Takie zachowanie odstrasza szatana

(fot. unsplash.com)

Szatan wali w nas jak w bęben przez wmawianie nam naszej wielkości, niedobrej wielkości, z pominięciem Boga: "Zjedz ten owoc, a zobaczysz". Najgorzej, jak ktoś uwierzy w swoją wielkość.

 

Jesteśmy wielcy, ale tylko dlatego, że mamy Boga Ojca w niebie, Chrystusa Zbawiciela, Maryję... To tak, jakby ktoś powiedział o nas: "A widziałeś tego tam? To wnuk tego faceta z departamentu obrony. Szczęściarz. On to dopiero ma rodzinę...".

 

My nie pochodzimy z tego świata. My pochodzimy ze świata świętości i pełni szczęścia. Szatan chce nam wmówić: "Nie, ty sam jesteś wielki. Nie potrzebujesz Boga". Diabeł od początku istnienia świata robi wszystko, żeby wbić klina mię­dzy nas a Pana Boga. "Jesteś wielki, więc możesz zabrać żonę koledze z pracy. Jesteś wielki - możesz pobić dzieci... Jesteś wielki - możesz wszystkie pieniądze wydać, na co tylko chcesz. Jesteś wielki, jesteś panem!" (W złym tego słowa znaczeniu).

 

Czy zdarzyło ci się, że poszedłeś sam przed Najświętszy Sakrament i rozradowałeś się? Tak po prostu?

 

Niektórzy mówią, że trzeba wyśmiać szatana. Jeśli diabeł przyjdzie i oświadczy ci: "Jesteś, głupi", to trzeba mu powie­dzieć: "No jasne! Sam to wczoraj mówiłem!". Uprzedzić go. Jeśli się sam wyśmiejesz (w pozytywnym sensie), to już nikt cię nie będzie mógł wyśmiać.

 

"Pajac ze mnie, ale Bóg mnie kocha".

 

Broń Boże, nie mam tutaj na myśli żadnego "schodze­nia w strefy kryzysu" - wielkiego smutku. Na co dzień wyśmiej się sam, a szatan nie będzie cię mógł zaatakować ani smutkiem, ani nostalgią, ani melancholią. Ktoś kiedyś powiedział, że śmiech jest rodzajem egzorcyzmu.

 

Powaga własnego "ja" to okropne niebezpieczeństwo, jakie czyha na człowieka. Wyobrażamy sobie, że jesteśmy centrum świata.

 

Zdarzyło się raz - opowiadam często tę anegdotkę - że zostałem zaproszony przez siostry zakonne na spotkanie opłatkowe dla dzieci upośledzonych, między innymi nie­widomych. I te siostry poprosiły, żebym wziął gitarę (bo ja trochę wtedy grałem). Ale kiedy wszedłem z tą gitarą, to ja się tych dzieci po prostu przestraszyłem. Przestra­szyłem się dzieci! Biegają, krzyczą... To było zupełnie co innego niż koncerty w szkołach, kiedy Pawlukiewicz gra z zespołem, a wszyscy słuchają. Te dzieci w ogóle nie słuchały! Siostra mówi:

 

- Niech ksiądz gra Wśród nocnej ciszy. - Chwileczkę, muszę nastroić instrument.

 

No i siedzę, jak na tronie. w złotej koronie. Siostra prosi raz jeszcze: - Proszę księdza, tylko głośno! Wśród nocnej ciszy czy coś innego niech ksiądz zagra. - Chwileczkę, poprawiam jeszcze instrument! - odpo­wiadam, a w duszy boję się coraz bardziej.

 

W końcu przychodzi taki "muminek", staje naprzeciwko mnie, przechyla głowę i mówi: - Ty, wal w te druty, bo jak nie walniesz, to ja walnę. W jednej chwili całe powietrze ze mnie zeszło.

 

Albo jeden zespół klerycki przyjechał na parafię grać koncert. Niosą sprzęty, te wszystkie miksery, kolumny, od-słuchy. A stareńka siostra zakonna tak patrzy i patrzy. Nieśli właśnie klawisz - Rolland, Yamaha DX7 chyba. A siostra pyta piskliwym głosikiem: - Co to? Fisharmonia? - Proszę siostry, to jest syntezator. SYN-TE-ZA-TOR - akcentuje z dumą kleryk. - A ten... zator, to co on? - No. On gra. On może wszystko zagrać. - Wszystko? - dopytuje siostra. -  Nawet można zrobić tak, że ptaszki będą ćwierkały. - Eeee. To ja mam taki zator za stodołą rano. Ptaszki śpiewają. - Siostro, zero szumów, zero szumów! - A to nie. Wy macie lepszy, bo mi to nieraz szumi w głowie.

 

Dopiero wtedy zorientowali się chłopcy, że siostra sobie z nich żarty stroi. Sprowadziła ich na ziemię.

