"Najtrudniejsze: stracić władzę nad swoim ciałem" [WYWIAD]

Jerzy Zakrzewski SJ (fot. jezuici.pl)

W mojej historii było tak, że kiedy została mi odebrana wszelka możliwość ruchu, to z kolejnymi etapami choroby łatwiej było mi się godzić. To, co najgorsze - czyli powolna utrata tak naprawdę wszystkiego - już się dokonało.

 
Józef Augustyn SJ: Masz całkowicie sparaliżowane ciało, amputowaną prawą nogę, nie widzisz na lewe oko i tak spokojnie mówisz o zgodzie na to, jakbyś się godził na złą pogodę za oknem. Łatwo się godzić z bólem głowy czy przeziębieniem, ale jak zgodzić się na totalną zależność od innych?
 
Jerzy Zakrzewski SJ: To nie jest proste i nie osiąga się tego w sposób automatyczny. Trzeba przeprowadzić wiele trudnych rozmów z Bogiem i ze sobą samym. Myślę, że na początku potrzeba głębokiego przekonania, że Bóg chce dla nas dobra. To podstawa, by móc zgodzić się na konkretne pojawiające się w naszym życiu trudne wydarzenia. Choroba pojawia się w jakimś określonym momencie życia. 
 
Droga, jaką przechodzą chorzy, jest tak różna, jak różni są ludzie, ale jest coś, co zawsze łączy ich historie. To ciągłe powiększanie się bezsilności, która po kolei odbiera wszystkie możliwości i obszary życia: najpierw poruszanie nogami, potem rękoma... W mojej historii było tak, że kiedy została mi odebrana wszelka możliwość ruchu, to z kolejnymi etapami choroby łatwiej było mi się godzić. To, co najgorsze - czyli powolna utrata tak naprawdę wszystkiego - już się dokonało.
 
Zatem to zgoda nie na chorobę, tylko zgoda na utratę wszystkiego.
 
Wydaje mi się, że to jest najtrudniejsze: stracić władzę nad swoim ciałem, która jest czymś naturalnym, normalnym. Nagle okazuje się, że nie tylko nie można chodzić, ale nawet zmienić pozycji ciała. Najtrudniejsze jednak jest to, że potrzebuje się pomocy przy najbardziej podstawowych czynnościach życiowych. Człowiek staje się całkowicie zależny od dobrej woli, uprzejmości i życzliwości innych. Sam nie istnieje. Jezus mówi: "Beze Mnie nic nie możecie uczynić". 
 
Nie możemy też ruszyć ręką czy nogą. Nasze istnienie nie zależy od nas, we wszystkim zależymy od Stwórcy. To On podtrzymuje nas w naszym codziennym życiu i nie pozwala nam zginąć. Nie chciałbym nikogo do niczego przekonywać, ale z moich doświadczeń wynika, że Boga najłatwiej spotyka się w sytuacjach krańcowych. W każdym razie w takich sytuacjach ludzie często sobie o Nim przypominają.
 
Odnoszę wrażenie, że dla ciebie twoja choroba jest jakby dowodem na istnienie Boga.
 
W chorobie ludzie spierają się z Bogiem, kłócą się z Nim, podejmują jakiś dialog, wylewają przed Nim żale, opowiadają o swoich niespełnionych nadziejach i planach, o coś proszą... W ten sposób nie zaprzeczają Jego istnieniu, bo przecież trudno kłócić się z kimś, kto nie istnieje. Nie można mieć żalu i pretensji do kogoś, kogo nie ma.
 
Nieustannie zadziwia mnie twoja niezwykła pogoda ducha, niezaprzeczalna radość życia i zawsze obecny na twojej twarzy uśmiech. Jak cieszyć się z życia całkowicie ograniczonego przez chorobę?
 
To nie jest wcale takie trudne, gdy człowiek przejdzie okres buntu, "burzy i naporu". Kiedy pogodzi się już z tym, co nieuniknione. Kiedy dojdzie do porozumienia najpierw ze sobą samym, a później z Panem Bogiem.
 
Trzeba też znaleźć sobie jakiś wentyl bezpieczeństwa, jakieś zaangażowanie, coś, czym można się zająć, by nie czuć się bezużytecznym. Tak naprawdę wielu chorych na stwardnienie rozsiane, z którymi się stykam, jest radosnych i uśmiechniętych. Nie jestem tu żadnym wyjątkiem.
 
Na czym opiera się twoje zadowolenie z życia?
 
Może nie zabrzmi to zbyt przekonująco, ale w moim przypadku to przede wszystkim kontakt z żywym Jezusem Chrystusem. Jeśli tylko pozwala mi na to zdrowie, codziennie dołączam się do koncelebry Mszy świętej. Eucharystia jest dla mnie najważniejsza i chyba właśnie to jest źródłem mojego uśmiechu. Chodzi o łączność z Bogiem, świadomość, że Bóg jest blisko nas, i poczucie, że Jego dłoń spoczywa na naszym życiu. Jeśli prowadzi nas Boża dłoń, cóż złego może się nam przydarzyć?
 
W kaplicy na zamku w Javier, w którym urodził się św. Franciszek Ksawery, jest krucyfiks z Jezusem, który się uśmiecha. Jak Ukrzyżowany może się uśmiechać? Jak człowiek cierpiący może się uśmiechać?
 
To wydaje się niemożliwe, a jednak Jezus się uśmiecha. Wie, że spełniając wolę Ojca, czyni coś najważniejszego dla ludzi - daje im zbawienie. Człowiek nie może się zbawić sam, zbawienie jest mu podarowane. Dane za darmo, ale za cenę niewyobrażalnego cierpienia Jezusa. I właśnie dlatego - mimo tego cierpienia - Jezus się uśmiecha. W innej skali, ale podobnie czynią rodzice, którzy przyjmują na siebie wyrzeczenie, cierpienie i ból po to, by ratować swoje dziecko. Matka czy ojciec również uśmiechają się przez łzy, widząc, że ich poświęcenie uchroniło ich dziecko.
 
Wywiad pochodzi z książki "Zawsze kochałem życie"
 
Jerzy Zakrzewski SJ - teolog, tłumacz dzieł Hansa Ursa von Balthasara, przez wiele lat chorował na stwardnienie rozsiane. Zmarł w 2016 r. w wieku 70 lat. 
 
Wspomóż Nas

Twoja ocena:

Średnia ocen:

5

Liczba głosów:

5

 

 

Komentarze użytkowników (0)

Sortuj według najnowszych

Facebook @portalDEONTwitter @deon_plYouTube @portalDEONplInstagram @deon_plKontakt

Logowanie

 
Opcja umożliwiająca automatyczne logowanie w serwisie przy kolejnej wizycie. Jest aktywna do momentu wylogowania.
zarejestruj się zapomniałeś hasła?