Człowiek skazany na sukces [DZISIEJSZA EWANGELIA]

(fot. shutterstock.com)

Jezus nigdzie w Ewangelii nie krytykuje bogactwa. I nie zwalcza bogatych z karabinem w ręku. Bo nie bogactwo jest problemem, lecz zniewolone ludzkie serce.  

 
"Głupcze, jeszcze tej nocy zażądają twojej duszy od ciebie, komu więc przypadnie to, coś przygotował? (Łk 12, 20)
 
"Ten świat włada naszymi rękami, ale nasze dusze należą do Kogoś Innego". Abraham Heschel
 
Z pewną nutą ironii Jezus kreśli w dzisiejszej przypowieści obraz ubogiego wnętrza człowieka, które zarażone jest chciwością. To dość osobliwy przypadek. Podczas gdy wielu ludzi stawia pytanie "Co tu począć?", gdy nagle znajdą się w rozpaczliwym położeniu: doświadczają braku jedzenia, choroby, śmierci bliskich, bogaty człowiek stawia to samo pytanie, bo nie wie, co zrobić z nadmiarem. Dzisiaj powiedzielibyśmy: "Ale gość ma zmartwienie". Zamiast spodziewanego spokoju, narasta w nim troska o to, by nie stracić tego, co ma. Chce zakonserwować stan szczęścia, którego doświadcza, ale tylko dla siebie. W swoim wewnętrznym monologu przewiduje rozbudowę spichlerzy i syci się świetlaną przyszłością, jakby jego życie miało trwać bez końca. W ogóle nie myśli o śmierci, ale tylko o pełnym przyjemności życiu na ziemi. W swoim ciasnym ja rozmawia sam ze sobą, jakby nikogo innego na świecie już nie było. Nie ma mowy o jego rodzinie, dzieciach, innych ludziach. To smutny obraz człowieka samotnego, odizolowanego od innych, nie potrzebującego relacji - bo przecież wszystko już ma, i to z dużym naddatkiem. A on sam sobie wydaje się zadowolony i szczęśliwy. 
 
Jego chciwość nie polega na tym, aby zdobyć jak najwięcej zboża, lecz przybiera postać sknerstwa - wszystko tylko dla mnie. Kieruje nim lęk, by nie utracić tego, co zgromadził. Nie pokłada ufności w Bogu, lecz w tym, co od Boga otrzymał. I nie jest to bezwzględny satrapa, który dorobił się na ludzkiej biedzie i szwindlach. Bogacz wygląda na człowieka uczciwego. Obsiewa pole i żyje z owoców swojej pracy. I akurat w tym roku Bóg szczególnie mu pobłogosławił, ponieważ "pole dobrze mu obrodziło". 
 
Św. Bazyli Wielki komentuje, że "łaskawy Bóg nie potępił go zaraz na początku za niewdzięczny charakter, lecz do istniejących bogactw dodawał mu wciąż nowe, aby spróbować, czy można by go raz nasycić i obudzić w jego duszy poczucie społeczne i łagodność".
 
Korzeń chciwości tego człowieka tkwi głębiej. Bogaczowi zapatrzonemu w ogromne możliwości, które podarowane zostały mu przez Boga, wydaje się, że to on jest panem, że wszystko do niego należy, także władza nad życiem i śmiercią, skoro w swoich ambitnych planach nie bierze w ogóle śmierci pod uwagę. Jednak głos Boga jak grom z jasnego nieba zakłóca jego spokój: "Kochany, tak naprawdę nic do ciebie nie należy. Dałem Ci te dobra tylko do dyspozycji, i to na pewien czas. Jutro stąd znikniesz, a te dobra przejmie ktoś inny". 
 
Myślę, że Jezus celowo mówi o plonie - jako źródle bogactwa, by pokazać naszą zależność od Boga. Wystarczy niesprzyjająca pogoda, szarańcza i cała robota idzie na marne. Podobnie jest z innymi dobrami w życiu. Mimo że zdobywamy je pracą, sprytem, podejmowaniem ryzyka, inwestowaniem, ostatecznie są to dary Boże. Bogaty człowiek po prostu nie widzi tego, że plon jest darem Boga. Wskutek niewdzięczności i zniewolenia nie dostrzega także, że obok niego istnieją inni ludzie. Brakuje mu wewnętrznej wolności.
 
W zasadzie całe życie chrześcijańskie zmierza w tym kierunku, byśmy osiągnęli wewnętrzną wolność. Dopiero wtedy będziemy mogli usłyszeć głos Boga i spełniać Jego wolę. Jak ją więc uzyskać?
 
Jedną z dróg do osiągnięcia takiej wolności proponuje św. Ignacy Loyola, którego dzisiaj wspominamy. Uważał on, że nie sposób prowadzić szczęśliwego życia, jeśli człowiekowi brakuje obojętności wobec rzeczy stworzonych. Dzisiaj lepiej chyba mówić o wolności wewnętrznej, gdyż obojętność kojarzy się jako niewrażliwość czy brak skłonności w stronę czegoś. Św. Ignacy nie ma na myśli tego negatywnego znaczenia.
 
Wolność wewnętrzną definiuje on w ten sposób: "Chodzi o to, byśmy ze swej strony nie pragnęli bardziej zdrowia niż choroby, bogactwa niż ubóstwa, szacunku niż pogardy, życia długiego niż krótkiego i - co za tym idzie - byśmy spośród wszystkich pozostałych rzeczy pragnęli tylko tego i to wybierali, co nas bardziej prowadzi do celu, dla którego zostaliśmy stworzeni" (CD 23).
 
