Najważniejsza modlitwa katolika

WAM
(fot. shutterstock.com)

Dziękczynienie po Komunii Świętej i końcowe błogosławieństwo wzajemnie się dopeł­niają: stanowią nie koniec, ale początek eucharystycznej postawy na dalsze życie. Tak, odtąd mamy dziękować - błogosławić.

 

O jedności tej postawy przypomina samo pojęcie "błogo-sławić", a więc - analogicznie jak w eulogein po grecku czy benedicere po łacinie - "mówić dobrze"… W błogosławieniu zawiera się dziękczynienie, natomiast odwrotnie: przeciwna postawa to "zło­rzeczenie", przeklinanie, narzekanie, mówienie źle, zamiast dobrze… Jedynie błogosławienie pomnaża szczęście, stanowi nasze przeznaczenie, bo kiedyś - w niebie - nie będziemy czynić nic innego jak wielbić, błogosławić Boga w odpowiedzi na Jego niekończącą się, nieustającą miłość.

 

Przeznaczenie nas i powołanie do błogosławienia zostało najpełniej wyrażone w apostolskim hymnie o naszym początku w Chrystusie, w którym Ojciec "wybrał nas przed założeniem świata, abyśmy byli święci i niepokalani przed Jego obliczem" (Ef 1,4). Jak Niepokalana, najczystszy znak tego powołania, my także jesteśmy wezwani do dziękczynienia: "Niech będzie błogosławiony Bóg i Ojciec Pana naszego Jezusa Chrystusa, który napełnił nas wszelkim błogosławieństwem duchowym na wy­żynach niebieskich - w Chrystusie" (Ef 1,3). Każde słowo wymaga tu skupienia, kontemplacji. Najpierw to, że w Chrystusie zostaliśmy napełnieni "wszelkim" błogosławieństwem.

 

Oznacza to wielkość otrzymanego daru. Jak w Chrystusie, gdy przyszedł na świat, rozpoczęła się "pełnia czasu", tak i my w Nim otrzymujemy pełnię błogosławieństwa. W naszym życiu częściej myślimy o tym, czego nam brakuje. Uważamy, że otrzymaliśmy za mało łaski i błogosławieństwa, dlatego złorzeczymy, narzekamy… Tymczasem odpowiedzią Bożą może być to, co usłyszał kiedyś Apostoł, gdy narzekając na swoją słabość, prosił Pana, by go od niej uwolnił. Odpowiedź obowiązuje nadal: "Wystarczy ci mojej łaski. Moc bowiem w słabości się doskonali" (2 Kor 12,9).

 

Mamy zatem pamiętać, że w Chrystusie zostaliśmy napełnieni "wszelkim" błogosławieństwem, jakiego potrzebujemy. W Nim zawiera się wszystko, także dzieła, które Jego mocą możemy i mamy wypełnić: "Jesteśmy bowiem Jego dziełem, stworzeni w Chrystusie Jezusie dla dobrych czynów, które Bóg z góry przygotował, abyśmy je pełnili" (Ef 2,10). Możemy śpiewać, błogosławić Pana: "Pan jest pasterzem moim, niczego mi nie braknie" (Ps 23)…

 

Dalsze słowa nazywają Boże błogosławieństwo "duchowym", czyli pochodzącym od Ducha Świętego. Właśnie z Nim łączy się w szczególny sposób tajemnica początku. Maryja poczęła "z Ducha Świętego". Jej błogosławiony stan był Jego darem. Przez Niego przychodzi do nas wszelkie błogosławieństwo, którym Ojciec napełnił nas "na wyżynach niebieskich - w Chrystusie".

 

Wyrażenie jest obrazowe, ukazuje "miejsce" błogosławieństwa, jakiego Bóg nam udziela. Chodzi o "niebieskie" sfery, które oznaczają tu dziedzinę działania dobrych, ale i złych duchów. Dawniej wyobrażano sobie, że ta "niebieska" sfera mieści się "ponad" ziemią. Dzisiaj pojmujemy lepiej, że "niebo" znaczy rzeczywistość niewidzialną, która transcenduje nasz świat, ale zarazem go przenika jako najbardziej w nim immanentna. Dlatego zamiast o "wyżynach" niebieskich, lepiej obecnie jest mówić o "głębinach", które kryją się w naszym ludzkim życiu - nie tylko naszej świadomości, ale także podświadomości, nieświadomości. W tych obszarach działają w nas zarówno dobre, jak i złe duchy. Jednak błogosła­wieństwo Ducha, o którym mówi hymn, oznacza, że wszystkie wymiary zostały przeniknięte przez Chrystusa, poddane Jego panowaniu, królowaniu. On jest w nas najgłębiej, do Niego należy pełne panowanie. Jesteśmy dzięki Niemu pobłogosławieni aż do korzeni - początku! - naszego istnienia.

