To największy błąd w mówieniu o Bogu

(fot. shutterstock.com)

Nie mam nic przeciwko kurze w rosole, ale myślę, że zupa ma niewiele wspólnego z Chrystusem na Krzyżu. Mówić o Chrystusie na Krzyżu z podobną łatwością co o kurze w rosole jest rzeczą straszną.

 

Forma naszego pytania wywołuje drugie, nie mniej po­ważne zastrzeżenie. Zapytano nas: "Jak mówić o Bogu?". Ale przecież "mówić" nie oznacza mówić jedynie o kimś lub o czymś, to również zwracać się do kogoś. Nasze pytanie zbywa tę kwestię. Nie wskazuje nam, do kogo mówić (o Bogu). Sugeruje brak konkretnego rozmówcy, osobowego adresata. Pozwala przypuszczać, że jakość osoby, do której się zwracamy, nie jest istotna (przeciwnie do ilości, ponieważ zakłada się, że chociaż wartość się nie liczy, trzeba jednak dotrzeć do jak największej liczby odbiorców).

 

Tymczasem jest oczywiste, że nie mówimy o Bogu w ten sam sposób do marksisty i salafity, do dorosłego i dziecka, do Ornelli i Roberta. Mówienie do nich tak samo nie miałoby żadnego sensu, byłoby zmierzaniem od pomyłki do nieporozumienia. Adres jest istotnym wymiarem słowa. Jeśli słowo nie jest skierowane do kon­kretnego odbiorcy, wypowiadający je człowiek nie różni się od papugi, a jego słuchacz przypomina stracha na wróble (mógłbym też posłużyć się przykładem telewizji i telewidza jako modelem komunikacji bez określonego odbiorcy). Pierwszemu ulżyło, chociaż nie powiedział niemal niczego, a drugi usłyszał, co chciał usłyszeć, czy­li właściwie nie musiał słuchać. Taka rozmowa staje się mechaniczną recytacją lub oratorskim popisem. Jej zręczność ma zrekompensować brak adresu (próbuje się zamaskować odmowę rozmowy błyskotliwością wy­wodu). Zamiast umożliwić zawiązanie rozmowy, mowa posługuje się retorycznymi zwrotami lub służy forma­towaniu ideologii.

 

Kiedy chcę mówić "o czymś", to ponieważ mówiąc o tym, mówię zawsze "do kogoś", powinienem zain­teresować się sytuacją mojego rozmówcy. To, co chcę powiedzieć, zostaje tym samym zmodyfikowane, jeśli nie w treści, to przynajmniej w sposobie prezentacji. Jeśli nie interesuję się drugim człowiekiem, tym, że on słucha, nie tylko nie szanuję jego inności, lecz również własnego słowa. Pominąwszy już uchybienie etyczne, jest to przede wszystkim nie w porządku wobec sa­mego języka. Roszczę sobie prawo do mówienia bez nawiązania kontaktu z rozmówcą. O tak, moje zdania będą wypełnione po brzegi "miłością bliźniego", nikogo nie będę przecież opluwał, ale wszystkim każę trzymać spluwaczkę! Bez adresu, a zatem bez wysłuchania kogoś, bez zwrócenia uwagi na osobę, do której mówię, będę artykułował słowa pełne prawdy nadaremnie. I do nikogo nie będę mówił lub - wyraźmy to jasno - w ogóle nie będę mówił.

 

Sądzić, że można mówić o Bogu bez rozważenia "do kogo" się mówi, oznacza tylko puszyć się w swej arogan­cji i uspokajać sumienie, które nam szepce: "Lecz biada, jeśli nie ewangelizujesz...". Ewangelizacja przypomina wtedy pracę walca drogowego.

 

A zatem trzeba sobie postawić pytanie dotyczące ad­resu (do kogo mówić o Bogu?). Trzeba się nawet zasta­nowić, czy aby nie my sami powinniśmy być adresatami w pierwszej kolejności. Słysząc pytanie: "Jak dzisiaj mó­wić o Bogu?", zakładamy spontanicznie, że trzeba mówić do innych, jakby nas ono osobiście nie dotyczyło. Przesą­dzamy o tym bezwiednie, bo przecież jesteśmy chrześci­janami, a rzecz dotyczy naturalnie niechrześcijan.

 

Takie postawienie sprawy mogłoby jednak oznaczać, że sami stajemy się mniejsi niż ci wszyscy niechrześcijanie, że wyobrażamy sobie mówienie o Bogu bez nieustannego obowiązku słuchania Jego Słowa. Stalibyśmy się w ten sposób tym "próżnym głosicielem słowa Bożego na ze­wnątrz, nie będąc wewnątrz jego słuchaczem".

 

Nasze pytanie zawiera i trzecie dyskusyjne założenie, które skrywa się za słowem "dzisiaj". Być może ten oko-licznik czasu wcale nie wskazuje na okoliczności, ale ma nas skierować ku temu, co bezwarunkowe. Słowo Boże istnieje "dzisiaj", co oznacza, że jest rozumiane tylko wtedy, kiedy nie traktuje się go jako relacji z przeszłych zdarzeń, lecz przyjmuje się, że dotyczy nas tu i teraz. Myślę jednak, że słowo "dzisiaj" w naszym tytule znaczy raczej "w naszych czasach", a to wskazuje już szczególną trudność. I właśnie ta trudność wzywałaby do "nowej" ewangelizacji. Co ją charakteryzuje? Straszny nakaz: mó­wić o Chrystusie do ludów zdechrystianizowanych.

