie ma się jak schować w swoim bólu, nie ma się jak sobie współczuć. Nie można dopatrzyć się w sobie nawet śladu dobra (tak, potem to przechodzi, ale pamięć zostaje). To jest tak koszmarne doświadczenie, że ograniczenia, które wspólnota nakłada potem na taką sk…undloną owieczkę, wydają się całkowicie na miejscu. Krótko mówiąc: jeśli, drogi Czytelniku, droga Czytelniczko, rozważasz taki krok, to - jeśli tylko możesz go uniknąć, nie funduj sobie tego.

 

Jerzy Sosnowski - pisarz, publicysta, felietonista, dziennikarz telewizyjny i radiowy. Współpracownik "Więzi". Tekst pierwotnie ukazał się na jego blogu.

 

 

 

Wspomóż Nas

Twoja ocena:

Średnia ocen:

4.46

Liczba głosów:

59

 

 

Komentarze użytkowników (229)

Sortuj według najnowszych

Zgłoś do moderacji

green 00:00:43 | 2017-12-10
Czasami nie ma innego rozwiązania niż rozwód. Niestety za błędy dorosłych najmocniej cierpią dzieci. Polecam przeczytać książkę "Wariatka" Agnieszki Chrzan, w której opisane jest co przeżywają dzieci rozwódników oraz co mogą zrobić, aby zamknąc za sobą ten rozdział i wkroczyć w dorosłe życie z możliwością stworzenia własnego szczęśliwego związku.

Oceń 2 odpowiedz

Zgłoś do moderacji

~wywiad 00:41:26 | 2015-03-09
Prawda o rozwodzie : https://www.youtube.com/watch?v=zUhV4NFuy6Y

Oceń odpowiedz

Zgłoś do moderacji

~Danuta 21:50:09 | 2015-02-24
DO BISKUPÓW KAPŁANÓW I WIERNYCH CAŁEGO KOŚCIOŁA KATOLICKIEGO - Jan Paweł II
http://www.opoka.org.pl/biblioteka/W/WP/jan_pawel_ii/adhortacje/familiaris.html#
,,Kościół jednak na nowo potwierdza swoją praktykę, opartą na Piśmie Świętym, niedopuszczania do komunii eucharystycznej rozwiedzionych, którzy zawarli ponowny związek małżeński. Nie mogą być dopuszczeni do komunii świętej od chwili, gdy ich stan i sposób życia obiektywnie zaprzeczają tej więzi miłości między Chrystusem i Kościołem, którą wyraża i urzeczywistnia Eucharystia. Jest poza tym inny szczególny motyw duszpasterski: dopuszczenie ich do Eucharystii wprowadzałoby wiernych w błąd lub powodowałoby zamęt co do nauki Kościoła o nierozerwalności małżeństwa''

Oceń 12 Pokaż odpowiedzi odpowiedz

Zgłoś do moderacji

~jack 22:17:07 | 2014-10-13
mozna nie wchodzić w relacje głębokie i bliskie po rozwodzie, ale co jak sercem pragnie sie dobrego życia rodzinnego ? czy człowiek ma być sam, jak samotność właśnie zabija ? 

Oceń 4 2 odpowiedz

Zgłoś do moderacji

~ja 14:06:54 | 2014-10-11
Jak osoba grzeszy i nie zamierza przestać to jak może przyjmować komunię? Nie rozumiem nad czym tu dyskutować. (No chyba, że w tym przypadku związek pozamałżeński zakończyła.)
Po jaką ch...erę ludzie w małżeństwie mają walczyć o swoje małżeństwo skoro jest łatwiejsze rozwiązanie - szukam kogoś innego bo ten/ta już przestał/a pełnić swoją funkcję.

Rozwiązanie jest bardzo proste - przygotowywać młodych do małżeństwa, a nie jakieś pitolenie o akceptowaniu - ja bym to nazwała - pójścia na łatwiznę.
Mój kurs przedmałżeński był mało inspirujący (ot czyste sprawy biologicznie i ogólnie, że wiara ważna jest w związku), na religii nawet słowa mądrego na ten temat nie usłyszałam. Dobrze, że mam mamę wierzącą więc mnie wspierała książkami radami itp. Ale ile rodzin widzi w ślubie kościelnym tylko okazję do libacji alkoholowej...

