Jezus - najgorszy coach wszech czasów. A może raczej niedościgniony wzór?

Szymon Żyśko
(fot. shutterstock.com)

Nie ogarniał marketingu. Nie skupiał na sobie uwagi. Nie napisał i nie sprzedał ani jednej książki. Nie organizował eventów. Został opuszczony przez własnych uczniów i zabity. Uratował najwięcej ludzi w historii.

 

To oczywiście bardzo uproszczona historia Jezusa, ale nawet poszerzając wątki i wchodząc w szczegóły, trudno odnieść wrażenie, że Jezus był człowiekiem sukcesu. Sukces i skuteczność nie były w każdym razie miarą Jego działania, nawet jeśli ofiara, jaką złożył, zmyła raz a dobrze nasze winy. Mimo to po ponad dwudziestu wiekach od Jego śmierci (i zmartwychwstania) niektórzy biorą Go na sztandary coachingu, a Ewangelię nazywają drogą sukcesu.

 

Ewangelia nie pachnie sukcesem

 

Mądry trener osobisty potrafi zrobić wiele dobrego. Nie mam nic przeciwko coachom. Uogólnianie byłoby bardzo krzywdzące. Tego typu prowadzenie nie jest zresztą niczym nowym. Różne kultury wypracowywały swoje największe osiągnięcia właśnie z pomocą mentoringu, a dzisiejszy coaching jest trochę spadkobiercą relacji mistrz - uczeń. Nie jest to nowość nawet w Kościele. Kierownictwo duchowe, rekolekcje ignacjańskie, Ojcowie Pustyni, posty, duchowość - to tylko wierzchołek duchowego doradztwa, z jakiego od wieków słynęło chrześcijaństwo. Problem zaczyna się wtedy, kiedy chcemy traktować Ewangelię wyłącznie jako drogę rozwoju i przepis na sukces. Bóg powoli przestaje być celem, a staje się środkiem do osiągnięcia szczęśliwego życia.

 

Tymczasem Ewangelia nie pachnie sukcesem. Nie dlatego, że brakuje w niej odpowiednio motywujących wersetów i obietnic zwycięstwa - psalmy i księgi prorockie są ich pełne. Boże obietnice są pewne jak żadne inne. Sukces nie jest jednak miarą biblijną. A jeśli tak myśleliście, to Jezus przyszedł m.in. po to, żeby Nowym Testamentem wywrócić nam podobne myślenie o niej i o Bogu. Na każdym kroku zachęca nas do rezygnacji z siebie, z planów; do zyskiwania gorzkiej samoświadomości i dostrzegania cudzej perspektywy, zamiast skupiania się na wewnętrznych przeżyciach. Wszystkie nasze miary sprowadził do tego, że zwycięstwo chrześcijanina jest tylko w Bogu, niezależne od zewnętrznych okoliczności.

 

Uzależnienie od poczucia sukcesu

 

Netflix polecił mi ostatnio film dokumentalny "Tony Robbins: nie jestem twoim guru". Tony to jeden z najpopularniejszych amerykańskich trenerów osobistych i doradców życiowych. Współpracował z największymi osobistościami i korporacjami. Raz do roku prowadzi seminarium, które nazwał "Randką z przeznaczeniem". W ciągu 6 dni "odmienia" życie kilku tysięcy osób z różnych stron świata. Sprzedają domy, meble, zapożyczają się, żeby uczestniczyć w tym wydarzeniu. Każdy liczy na przełom. Koszt przełomu: niecałe 5 tys. dolarów.

 

Obejrzałem z uwagą ten dokument. Ludzie dzielą się z Tonym swoimi życiowymi traumami. Razem płaczą, tańczą, motywują się. Za sceną jest jednak sztab, który dba o każdy najmniejszy szczegół spotkania. Czujesz się wybrany, gdy wskazuje na ciebie w tłumie - tak naprawdę znał twoją historię już wcześniej. Jesteś tylko idealnym przykładem do zobrazowania jego teorii. W jednej chwili każe ci zadzwonić do chłopaka i zerwać z nim; odnowić relację z ojcem; uwalnia twoją męskość, byś dzisiejszej nocy mógł przeżyć z żoną fantastyczny seks; ratuje cię z myśli samobójczych. Ludzie nie zwracają uwagi na to, że w zależności od tego, co mówią, zmienia się muzyka w tle lub natężenie światła; od smutnych piosenek po patetyczne, by czuli się zwycięzcami. Tony mówi, że programuje ich podświadomość na sukces. Ja widziałem tylko reżyserowanie poczucia sukcesu. Człowiek XXI wieku jest uzależniony od poczucia, które ma być dla niego substytutem nieosiągalnej rzeczywistości. Heroina naszej cywilizacji.

