Katoliczka na terapii

America Magazine
(fot. shutterstock.com)

Myślałam, że dobrzy katolicy nie potrzebują terapii. Aż w końcu sama na nią poszłam. Terapia była dla mnie dosłownie darem zesłanym przez Boga.

 

"A teraz, Simcha - spokojnym głosem zwrócił się do mnie mój terapeuta. - Powiedz mi, z czym kojarzy ci się słowo uważność?"

 

"Z brudnymi hipisami" - wypaliłam od razu. Czasami bez ostrzeżenia zamieniam się w Richarda Nixona. Nauczę cię uważności! Wnętrzem mojej otwartej dłoni!

Na szczęście mój terapeuta ma poczucie humoru. Ale co taka grzeczna dziewczynka starej daty jak ja robi na kanapie terapeuty? Kiedy dorastałam, myślałam, że terapia jest dla słabeuszy, neurotyków, ludzi pokroju Woodyʼego Allena i dziwaków z wielkim namaszczeniem strzegących wszystkich swoich tajemnic.

 

Ale z wiekiem mój pogląd na terapię się zmienił i nabrałam przekonania, że terapie są dla znudzonych życiem, białych mieszkańców przedmieść, którzy poszukują głębszego sensu w życiu, żeby mieć czym zapełnić puste godziny w ciągu dnia. "Uważność" była dla mnie synonimem wpatrywania się z namaszczeniem w czubek własnego nosa i nie miałam ani czasu, ani potrzeby uczestniczyć w takich bzdurach. Miałam własne, poważne życie.

 

Poza tym byłam katoliczką. Modlisz się, przystępujesz do sakramentów, naśladujesz świętych. Jakiej jeszcze opieki duchowej potrzebujesz? Gdy jesteś w stanie łaski uświęcającej, czysty jak płatek śniegu, co może nie być w tobie wystarczająco dobre?

 

Ale szczerze mówiąc, nie byłam wystarczająco dobra. Przez całe moje życie prawdziwa świętość wydawała mi się nieosiągalna. Chciałam przejąć całkowitą kontrolę nad moimi wadami, być oddana innym, nadstawiać drugi policzek, wypełniać moje dni skromnością, sprawiedliwością, umiarkowaniem, niezłomnością ducha, wiarą, nadzieją i miłością.

 

Jednak bardzo ciężko jest podążać za cnotą, kiedy kurczysz się w sobie ze strachu, wciągają cię ruchome piaski depresji albo paraliżują ataki gniewu z powodu drobnych rzeczy. A mówiąc "jest bardzo ciężko", mam na myśli "to niemożliwe".

 

W jaki sposób masz zawsze radować się w Panu, kiedy nie możesz przestać płakać? Jak masz przebaczać, jeśli nie możesz przestać ciągle odtwarzać w głowie usłyszanych obraźliwych słów płynących w myślach jak dźwięk z zaciętej płyty? Jak masz stracić swoje życie dla świata, jeśli nie jesteś pewien, kim tak naprawdę jesteś? Jak masz dziękować Bogu za Jego dobroć, jeśli za każdym razem, gdy czujesz się dobrze, zaczynasz też czuć się winny? Jak masz pragnąć życia wiecznego, jeśli jedyne, co wydaje ci się atrakcyjne, to śmierć?

 

Terapia była dla mnie dosłownie darem zesłanym przez Boga. Dzięki niej wreszcie zrozumiałam, że nie możesz wstać i iść za Chrystusem, jeśli jesteś psychicznie nadwerężony. Możesz próbować i Bóg nagrodzi twój wysiłek, ale w ten sposób nie zajdziesz za daleko.

 

Mój terapeuta nie jest katolikiem. Nie mam nawet pojęcia, czy wierzy w Boga. Ale szanuje moje przekonania i sam robi naprawdę Bożą robotę, tak jak wielu innych podobnych mu terapeutów. Dobre praktyki troski o zdrowie psychiczne, których nauczyłam się przy nim, umacniają mnie i przywracają mi siły tak, że czuję się coraz bardziej wolna do podążania za Chrystusem.

 

Kościół mówi, że to nie doświadczanie pokus jest grzechem, ale uleganie im. Zobowiązuje nas do korzystania z naszej wolnej woli i nie chce, żebyśmy byli niewolnikami naszych pragnień. Łatwiej powiedzieć niż zrobić! Mój terapeuta pomógł mi nauczyć się, jak zatrzymać się i zastanowić, zanim na coś zareaguję, jak rozeznawać emocje, które przychodzą zupełnie nieproszone, jeszcze zanim zacznę czuć się winna, oraz świadomie wybierać, w jaki sposób zareagować tak, by zadowolić moje sumienie.

 

Kościół uczy pokory, a pokora oznacza także akceptację samego siebie w relacji z Bogiem i ludźmi. Tylko jak to zrobić? Podczas terapii uczę się, jak przestać wierzyć w każdy negatywny osąd i jak nie odrzucać każdej optymistycznej myśli o sobie i innych.

 

Chrystus uczy nas, że On jest obecny w każdym człowieku, ale czasem tak ogromnie trudno dostrzec Boga w drugim. Mój terapeuta uczy mnie, jak radzić sobie z ludźmi w sposób prosty i bezpośredni oraz jak nie analizować potencjalnych, ukrytych motywacji każdej osoby. To sprawia, że o wiele łatwiej podchodzić do innych ludzi z miłością.