 

Urodziliśmy się zbyt późno - w bardzo starym świe­cie. Świeżość apostolskiego przepowiadania jest daleko za nami. Był czas rozkwitu i przyszedł czas zmierzchu. Dziś możemy wręcz żałować, że nie wysłano nas do dzi­kusów. Jesteśmy posłani do Europejczyków, do ochrzczo­nych, którzy zapomnieli o swoim chrzcie, i ta niepamięć wody chrzcielnej jest trudniejsza do przezwyciężenia i gorsza niż zanurzenie we wrzątku, w którym dzikus chciałby - w swej prostocie - nas po prostu ugotować. Taki kanibal jest naiwny: ugotuje kilku misjonarzy, ale gdy stwierdzi w końcu, że lepiej było ich słuchać niż jeść, usiądzie i posłucha ich przepowiadania. Z chrześcija­ninem zdechrystianizowanym jest znacznie trudniej: sądzi, że już wie, kim jest Chrystus, a zatem przestaje słuchać. O święta ignorancjo! I nie chodzi tu o ignoran­cję dzikusa, który wie, że nie wie, i zawierza tym samym owocom słuchania, lecz o ignorancję człowieka niedo­uczonego, który myśli, że wie, podczas gdy nic nie wie o swojej niewiedzy.

 

Właśnie taka jest dzisiaj szczególna trudność. Nowy teren misji nakłada się na stary obszar "dymisji", czyli zaniechania. Tu już nawet nikt nie grozi nam rożnem czy wrzątkiem, wypraszają nas jak domokrążcę, jeszcze bardziej smętnego niż akwizytor firmy Tupperware, mó­wiąc wprost: "Znamy ten wasz mało praktyczny produkt. Mamy już kilka takich w piwnicy".

 

Jest jednak ktoś jeszcze bardziej głuchy niż taki poganin. To sam chrześcijanin. A właściwie człowiek, który uważa się za chrześcijanina i wierząc w Boga, tak naprawdę wie­rzy tylko w siebie. Taki chrześcijanin z nazwy, a nie z du­cha, wyobraża sobie, że dawniej łatwiej było mówić o Bogu niż dziś.

 

Zastanawia się z goryczą: "Czy Ewangelia jest jeszcze słyszalna w tym strasznym, postmodernistycznym świecie?". Tęskni za dawnym chrześcijaństwem, kiedy wszystko było łatwe, gdy mówiono o Bogu tak zwyczaj­nie jak o deszczu czy pogodzie, a o Odkupieniu z równą łatwością co o przepisie na rosół. Nie mam nic przeciwko kurze w rosole, ale myślę, że zupa ma niewiele wspólnego z Chrystusem na Krzyżu. Pozwolę sobie nawet na nastę­pującą uwagę: mówić o Chrystusie na Krzyżu z podobną łatwością co o kurze w rosole jest rzeczą straszną. Jeśli nam się wydaje, że tak było dawniej, i tęsknimy za przeszłością, to w istocie mamy o wiele większą trudność do przezwy­ciężenia niż połowiczna wiedza naszego poganina.

 

Krótko mówiąc, należy się zastanowić, czy dzisiaj, w świecie niechrześcijańskim, mówienie o Bogu nie jest łatwiejsze właśnie dlatego, że nie można już o Nim mówić jak o przepisie kulinarnym czy każdym mało znaczącym zdarzeniu. Tak czy owak trzeba przyznać, że słowo Boże nie jest dzisiaj słabiej słyszalne niż w czasach Nerona czy nawet Jezusa. "Trudna jest ta mowa, któż jej może słu­chać?" (J 6,60) - tak wtedy przyjmowano Słowo Wcielone. A ludzie, którzy reagowali w ten sposób, nie byli gorsi od tych, dla których Jego słowa były słodkie, słuszne i przy­jemne do tego stopnia, że chcieli Go porwać i obwołać królem, przez co "sam usunął się znów na górę" (J 6,15).

 

Trudności istnieją w każdym czasie, dziś tak samo jak wczoraj, jak jutro. Św. Augustyn stwierdza to w pierw­szej księdze swych Wyznań: "I cóż właściwie mówią ci wszyscy, którzy o Tobie mówić usiłują! Lecz biada, jeśli się o Tobie milczy! Choćby najwięcej wtedy mówił czło­wiek, niemową jest". Wszelka refleksja powinna mieścić się w obrębie tej podwójnej afirmacji: nie można mówić o niewysłowionym Bogu i jednocześnie nie można o Nim nie mówić.

 

Antyporadnik ewangelizacji to cykl prezentujący najistotniejsze zagrożenia i problemy związane z głoszeniem "Dobrej Nowiny" w dzisiejszych czasach. Tutaj znajdziesz pozostałe teksty cyklu:

 

1Czy Ewangelia potrzebuje Facebook'a?

 

Fabrice Hadjadj - francuski filozof, jeden z najważniejszych współczesnych pisarzy religijnych, nawrócony na katolicyzm ateista, członek Papieskiej Rady ds. Laikatu

 

Tekst pochodzi z książki "Antypodręcznik Ewangelizacji

 

Wspomóż Nas

Twoja ocena:

Średnia ocen:

4.56

Liczba głosów:

9

 

 

Komentarze użytkowników (0)

Sortuj według najnowszych

Facebook @portalDEONTwitter @deon_plYouTube @portalDEONplInstagram @deon_plKontakt

Logowanie

 
Opcja umożliwiająca automatyczne logowanie w serwisie przy kolejnej wizycie. Jest aktywna do momentu wylogowania.
zarejestruj się zapomniałeś hasła?
Zaloguj przez Facebook