Moje spotkanie z Ukrzyżowanym

Życie Duchowe

Parę lat temu pomyślałem, pod wpływem zwątpień natury ściśle religijnej, że jedyną podstawą, na której mogę się oprzeć, jest osoba Jezusa i Jego śmierć na krzyżu. Uznałem, że w całym dramatyzmie mojego życia osobistego odnalazłem jedyny trwały punkt zaczepienia.

 

Z Jackiem Sempolińskim, malarzem, profesorem Akademii Sztuk Pięknych w Warszawie, rozmawia Izabela Górnicka-Zdziech

 

 

Do czego mógłby Pan porównać swoją wiarę?

 

Wiary nie da się z niczym porównać, ponieważ jest niezależna od wszystkiego. Nie istnieje uczucie, żadna rzecz na świecie czy choćby dziedzina myśli, z którą wiarę można by porównać. Myśl jest wytworem człowieka, jego umysłu, zaś wiara czymś nadanym z zewnątrz.

 

Nie dokonał Pan zatem wyboru wiary?

 

Nie. W moim przypadku była to raczej kwestia natchnienia. Mam natomiast uczucie, że zainteresowanie sztuką i jej dziejami, już od czasów, kiedy byłem studentem Akademii Sztuk Pięknych, skierowało się w stronę sacrum na skutek mojej religijności, dlatego też całkowicie odwróciłem się od sztuki świeckiej, a zwróciłem ku religijnej. Największych przeżyć doznałem w zetknięciu ze sztuką religijną dawnych epok, co w końcu nie jest takie szczególne, gdyż sztuka dawna prawie w całości jest religijna. Ja jednak stanowczo przedkładałem ją nad sztukę XIX i XX wieku, która się zeświecczyła i weszła w domenę eksperymentów, co obserwujemy do tej pory. Kiedy myślę o podstawie sztuki, zaraz przychodzi mi na myśl średniowiecze, renesans lub barok oraz artyści związani z tamtymi epokami. To stało się zapewne przyczyną mojego stanowczego odcięcia się w okresie powojennym od awangard.

 

A sama wiara Panu ciąży?

 

Nie. Ciążą mi natomiast niektóre dziedziny myśli oraz działaności ludzkiej, na przykład sfera polityczna albo filozoficzna. Wiarę traktuję natomiast jako łaskę. Na ogół, gdy mówimy o wierze, przychodzi nam do głowy instytucja Kościoła. Nie wiedziałem nigdy, co to jest nauka Kościoła, ponieważ nam, ludziom XX wieku, a zwłaszcza jego drugiej połowy, nauka kojarzy się wyłącznie ze sposobem myślenia uprawianym według określonych reguł przyczynowo-skutkowych, a zastosowanie tej metody do funkcjonowania Kościoła jest dla mnie niezrozumiałe. Nauka jest ścisłą dziedziną wiedzy, zaś wiara czymś wobec umysłu ludzkiego transcendentnym. Do dziś nie wiem, dlaczego Kościół nazywa to, co głosi, nauką. Dawałem sobie z tym jednak radę przez długie lata aż do Soboru Watykańskiego II, ponieważ w „poprzednim wcieleniu” Kościół był domeną misterium. Otóż, o ile wiarę z misterium łączyć można, o tyle ja przynajmniej nie umiem łączyć jej ze zlaicyzowaną nauką.

 

Pana rodzice byli wierzący?

 

Indyferentni, w potocznym rozumieniu tego słowa. Żyli przeświadczeni o istnieniu siły nadprzyrodzonej, natomiast wcielenie jej w artykuły wiary wydawało im się raczej obce. Byli katolikami niepraktykującymi. Z całą pewnością przekazali mi swoją wiarę. W młodości, nawet nie wbrew, ale niezależnie od nich stałem się człowiekiem praktykującym. Moje lata gimnazjalne przypadły na okres II wojny światowej. I ówczesna liturgia przedsoborowa o charakterze misteryjnym, czyli hermetycznym przez łacinę oraz ścisłe zasady liturgiczne, dawała mi wiele sił, a także natchnień artystycznych. Wtedy zaczynałem swoje życie jako malarz.

 

Jakim doświadczeniem dla Pana wiary była wojna?

 

Dla wiary – żadnym. Wiara nie poniosła w związku z wojną żadnego uszczerbku. Później, kiedy wspominałem tamten czas, uprzytamniałem sobie przebieg wojny, totalne zagrożenie okupacyjne, powstaniowe, a jednocześnie fakt, że cała nasza rodzina, prawie wszyscy bliżsi znajomi przeżyli. Uznałem, że otrzymałem szczególną łaskę. Nawet czasem myślę trochę żartobliwie, że pewnie dlatego, iż byłem wtedy tak głęboko wierzący, jakiś anioł otaczał całość świata ze mną związanego szczególną opieką. Przecież nie zostało zniszczone nawet nasze mieszkanie, a w nim biblioteka wraz ze zbiorami.