 

Jako katolicy ciągle badamy nasze sumienia, oceniamy nasze uczynki z danego dnia, aby ćwiczyć się w budowaniu cnotliwych nawyków i wykorzeniać to, co w nas złe. Uważność - tak, uważność! - sprawia, że jesteśmy skupieni na chwili obecnej, że stajemy się świadomi tego, że każde nasze działanie to wybór, czyli coś, na co mamy wpływ.

 

Kościół nawołuje, abyśmy uczyli się rozpoznawać i odpowiadać na głos Jezusa oraz odrzucać podszepty świata, ciała i szatana. Terapia uczy, jak badać odzywające się w nas stałe, niszczące głosy przyzwyczajenia i jak próbować pytać siebie: "Kto to mówi? Skąd biorą się te pomysły w mojej głowie?".

 

Kościół uczy, że nasze ciało i umysł są zintegrowane ze sobą i że Duch Święty działa także poprzez naszą cielesną naturę. Na terapii nauczyłam się regulować fizyczną odpowiedź mojego ciała na bodźce ze świata, co z kolei pobudza mnie do zdrowszych emocjonalnych reakcji na to, co dzieje się wokół mnie.

 

Jezus mówi: "Zostaw umarłym grzebanie ich umarłych. Wstań i pójdź za Mną". Dobry terapeuta pokazuje, jak pozostawić za sobą te zdarzenia z naszej przeszłości, których nie jesteśmy w stanie zmienić, i w jaki sposób świadomie wejść w przyszłość.

 

Nie chcę przez to powiedzieć, że dobry terapeuta jest w stanie zastąpić Jezusa. Umiejętności, które zdobyłam dzięki terapii, to tylko narzędzia mogące służyć jako środek do mojego zbawienia. Cały czas poddaje krytycznej refleksji to, czego się uczę, oceniam, czy wzrastam w dobrym, czy tylko wpatruję się w czubek własnego nosa.

 

Czasem muszę przefiltrować to, co mówi mój terapeuta, i spojrzeć na to przez soczewkę nauki Kościoła. O wiele częściej jednak odkrywam, że ciągnące się za mną przez całe lata porażki życia duchowego zrodziły się z moich emocjonalnych zranień. I w miarę jak te rany się goją, coraz łatwiej jest mi iść za Jezusem.

 

Może się tak zdarzyć, że zamiast przynieść dobroczynne skutki, terapia stanie się przyczyną wypaczenia albo blokadą dla twojego duchowego wzrostu. Widziałam ludzi, którzy po zakończeniu terapii stawali się potworami i zarozumialcami. Nie wiem, czy otrzymali niewłaściwe porady, czy tylko wyciągnęli z nich błędne wnioski, ale jedyne, czego się tam nauczyli, to jak bez końca rozprawiać o swoich potrzebach i strefie psychicznego komfortu oraz jak przyklejać etykietkę "toksycznego" wszystkiemu, co mogłoby naruszać w nich strefę psychicznej wygody.

 

Takie osoby nie stają się przez to bardziej zdrowsze czy bardziej spójne. Zamiast tego ślizgają się po powierzchni wszystkich tych dobrych rzeczy, które terapia ma do zaoferowania, zagłębiają się w popkulturową psychologię, która lubuje się w tanich trikach samopoznania i używa ich raczej jako kamuflażu niż narzędzia do realnej zmiany.

 

Jak się okazuje, podobnie można wykorzystać religię. Tutaj moja opowieść o zmaganiach z katolicyzmem zatacza koło i wraca do problemów, które miałam, zanim zaczęłam terapię. Wiara, którą tak mocno usiłowałam praktykować, była wiarą powierzchowną, opierającą się na trikach, uczynkach miłości wykonywanych w białych rękawiczkach. To była taka popkulturowa wiara, tak samo pusta i trywialna jak popkulturowa psychologia, którą pogardzam. Poprzez taką wiarę nie mogłam poznać Boga, bo nie znałam samej siebie. Aby moja wiara mogła się pogłębiać, ja sama potrzebowałam stać się silniejsza.

 

Popkulturowa psychologia i towarzysząca jej terapia zagłębiania się w swoje pragnienia tylko odciągnie cię od podążania za Chrystusem. Ale tak samo działa popkulturowy katolicyzm, który każde ci wziąć swoje łoże i iść, zanim jeszcze zostaniesz uzdrowiony.

 

A więc uważność. To słowo ciągle przywodzi mi na myśl nowobogackie bohemy hipisów próbujących utrzymać magiczne kryształy na czołach chyba mogę z tym żyć. To po prostu jest bardzo dobre uczucie - móc znowu zacząć żyć. I to uczucie sprawia, że mam ochotę żyć wiecznie.

 

Tekst pierwotnie ukazał się na łamach "America Magazine".

 

Wspomóż Nas

Twoja ocena:

Średnia ocen:

1.96

Liczba głosów:

53

 

 

Komentarze użytkowników (0)

Sortuj według najnowszych

Facebook @portalDEONTwitter @deon_plYouTube @portalDEONplInstagram @deon_plKontakt

Logowanie

 
Opcja umożliwiająca automatyczne logowanie w serwisie przy kolejnej wizycie. Jest aktywna do momentu wylogowania.
zarejestruj się zapomniałeś hasła?
Zaloguj przez Facebook