Jak narodziny synka zmieniły moje życie duchowe

(fot. Sergiu Bacioiu / Foter / CC BY-NC)

Kiedy ponad dwa miesiące temu urodził się mój synek Mikołaj nie przypuszczałem, że zmiany w moim życiu zajdą aż tak daleko. To znaczy wiedziałem że będzie to rewolucja na wielu płaszczyznach - nie sądziłem jednak że dotknie ona również sfery duchowej.

 

Do tej pory wszystko było uporządkowane, ułożone jak należy. Mój dzień rozpoczynał się tradycyjnie po regularnym osmiogodzinnym śnie poranną toaletą. Potem śniadanie, kawa i w miarę możliwości lektura czytań dnia. Następnie jazda zatłoczoną komunikacją, praca i powrót w godzinach szczytu do domu. Kolacja i rozmowa z żoną pozwalały mi na odzyskanie sił i przygotowanie się do modlitwy i następnego dnia. Wszystko wydawało się stabilne i opanowane, aż do czasu.

 

Kiedy urodził się Mikołaj, wiedzieliśmy z Kasią, że trzeba będzie zreformować i przewartościować wiele rzeczy. Nasz rytm dnia podporządkowaliśmy do rytmu jedzenia Mikołaja. Na początku nie był on uregulowany. Ale z czasem złapaliśmy równowagę i zaczęliśmy czuć się na nowo swobodnie wżyciu codziennym. Wielu rzeczy nie mogliśmy jednak dostosować do nowych warunków. Przed urodzeniem Mikołaja mogliśmy swobodnie wychodzić i gospodarować wolnym czasem, a ponieważ zależy nam na życiu duchowym angażowaliśmy się w życie Kościoła. Regularnie bywaliśmy na Eucharystii, na wspólnocie. Mieliśmy również więcej czasu, aby spotykać się z przyjaciółmi. Po 3 czerwca wiele rzeczy się skończyło.

 

Teraz większość czasu spędzamy z Mikołajem. Karmienie, przebieranie, spacery itd. Czerpiemy radość z daru którym obdarzył nas Bóg. Jednak w pewnym momencie naszła mnie refleksja i zorientowałem się, że od teraz moja modlitwa i zaangażowanie w życie duchowe się zmienia, ewoluuje.

 

Obecnie nie mam już czasu, aby codziennie być na Mszy, moja modlitwa musiała się zmienić, o modlitwę muszę walczyć bardziej niż wcześniej. Nie pamiętam kiedy mogliśmy być na spotkaniu modlitewnym. Czasami kiedy modlę się indywidualnie, zasypiam ze zmęczenia.

 

Dlatego też zacząłem się zastanawiać czy nie oddalam się od Boga. Przedstawiłem swoje wątpliwości spowiednikowi. Żaliłem się, że nie bywam często na Eucharystii, w Kościele i wzamian usłyszałem bardzo mądrą uwagę. Przecież teraz moim Kościołem jest moja rodzina i trudno wartościować tą zmianę na gorsze. Jeśli zaniedbywałbym Mikołaja i Kasię to nie miałoby sensu przesiadywanie u Jezusa. Myslę, że byłaby to hipokryzja i sam Jezus upomniałby mnie. Pokazał, że troska o bliźnich jest priorytetowa.

 

Oczywiście nie ma mowy o całkowitej rezygnacji z sakramentów dających życie i  z czasem można będzie na nowo zintegrować nasze życie z rytmem Kościoła i parafii. Rozmowa ze spowiednikiem pokazała mi jednak, że Kościół ma różne oblicza - również Mikołaja i Kasi.

 

Teraz wiem, że moje życie ewoluuje w dobrym kierunku i że nawet jeśli brakuje czasu na wiele rzeczy to Kościół jest również obecny w naszym codziennym  życiu - nie tylko w budynku i na terenie parafi. I za to Chwała Bogu!

 

 

Tekst pochodzi z bloga Roberta Kocyło: kocylo.blog.deon.pl

 

 

 

Wspomóż Nas
Tagi: rodzina, wiara

Twoja ocena:

Średnia ocen:

4.83

Liczba głosów:

6

 

 

Komentarze użytkowników (1)

Sortuj według najnowszych

Zgłoś do moderacji

~Piotrek 16:55:06 | 2013-08-17
Znam małżeństwo, które przychodzi na spotkania wspólnotowe razem ze swoimi dziećmi (chłopcy 5 i 3 latka oraz dziewczynka 3 tygodnie). Jeżdżą razem na wszelkiego typu rekolekcje i spotkania. Nikt nie widzi problemu w tym, że bawią się spokojnie obok, czasem kogoś zaczepią. Natomiast radość, gdy chłopcy modlą się wraz ze wszystkimi, jest nie do opisania. Pozdrawiam! :)

Oceń odpowiedz

Facebook @portalDEONTwitter @deon_plYouTube @portalDEONplInstagram @deon_plKontakt

Logowanie

 
Opcja umożliwiająca automatyczne logowanie w serwisie przy kolejnej wizycie. Jest aktywna do momentu wylogowania.
zarejestruj się zapomniałeś hasła?