 

W odpowiedzi na Boże błogosławieństwo - sami błogosła­wimy, mówimy dobrze. Takie mówienie pomnaża dobro, stwarza je - podobnie jak u początku, gdy "Bóg rzekł… I stało się tak. A Bóg widział, że wszystko, co uczynił, było bardzo dobre" (Rdz 1,29-31). Wprawdzie później pojawiło się w świecie zło za sprawą (nie)ludzkiego grzechu, jednak dzięki Jezusowi powracamy do Bożego początku - pobłogosławieni do głębi, zdolni na nowo bło­gosławić: zarówno mówić, jak i czynić dobrze.

 

Weszliśmy - przypomnijmy sobie - na drogę niepokalaną: wpatrzeni w Niepokalaną skupiamy się na dobru, nie na złu. Dzięki Jej nieustającej pomocy w naszej modlitwie prostoty trwamy przy Jezusie, skupiamy się na Jednym, który jest dobry… W modlitwie potrzebujemy zaiste jednego: także wtedy, gdy przychodzą na myśl złe rzeczy, problemy - nie skupiamy się na nich, ale na Tym, który jeden może nam pomóc. I pomaga: już dzięki powierzeniu Jemu - nie tylko problemów, ale siebie - nabieramy dystansu, wolności, spokoju, zyskujemy właściwe światło i spojrzenie, by potem - po mo­dlitwie - powrócić do naszych spraw i stopniowo je rozwiązywać.

 

Odkrywamy dzięki temu, że czas poświęcony modlitwie staje się błogosławieństwem, uświęca nasze działanie, życie. Modlitwa prostego trwania przy Jezusie jest odpoczynkiem w obliczu Boga, jakby przeżywaniem szabatu (odpoczynku!) codziennie - jako "chleba naszego powszedniego" na każdy dzień… W biblijnym opisie stworzenia szabat oznacza jedyny dzień-czas, który Bóg dodatkowo wyróżnił: "pobłogosławił ów siódmy dzień i uczynił go świętym" (Rdz 2,3). I taki ma być dla nas każdego dnia czas modlitwy - błogosławiony, święty. To za mało, gdybyśmy go przestrzegali jak obowiązku, nakazu; mamy raczej widzieć w nim dar - odpoczynku przed Panem, odnowy, wzmocnienia naszych sił, ożywienia…

 

Powoli dojrzewają błogosławione owoce takiej modlitwy. Skupiając się na Jednym, który jest dobry, nauczymy się skupiać na dobru w nas i naszym otoczeniu. Wiele jest złego, ale gdy się nim zajmujemy, choćby narzekając albo złorzecząc, nie pomaga to - raczej nas zatruwa, faktycznie bowiem ulegamy wtedy złemu, zamiast odwrócić się ku dobru, którego jest więcej. Nie mamy myśleć o tym, czego brakuje - to nas osłabia. Błogosławmy dobro, które już zostało nam dane, nie lekceważmy go, doceńmy, bo jedynie rozwijając udzielone dobro, choćby małe, znajdziemy za­spokojenie - większe, niż gdybyśmy go szukali z myślą o naszych brakach… Tak oto dajemy się prowadzić Bogu - Jednemu, który chce przez nas działać wielkie rzeczy. Nie musimy mieć wizji całej drogi, przyszłości…

 

Może nam przyświecać modlitwa słynnego Johna Newmana, zaczynająca się od słów: "Prowadź mnie, Światło". Zwłaszcza jedna prośba porusza: "Nie proszę rajów odległych widoku, / Starczy promyczek dla jednego kroku". To światełko pojawia się jako pokój dzięki modlitwie, proste zaspokojenie dziecka Bożego, które czuje się bezpiecznie przy Ojcu; choćby kroczyło ciemną doliną, może - my także - powtarzać: "zła się nie ulęknę, / bo Ty jesteś ze mną"…

 

Wspomóż Nas

Twoja ocena:

Średnia ocen:

5

Liczba głosów:

13

 

 

Komentarze użytkowników (2)

Sortuj według najnowszych

Zgłoś do moderacji

andrzej_a 22:54:41 | 2017-02-12
Dokładnie tak.
Człowiek wierzący powinien być jakby generatorem dobrych myśli w tym świecie, ma błogosławić wszystkich i wielbić Boga z głębi własnego serca.

Ten świat jest zatruwany złem, które wychodzi z serc ludzkich, a my (wierzący) mamy to jakby równoważyć Bożą Miłością, którą otrzymujemy w Darze, aby zło nie zalało całego świata, w którym żyjemy. Inaczej odległe wojny staną się i naszą rzeczywistością.

Oceń 2 1 Pokaż odpowiedzi odpowiedz

Facebook @portalDEONTwitter @deon_plYouTube @portalDEONplInstagram @deon_plKontakt

Logowanie

 
Opcja umożliwiająca automatyczne logowanie w serwisie przy kolejnej wizycie. Jest aktywna do momentu wylogowania.
zarejestruj się zapomniałeś hasła?
Zaloguj przez Facebook