 

Ten film uświadomił mi, że ludziom nie doskwiera tak bardzo brak pieniędzy, sławy, zdrowia, władzy i sukcesu, jak relacji, świadomości własnych ograniczeń i wiary, że pomimo braków mogą siebie dawać innym. Pewnie dlatego prawie dwa tysiące lat wcześniej takie tłumy podążały za Jezusem, który uświadamiał im, że to nie paraliż, trąd, upływ krwi jest tym, co przeszkadza im żyć. Jezus zwracał uwagę na kondycję ich serca. "Twoja wiara cię uzdrowiła" to obietnica, która już się wypełniła, ale nie gwarantuje wcale, że twoje życie diametralnie się zmieni. Jezus nie obiecuje też, że teraz będzie już z górki i bez potknięć, mówi jedynie "weź i idź". Jak bardzo inne jest to od coachingowych haseł, że wszystko, czego potrzebujesz, jest w tobie; twoje możliwości nie znają granic; a świat jest zawsze do przeskoczenia.

 

Nie zbawisz się sam

 

Szukamy doradców, bo boimy się zostać sami z odpowiedzialnością za nasze życie. Potrzebujemy kogoś, kto powie nam, co mamy robić, i weźmie przynajmniej część odpowiedzialności za nasze decyzje. Czekamy, aż ktoś za nas wykona pracę - uwolni nas od strachu, mierząc się z nim w naszym imieniu. Kiedy Jezus zapytał chromego przy sadzawce, czy chce być zdrowy, ten odpowiedział Mu: "nie mam człowieka". Uzależnił się od swojej wizji, że ktoś go zaniesie do sadzawki, miał plan. Tymczasem Jezus mówi mu - weź sam swoje łóżko i chodź. Uzależniłeś się od własnego poczucia bezradności, nauczyłeś się na nim zarabiać? Spróbuj wstać, czyli weź odpowiedzialność za swoje życie. Tylko tyle i aż tyle.

 

Stań twardo na ziemi. "Poczuj grunt pod nogami". Taki tytuł nosi książka, która zrobiła na mnie ostatnio wrażenie. Reklamowana jest jako antycoaching i sensowna alternatywa dla religi "ja". Svend Brinkmann nie próbuje być twoim mistrzem, zadaje niewygodne pytania, które coachingowe książki pomijają. I bezczelnie na nie odpowiada: przestań skupiać się na sobie, wsłuchiwać się w siebie; nie jesteś centrum świata; nie jesteś w stanie panować nad całą rzeczywistością; są rzeczy, do których nie jesteś stworzony; nie zbawisz się sam.

 

W potoku automotywacyjnych bzdur, którymi zapychamy sobie głowy, Brinkmann pokazuje, że świadomość własnych granic daje więcej niż zafiksowanie się na ich przekraczaniu. Jeśli wiem, gdzie leżą, jestem w stanie lepiej ocenić przestrzeń, którą mam do zagospodarowania. To oczyszczające spojrzenie, które wcale nie zabija w nas wrażliwości i pozytywnego myślenia. Brinkmann proponuje tylko, aby poczuć rzeczywistość, zanim zdecydujemy się ją kształtować. I zapytać siebie, czy warto. Jak dla mnie przywraca słowu "nadzieja" chrześcijański wydźwięk oparty na zaufaniu, gdy świat zdaje się nas przekonywać, że nadzieja to uparte projektowanie, nawet jeśli wszystko nam mówi, że to się nie uda.

 

Jeśli potrzebujemy doradcy do osiągania sukcesów, to może rzeczywiście lepiej, byśmy wybrali coacha zamiast Jezusa. Bo może się okazać, że nasz sukces wcale nie służy naszemu zbawieniu. Na wszystko inne możesz zapracować, na miłość Boga nie. Nie zasłużysz na nią, cokolwiek zrobisz lub czegokolwiek nie zrobisz… Dostajesz ją darmo. To się nie mieści w naszych głowach.

 

Szymon Żyśko - dziennikarz i redaktor DEON.pl, opiekun blogosfery blog.deon.pl. Autor książki "Po tej stronie nieba. Młodzi święci". Prowadzi autorskiego bloga<<

 

Wspomóż Nas

Twoja ocena:

Średnia ocen:

4.38

Liczba głosów:

16

 

 

Komentarze użytkowników (0)

Sortuj według najnowszych

Facebook @portalDEONTwitter @deon_plYouTube @portalDEONplInstagram @deon_plKontakt

Logowanie

 
Opcja umożliwiająca automatyczne logowanie w serwisie przy kolejnej wizycie. Jest aktywna do momentu wylogowania.
zarejestruj się zapomniałeś hasła?
Zaloguj przez Facebook