 

Sądzę, że każdy z nas ma wielkie mniemanie o swojej wyjątkowości i. najwyższa pora, aby się z tym "mniema­niem" rozstać. Jesteście nieraz rozczarowani, że ksiądz mówi w kółko to czy tamto. Ja sam nieraz odpowiadam na listy gotowcami. Ktoś pisze do mnie i opowiada o swoim proble­mie... Odpisuję: "Spotkajmy się i pogadajmy!". Niektórzy mają o to pretensje, ale my naprawdę musimy się zacząć z siebie śmiać, bo jesteśmy wielcy i zarazem mali.

 

Nieraz mi się wydawało, że jeśli zachoruję na jakąś ka­płańską chorobę (zapalenie gardła na przykład, szczególnie w Wielkim Poście, kiedy się głosi rekolekcje), pójdę do leka­rza i pokażę mu to moje obolałe gardło, to on wykrzyknie: - Co za angina! KAPŁAŃSKA angina! CHRZEŚCI­JAŃSKA! Zwoła lekarzy, chodźcie, chodźcie, patrzcie, jaka AN­GINA. A lekarz? Popatrzy w gardło, ziewnie. - Eeee, to proszę tu trzy razy dziennie.

 

"Źle mnie potraktował" - myślę. Jak to źle? Toż ja jestem pewnie osiemdziesiątym pacjentem w tym tygodniu cierpiącym na to samo! Ale do "wielkiego" to nie dociera i będzie miał pretensje, choćby nie wiem, jak dobry to był lekarz. Wierzcie mi, jak się spotka Hanna I z Gienkiem Sprawiedliwym, to może być nie lada konflikt...

 

Porażka to nie tragedia. Porażki często są po to, żebyśmy ostatecznie zwyciężyli.

 

Do dziś jestem wdzięczny mojej pani polonistce, że oblałem dwie próbne matury z polskiego. Bo ja byłem bardzo pewny siebie. Mam brata polonistę i on mi trochę pomagał. "Ha! Maturkę się strzeli, pyknie się maturkę" -myślałem.

 

Pierwsza próbna. No i co tam? Piątka czy czwórka? A tu słyszę: - Pawlukiewicz, dwója. O, kurczę! Coś... No... rzeczywiście przeczytałem to wypracowanie i musiałem się zgodzić z oceną. No ale druga próbna matura, teraz to po prostu pyknę, strzelę. I znowu: - Pawlukiewicz, dwa! Wychowawczyni mnie wezwała: - Piotr, jak ty chcesz zdawać polski? Dwie dwójki do­stałeś z matury!

 

I wtedy się przeraziłem, spokorniałem. Zacząłem czytać, naprawdę wczytywać się w lektury.

 

Może po to przegrywasz, żeby dostać więcej. Z braku rodzi się lepsze. Jak dobrze, że w Kanie Galilejskiej zabrakło wina. Przecież gdyby nie zabrakło wina, to by się nigdy nie napili tego dobrego.

 

Jeden ksiądz szedł na parafię, a był bardzo słabo uta­lentowany muzycznie. Wszedł do kościoła... Parafianie pięknie śpiewają (poprzedni proboszcz był muzykiem). I on sobie pomyślał tak: "Jezu, ale ich pokarał Pan Bóg mną. Z tym moim śpiewem, jak zacznę beczeć.". Tak się przejął, że za dziesięć lat parafia miała scholkę dziecięcą, zespół młodzieżowy, chór i jeszcze tam jakieś panie śpiewały a capella. Z jego braku muzycznego talentu zrodziło się umuzykalnienie w całej parafii. Albo jeszcze inny przykład.

 

Spotykam znajomego, starszego już pana: - Co słychać, panie Heniu? - Aaaa, proszę księdza, samochód mi ukradli. - Ukradli panu samochód? Tego maluszka? - No tak, tego. Jeździłem sobie na działkę, no i ukradli mi. - No to straszne! - Niekoniecznie, proszę księdza, bo synowie się zrzucili i kupili mi corsę. Jakby ksiądz spowiadał tych bandziorów, to tam nie krzyczeć na nich za dużo. Z braku rodzi się lepsze. Coś tracimy, żeby dostać od Pana Boga coś lepszego. I to właśnie wymaga pokory -wyśmiania niektórych problemów.

 

Fragment pochodzi z książki "Czarny humor"

 

 

Wspomóż Nas

Twoja ocena:

Średnia ocen:

4.74

Liczba głosów:

27

 

 

Komentarze użytkowników (0)

Sortuj według najnowszych

Logowanie

 
Opcja umożliwiająca automatyczne logowanie w serwisie przy kolejnej wizycie. Jest aktywna do momentu wylogowania.
zarejestruj się zapomniałeś hasła?
Zaloguj przez Facebook