W swoim malarstwie przedstawia Pan dramatyczną wizję losu ludzkiego. Czy zrodziła się ona z doświadczeń własnych, czy raczej ze spojrzenia na los pokoleń?

 

Losu pokoleń nie da się oddzielić od doświadczenia własnego. Są one naturalnie sprzężone. Jednak jeśli już kłaść na wadze obie te sprawy, prawdopodobnie doświadczenie własne by przeważyło. W okresie powojennym związałem się z „ruchem arsenałowym”, który miał charakter społeczno-egzystencjalny. Był to ruch artystyczny ściśle powiązany z prądami literatury tamtych lat: okupacyjnej, powojennej, doświadczeniami ruchu komunistycznego, socjalizmem. Utworzyli go moi koledzy, z którymi czułem się związany dawnymi przyjaźniami. Ja sam nigdy nie byłem członkiem partii, twórcy Arsenału byli, lecz wyrażali swoje poglądy w sposób otwarty, a większość z nich dość szybko z niej wystąpiła. Mnie uważano za poetę, pięknoducha, „rajskiego ptaka”, odległego swoją twórczością na przykład od tragiczno-historycznej działalności literackiej Tadeusza Borowskiego. Ale mimo że pochodziłem z innych przestworzy, zostałem przez arsenałowców zaakceptowany, ponieważ to, co ukazywałem w swoich pracach, było ludzkie.

 

Zatem które z Pańskich doświadczeń było najistotniejsze dla życia duchowego oraz stworzenia wspomnianej wizji?

 

Wydaje mi się, że zawsze o dramatyzmie decyduje rozbieżność między tym, co by się dla siebie chciało, a tym, co się rzeczywiście w życiu wydarza. Napór jednego elementu na drugi, ich wewnętrzna kłótnia są dramatyczne. To owo doświadczenie piętnuje moje obrazy dramatyzmem.

 

Ma Pan w tym miejscu na myśli właśnie wojnę?

 

Zagładę przeżywa się osobiście. Na ogólną zagładę nałożyła się jeszcze wówczas zagłada getta, którą oglądałem z bliska, choć znajdowałem się po stronie aryjskiej. Często bywałem na granicy getta, opisanej przez Czesława Miłosza w słynnym wierszu Campo di Fiori. Mimo że nie traktowałem ani wojny, ani obu powstań jako zniszczenia własnej osobowości czy duchowości, niosłem w sobie ich ciężar, zwłaszcza że zdarzenia te rozgrywały się między moim dwunastym a osiemnastym rokiem życia, czyli w okresie najbardziej otwartym na formowanie się. Oprócz epizodu w czasie powstania w getcie, zdarzył się inny, który równie mocno wrył mi się w pamięć. Biegłem w pośpiechu do tramwaju i wpadłem w wielką kałużę krwi na chodniku w Alejach Jerozolimskich, ponieważ przed chwilą odbywała się tam publiczna egzekucja, po której krew z chodnika zmywano szlauchem. Ślady krwi na butach zostały. Zaniosłem je dalej. Takie rzeczy nie mogą pozostać bez wpływu na kompozycję duchową człowieka, aczkolwiek moja duchowość stawiła temu generalny opór. Prawdopodobnie jakimś kosztem. Nie przywróciła mi życiowej beztroski. Najlepiej być człowiekiem uduchowionym i pogodnym. Ja jestem człowiekiem uduchowionym, ale nie pogodnym. Jestem ponury.

 

Renata Rogozińska w książce „Inspiracje pasyjne w sztuce polskiej w latach 1970-1999” pisze, że Pan zmusza się do poruszania się ruchem wahadłowym pomiędzy stroną śmiercionośną a życiodajną, koniecznym a niemożliwym, wiarą a zwątpieniem”. Czy balansuje Pan w ten sposób nie tylko w sztuce, lecz również w życiu osobistym?

 

Dotyczy to obu dziedzin życia. W życiu wyłącznie duchowym następują, oczywiście, załamania. Niedawno wspomniałem mojemu bardzo inteligentnemu spowiednikowi, że miewam ostatnio takie stany, w których wszystko wydaje mi się pozbawione sensu, a dzisiejszy świat w całości jest zatratą. On odpowiedział, że wszyscy święci przeszli przez to z największą siłą. Poradził, by się nie bać, bo tak wygląda droga do świętości. W sztuce zwątpienie polega na tym, że jest się niczym. Często przychodzą takie momenty, że niezależnie od tego, co robię i ile sił w to wkładam, uznaję, iż moja praca jest nic niewarta i jako dzieło sztuki, i jako akt ludzkiej ekspresji także. Ale nadchodzą też momenty lepsze, kiedy człowiek myśli, że jednak jest dobry, a jego działanie ma sens.

