Święty, który uratował moje zdrowie i powołanie [ŚWIADECTWO]

(fot. domena publiczna / Exe Lobaiza / cathopic.com)

Matka generalna przyjechała do Krakowa - jak mi potem powiedziała - pożegnać mnie i zabrać mój habit. Wobec ciągłych chorób nie mogła zatrzymać mnie w Zgromadzeniu. Zastała mnie zupełnie zdrową.

 

Głęboka wdzięczność dla o. Maksymiliana Kolbego za łaskę uzdrowienia mnie z ciężkiej choroby otrzymaną za Jego pośrednictwem dyktuje mi ten list.


Jestem siostrą franciszkanką, Służebnicą Krzyża z Lasek. Do zgromadzenia wstąpiłam w 1955 roku. Niestety dwukrotnie musiałam przerwać postulat z powodu ciężkiej choroby: całymi okresami miewałam tak silne bóle głowy, że nie byłam w stanie ruszyć się nawet na łóżku. Badania i kuracje różnych lekarzy i specjalistów nic nie wykazały. Po krótkich polepszeniach bóle powracały. W 1957 roku czułam się trochę lepiej, tak że zostałam dopuszczona do obłóczyn 26 sierpnia 1957 roku w naszym domu w Warszawie.


W pierwszych dniach września położyłam się znowu. Stan wydawał się beznadziejny, to jest nie rokował żadnej poprawy. Wtedy matka generalna i wszystkie siostry w klasztorze Matki Boskiej Pocieszenia 12 września (święto Najświętszego Imienia Maryi) rozpoczęły modlitwę czterdziestodniową do Niepokalanego Poczęcia Najświętszej Maryi Panny za przyczyną o. Kolbego. Modliłam się razem z nimi. W ciągu tych dni nie nastąpiła poprawa. 20 października, ostatniego dnia nowenny, zapadła decyzja matki generalnej o odwiezieniu mnie do Krakowa na trudną operację głowy, którą już poprzednio profesorowie proponowali.

 

Były to dla mnie straszne dni. Nie ustawałam w modlitwie. Wierzyłam w zwycięstwo Maryi, zwycięstwo o. Kolbego. Tego samego dnia, jadąc do Krakowa, uzyskałam pozwolenie wstąpienia na Jasną Górę. W bardzo ciężkim stanie przyjechałam do Częstochowy, toteż zaledwie kilkanaście minut pozwolono zostać mi przed Cudownym Obrazem Matki Najświętszej. W Krakowie leżałam u swojej matki. Zaczęły się na nowo badania konieczne przed zaleconą operacją (poza zastrzykami przeciwbólowymi żadnych leków nie otrzymałam). Z kilkoma siostrami w Krakowie nie zaprzestawałyśmy codziennej modlitwy do o. Maksymiliana. Wierzyłam! Po paru dniach zaczęłam sama podnosić się z łóżka i stopniowo coraz więcej się ruszać, chodzić, a potem nawet pracować. Deo gratias! Radości nie było granic.


Profesor, zaskoczony niczym nieuzasadnioną poprawą zdrowia, odwołał operację, wyrażając przypuszczenie, że może klimat Lasek mi nie służy i wywołuje stany chorobowe. Po miesiącu, by nie przerywać nowicjatu, chciałam wrócić. Matka generalna poleciła mi jednak jeszcze dwa miesiące zostać w Krakowie. Pod koniec stycznia 1958 roku przyjechała do Krakowa - jak mi potem powiedziała - raczej pożegnać mnie i zabrać mój habit, gdyż wobec ciągłych chorób nie mogła zatrzymać mnie w Zgromadzeniu. Zastała mnie zupełnie zdrową. Nie dowierzając jeszcze, zabrała mnie ze sobą na kilka dni do naszego domu koło Gdańska, a potem do Warszawy, gdzie w lutym 1958 roku rozpoczęłam na nowo nowicjat. Po chorobie nie było nawet śladu! Wierzyłam tylko - był w tej sprawie obecny o. Kolbe!


11 lutego 1959 roku złożyłam pierwsze śluby. W tej chwili pracuję w szkole w Laskach. Jestem zupełnie zdrowa. Czyż nie jest to wielkie zwycięstwo Maryi, zwycięstwo o. Maksymiliana Kolbego? Nie wiem, jak mam Im dziękować. Nie przestanę nigdy dziękować! To była dla mnie łaska, to było nawet coś więcej...

 

Tekst pochodzi z książki "Cuda świętego Maksymiliana Marii Kolbego - część 2"

 

Wspomóż Nas

Twoja ocena:

Średnia ocen:

4.2

Liczba głosów:

5

 

 

Komentarze użytkowników (0)

Sortuj według najnowszych

Facebook @portalDEONTwitter @deon_plYouTube @portalDEONplInstagram @deon_plKontakt

Logowanie

 
Opcja umożliwiająca automatyczne logowanie w serwisie przy kolejnej wizycie. Jest aktywna do momentu wylogowania.
zarejestruj się zapomniałeś hasła?
Zaloguj przez Facebook