Święty nie pisze, byśmy przestali pragnąć zdrowia, bogactwa, szacunku czy długiego życia - jak to niektórzy mu zarzucają po pośpiesznej lekturze. Oznaczałoby to wówczas, że są to rzeczy złe, które należy odrzucić. Sęk w tym, że są dobre i nie w nich tkwi źródło zniewolenia. Mamy jednak pragnąć tych dóbr w równym stopniu co ich przeciwieństwa. Dlaczego? Ponieważ można być zależnym od ludzkiej opinii, od posiadanego tytułu, pozycji społecznej, funkcji, którą się sprawuje, a więc rzeczy dobrych i oddawać im hołd jak bożkom. Gorzej, można uczynić je doraźnymi celami życia. To. co jest tylko środkiem, nagle przeobraża się w ludzkiej głowie w mały cel, przesłaniając CEL. Tylko że te wszystkie drobne cele związane z ziemią, nigdy nie nasycą człowieka - bo przemijają. Jeśli ktoś nie zna własnej wartości, bo nie wie, że Bóg go kocha, będzie wiele swoich działań uzależniał od tego, czy będzie lubiany przez innych. Jeśli przyjdzie mu wykonać trudniejsze dobro, które może narazić go na nieprzyjemne reakcje, po prostu poniecha działania lub będzie szukał tylko tego, co da mu jakiś rodzaj gratyfikacji. Wybór nie dotyczy więc rzeczy złych, zakazanych, bo to nie jest prawdziwa wolność, ale - jak pisze św. Ignacy - " dobrych i pozostawionych całkowicie swobodnej decyzji naszej wolnej woli".
 
Chodzi więc o to, aby z jednej strony nie wybierać rzeczy złych, lecz tylko dobre, a z drugiej, by w wybieraniu dobrych, nie kierowały nami własne namiętności czy nawyki, lecz coś "spoza" nas, a więc miłość do Boga i człowieka. Dokładniej - poruszenia duchowe płynące od Boga. Zdaniem św. Ignacego, człowiekiem wolnym wewnętrznie nie jest ten, kto przestał używać dóbr tego świata i odgrodził się od wszystkiego. To jest wciąż wolność zewnętrzna, w pewnym sensie łatwiejsza. 
 
Wracając do przypowieści, można powiedzieć, że bogaty człowiek bardziej pragnął długiego życia pełnego korzyści, czyli rzeczy dobrej, ale uczynił to celem swego życia i swoim bogiem. Nie miał na horyzoncie celu, który przekracza życie ziemskie, ani nie kierował się miłością do Boga i ludzi, lecz egoistyczną miłością samego siebie.
 
Jak zdobyć prawdziwą wolność? To zadanie na całe życie. Recepta św. Ignacego jest prosta: trzeba zacząć od uświadomienia sobie powszechnego powołania każdego człowieka, nie tylko wierzącego. Jeśli chcę stać się człowiekiem wolnym, "muszę pamiętać o celu, dla którego zostałem stworzony, a jest nim oddanie chwały Bogu, mojemu Panu i zbawienie mojej duszy. Powinienem iść za tym, co w moim rozumieniu służy bardziej chwale i czci Boga, naszego Pana i zbawieniu mojej duszy" - pisze na początku "Ćwiczeń Duchowych" założyciel jezuitów. Najpierw Bóg, potem moje zbawienie. A potem trzeba prosić Boga o to, by wygaszał nasze chore namiętności, dając nam zdrowe namiętności, które całą energię czerpią z miłości bezinteresownej.
 
Drugie lekarstwo podpowiada bezpośrednio sama Ewangelia. Kiedy bogacz pogrąża się we wspaniałej wizji, którą roztoczył w swoim umyśle, Bóg drastycznie przerywa jego wewnętrzny monolog, który prowadzi go na manowce. I mówi: "Głupcze, zapomniałeś, że umrzesz".
 
Obśmiewane często średniowiecze pozostawiło po sobie znane hasło: "Memento mori" - "Pamiętaj, że umrzesz". To nie straszak, który ma podziałać na nas jak paralizator, ale, niewątpliwie, coś w rodzaju kubła zimnej wody.  W chrześcijaństwie myśl o śmierci jest myślą o naszym celu, o przeznaczeniu, o przejściu, a nie o definitywnym końcu. Przeminą rzeczy widzialne, ale nie my. Rzadko myślimy o śmierci na co dzień. Nie mamy na to czasu. Uciekamy od niej. Przecież nie możemy ot tak nagle umrzeć. Inni jak najbardziej, ale ja? Jeszcze mam czas. Wszystkie zniewolenia czy to od substancji, opinii ludzkiej, od przyjemności, sprawiają, że zapominamy o śmierci. Zawieszamy ją ciągle, bo zniewolenia do jakiegoś momentu dają poczucie siły, trwania, ekstazy. Takie myślenie i sposób życia Bóg nazywa głupotą. Memento mori powinno być jak najczęstszym ćwiczeniem duchowym chrześcijanina. Uczy mądrości, czyli życia dzisiaj tak, jakbym jutro miał spojrzeć śmierci w oczy. A w niej zobaczyć Ojca.
 
Wspomóż Nas

Twoja ocena:

Średnia ocen:

5

Liczba głosów:

10

 

 

Komentarze użytkowników (0)

Sortuj według najnowszych

Facebook @portalDEONTwitter @deon_plYouTube @portalDEONplInstagram @deon_plKontakt

Logowanie

 
Opcja umożliwiająca automatyczne logowanie w serwisie przy kolejnej wizycie. Jest aktywna do momentu wylogowania.
zarejestruj się zapomniałeś hasła?
Zaloguj przez Facebook