Tego powinien unikać każdy katolik

(fot. shutterstock.com)

Są tacy, którzy zachowują się tak, jakby poznali już wszystkie odpowiedzi. Nawiasem mówiąc, to częsta przypadłość wśród księży. Znają się na polityce, gospodarce, sztuce sakralnej... Mało brakuje, a zaczną doradzać, jak uprawiać jabłka.

 

Nie tylko wypowiadają się na tak różnorodne tematy - o których często nie mają pojęcia - ale jeszcze robią to z namaszczeniem, z ambony. Absurd! Ja to konsekwentnie tępię.

 

Raz jednemu ze swoich współbraci powiedziałem, że jeśli sądzi, że wie wszystko, to tak jakby umarł. Niech sobie kupi trumnę i zatrzaśnie wieko, to go pogrzebiemy. A ponieważ miał swoje lata i kostucha łypała już na niego pożądliwie, to - jak można się domyślić - nie przyjął tego najlepiej. Nie odzywamy się od tego czasu, ale nie żałuję.

 

Chyba każdy porządny człowiek ma wrogów, a jeśli ich nie ma, to jest miałki, takie lelum polelum. Ja zawsze cytuję Hitlera, który przed konferencją monachijską krzyczał: "Tylko żeby jakaś świnia z mediacją się nie zjawiła!". My nie chcemy się otruć, nie dochodzi do mordobicia - po prostu nie rozmawiamy, więc przynajmniej jest większy spokój.

 

Nawet zrobiłem sobie z tego rachunek sumienia i przekonałem się, że gdyby tego potrzebował, pomógłbym mu. Chrystus nie mówi, by nie mieć nieprzyjaciół, ale by miłować tych, których się ma.


Ja nie twierdzę, że wszystko wiem. To byłoby głupie. Każdy człowiek jest jedyny i niepowtarzalny. Nie ma jednej właściwej odpowiedzi, nadającej się dla każdego.

 

(...) Chcę w tym naśladować papieża Franciszka, kiedy rzuca pewne kwestie, nie rozwiązując ich. One zostają z zachętą, by coś z nimi zrobić. Bóg też dużo rzeczy rozrzuca. Cały czas to robi. Nasz świat nie jest doskonały. Roi się od problemów. Jak ten trujący barszcz, który rokrocznie sam się rozsiewa, stanowiąc dla nas zagrożenie. Problemy są naszymi zadaniami do rozwiązania. Dopóki je dostrzegam i mierzę się z nimi, dopóty żyję.

 

Człowiek mądry pyta i szuka odpowiedzi. Może potrzebna będzie do tego filiżanka mocnej i słodkiej kawy, koniecznie z ekspresu, takiej jaką piję u siebie w klasztorze na ulicy Stolarskiej w Krakowie, starannie pielęgnując ten nałóg? Zaryzykuję zgorszenie i zaproponuję nawet buteleczkę dobrego piwa... Skoro Zagłoba wymyślał fortele po alkoholu, dlaczegóż by z tego nie skorzystać?

 

O jakie pytania chodzi? Dobrze jest po pięćdziesięciu czy sześćdziesięciu latach podsumować, jak się żyje, co się osiągnęło, a czego nie, jakie błędy się popełniło. Jakie jest moje małżeństwo, relacja z dziećmi, stosunek do pracy, czasu, pieniędzy i co z moją wiarą? Przecież ona powinna wskazywać mi kierunek w tych konkretnych obszarach mojego życia. A może idzie równoległym torem i nie ma większego wpływu na sprawy, którymi żyję?


Od razu warto przygotować się na to, że pewne odkrycia i odpowiedzi nie będą przyjemne. Grunt, by nie dać się zgorzknieniu. "Jestem taki biedny, nie ma dla mnie nadziei" - takie myślenie to głupota, a na nią nie ma recepty. Warto ją jednak nazwać już na samym początku. To prawda, że zmiana tego, co od lat funkcjonuje źle, nie jest łatwa. Ale co w życiu takie jest? A miłość jest łatwa? Wychowanie dzieci jest łatwe? A kapłaństwo jest łatwe? Ukończenie studiów jest łatwe?

 

Jeśli coś nie jest trudne, to i z reguły warte funta kłaków! Podobnie jak w sporcie: na sukcesy się pracuje. Gdy ktoś czuje, że musi popracować, to znaczy, że żyje. Ja właśnie dlatego, pomimo swoich przekroczonych siedemdziesięciu sześciu lat, nie jestem zgorzkniały. Sam odkurzam celę, sam myję w niej okna, a jak mnie coś zdenerwuje, to idę popracować do ogrodu. Klerycy przychodzą porozmawiać. Mam też kupę przyjaciół, czasem by już mogli dać mi święty spokój, ale na szczęście tego nie robią. A zatem ta książka ma zachęcać nie tylko do poszukiwania odpowiedzi, ale też do zmiany, otwierania się na to, co nowe, do działania.


Na to nigdy nie jest za późno. Wspomniane pięćdziesiąt, sześćdziesiąt lat to dolna granica, bo chodzi o to, żeby w tym procesie zmian wykorzystać swoje doświadczenie i zgromadzoną wiedzę, ale na nich się nie zatrzymywać. Zachęta do takiego rozwoju jest bardzo spójna z panującą obecnie tendencją. W pewnej przedwojennej gazecie pisano, że zginął pięćdziesięcioletni staruszek.

 

Teraz pięćdziesięciolatka nikt tak nie nazwie, bo on żyje aktywnie, rozwija się, uprawia sport, podróżuje, kształci się, poznaje nowych przyjaciół, zmienia zawód i tak dalej. Dlaczegóż by w tym wieku nie postawić także na rozwój swojej religijności - jej weryfikację i obranie kursu na pełne wody, zamiast trwać na mieliźnie? Wiara w Boga może przemienić wszystkie najważniejsze obszary życia i nadawać im sens - czemu zatem nie spróbować? 

 

*  *  *

 

Fragment pochodzi z książki Józefa Puciłowskiego OP "Żyć nie umierać".

 

Wspomóż Nas

Twoja ocena:

Średnia ocen:

3.3

Liczba głosów:

43

 

 

Komentarze użytkowników (0)

Sortuj według najnowszych

Logowanie

 
Opcja umożliwiająca automatyczne logowanie w serwisie przy kolejnej wizycie. Jest aktywna do momentu wylogowania.
zarejestruj się zapomniałeś hasła?
Zaloguj przez Facebook