 

Mówi się o Pana religijnie umotywowanej skłonności do ascezy tak w sztuce, jak i w życiu. Na czym to zjawisko polega?

 

Daleko mi do ascezy. Mam cechę, która nie cechuje ascetów, lecz raczej życiowe niedojdy: nigdy nie umiałem i nadal nie umiem zarabiać pieniędzy. Nie przywiązuję też do tego większej wagi. Nie jestem smakoszem. Przyjmuję pokarmy, które służą pożywieniu, a nie przyjemnościom podniebienia. Męczy mnie i nudzi „używanie życia”.

 

Powróćmy do malarstwa. Czy obrazy muszą być w całości zapisem życia duchowego artysty, czy mogą być tylko jego wolnym aktem twórczym?

 

Jeśli obraz nie odzwierciedla indywidualnego losu czy życia artysty, to zwraca się ku ogólnej zasadzie istnienia świata, na przykład ku kosmosowi, pojęciu czasu i przestrzeni. Głęboko jednak podejrzewam, że nawet dzieła, które nie są do końca wnętrzem twórcy, ale czymś bardzo ogólnym i znajdującym się na zewnątrz niego, mogą być sakralne. Kosmos jest sakralny i nawet ci przedstawiciele awangard, którzy opierają się na kosmologii, matematyce, może nie wiedzą lub nie w pełni sobie zdają sprawę, że tym samym wchodzą w okrąg świętości, nawet jeśli w ich doświadczeniu własnym kwestia wiary nie odgrywa żadnej roli, nawet jeśli są ateistami. Jeśli cokolwiek myślą o świecie w ogólności i temu dają wyraz, czy tego chcą, czy nie, świadczą o istnieniu Boga. Miałem przyjaciela, znakomitego księdza, Janusza Pasierba. Opowiedział mi o rozmowie, jaką odbył kiedyś z osobą głęboko niewierzącą. Zastanawiała się, co się z nią stanie po śmierci. Myślała, że prawdopodobnie nic takiego, o czym mówi Kościół: że trafi do raju, dostąpi zbawienia. Kapłan powiedział jej na to: „Słuchaj, jestem przekonany, że po śmierci głęboko się rozczarujesz”. Ja też tak myślę. Ateiści, matematycy, wolnomyśliciele, nihiliści głęboko się rozczarują. Sam jestem zresztą pod wielkim urokiem sztuki, która abstrahuje od światłocienia religijnego, lecz zwraca się na przykład ku cyfrom czy geometrii, ponieważ rozszerza doświadczenie egzystencjalne o margines wieczności.

 

Czy forma Pańskich dzieł, a więc porozrywana materia płótna, jego zdewastowanie, także jest zapisem życia duchowego?

 

Forma mojej pracy jest efektem związku powstającego między niemożnością a możnością, co jest cechą życia duchowego. Moje obrazy są prawdopodobnie echem tego, że czegoś się nie może, a coś się chce. Pragnąłbym przełamać niemożność i nad nią zatriumfować. Jest to widoczne w procesie materialnym. Tak powstają wszystkie moje rysunki i obrazy. Każde działanie zmierza ku temu, by zostało uwieńczone zwycięstwem. W akcie twórczym zawsze dochodzę do punktu, gdzie droga rozwidla się według trzech kierunków: albo wprost do zwycięstwa, albo do klęski całkowitej, albo do klęski połowicznej. Klęska całkowita nie daje mi spokoju do tego stopnia, że czasami zrywam się w nocy i usiłuję przezwyciężyć opór materii na tym samym obrazie. Klęska połowiczna powoduje, że obraz odstawiam i spisując go na straty, biorę się za nowy. Bywa jednak, że po latach praca, którą uznałem za marną, wypływa znienacka z kąta i okazuje się lepsza od dobrych, ponieważ jest dowodem powstawania, stanu, w jakim rodzi się forma. Zdarzają się jednak prace zupełnie do niczego. Po latach traktuję je jako tzw. podobrazie, czyli rysuję lub maluję na nich zupełnie nowe rzeczy. Wiele takich dzieł podwójnych znalazło się na mojej wystawie w Zachęcie w Warszawie.

 

1 2  
Wspomóż Nas

Twoja ocena:

Średnia ocen:

5

Liczba głosów:

6

 

 

Komentarze użytkowników (0)

Sortuj według najnowszych

Facebook @portalDEONTwitter @deon_plYouTube @portalDEONplInstagram @deon_plKontakt

Logowanie

 
Opcja umożliwiająca automatyczne logowanie w serwisie przy kolejnej wizycie. Jest aktywna do momentu wylogowania.
zarejestruj się zapomniałeś hasła?