Oceń 10 7 odpowiedz

Zgłoś do moderacji

~YES 18:44:12 | 2014-10-10
"Nowy nadzwyczajny Synod poświęcony sprawie duszpasterstwa rodzin rozpoczął się. Owoce Synodu zależą nie tylko od pracy ojców, ale i od współpracy całej wspólnoty chrześcijańskiej z Duchem Świętym" - napisał abp Stanisław Gądecki w relacji z III Nadzwyczajnego Zgromadzenia Ogólnego Synodu Biskupów.

Blog na temat wyzwań duszpasterskich wobec rodziny w kontekście nowej ewangelizacji można znaleźć na stronie blog2014.archpoznan.pl.

Abp Gądecki, który reprezentuje Kościół w Polsce na synodzie zwołanym przez papieża Franciszka, szczegółowo opisuje poszczególne głosy uczestników zgromadzenia. Zauważa, że "komentarze dziennikarskie roztrząsają wypowiedzi tego lub innego kardynała czy biskupa, sprawiając wrażenie, że to jest Synod", gdy tymczasem te "są tylko jakimś światłem, które w żadnej mierze nie musi mieć wpływu na sam Synod". "Nie należy się ekscytować tymi lub innymi wypowiedziami Ojców Synodalnych, w szczególności jeśli brzmią one bardzo sensacyjnie" - konkluduje abp Gądecki.

Oceń 1 3 odpowiedz

Zgłoś do moderacji

~WDR 04:23:40 | 2014-10-10
"nie tylko homoseksualiści, ale i heterycy"

Nie jest dobrze mieszać style w jednym zdaniu. Jeżeli ktoś decyduje się użyć słowa heterycy to w pierwszym przypadku także powinien sięgnąć po slang lub mowę potoczną czyli: homosie, homiki itp. określenia.

Oceń 12 13 odpowiedz

Zgłoś do moderacji

Rafał Borowski 10:25:23 | 2014-10-09
Polecam przeczytać ciekawy artykuł obok:
https://www.deon.pl/religia/wiara-i-spoleczenstwo/art,955,trzeba-sie-wyzwalac-z-dobrego-samopoczuc...

Na pierwszy rzut oka – nie związany z tematem w bieżącym. Tymczasem podskórnie czuję, że poruszamy się cały czas po wierzchu tej problematyki, już skutkach, z którymi należy po prostu poradzić sobie takimi, jakie są. Coby nawet jeśli nie idealnie, to było jednak jakieś większe dobro, niż kategoryczne „nie” zawsze i wszędzie (na dodatek już i tak dawno niekonsekwentne i niespójne, bo od samego początku było jeszcze inaczej, ale o tym to już dawno można zapomnieć...).

Przyczyny skutków są różne. Uważam, że bp Grzegorz Ryś ma niezłą intuicję duszpasterską, ewangelizacyjną.

Oceń 20 5 Pokaż odpowiedzi odpowiedz

Zgłoś do moderacji

~izis 07:40:30 | 2014-10-09
Jaki deon takich najmuje dziennikarzy i teksty. Sam autor tekstu nie tylko życie "małżeńskie"  ma "bogate" ale i zawodowe - nie tylko to co był łaskaw podac wyżej. Dobry chyba hucpiarz skoro jest na deonie.
Ale dla zwiększenia komentarzy na deonie dobry taki sposób? 

Oceń 2 28 odpowiedz

Zgłoś do moderacji

TomaszL 06:33:35 | 2014-10-09
Jeden z dyskutantów napisał:
Cudzołożenie to pojęcie oznaczające współżycie płciowe z nie własnym małżonkiem.

Od czasów Kazań na Górze, czyli dla kazdego katolika cudzołóstwo oznacza nie tylko sam akt płciowy, ale równeiż, a moze przede wszystkim pożądliwe patrzenie na kobietę (mężczyznę dopowiada Kosciół), czyli cudzołóstwo w sercu.

Oczywiscie aby ten grzech był śmiertelny wymagane są jak zawsze dobrowolnośc i świadome jego popelnienie.

Oceń 11 15 Pokaż odpowiedzi odpowiedz

Pokaż więcej komentarzy

Facebook @portalDEONTwitter @deon_plYouTube @portalDEONplInstagram @deon_plKontakt

Logowanie

 
Opcja umożliwiająca automatyczne logowanie w serwisie przy kolejnej wizycie. Jest aktywna do momentu wylogowania.
zarejestruj się zapomniałeś hasła?
Zaloguj przez Facebook