Osamotnienie boli - Mk 1, 40-45

Przebywamy pośród ludzi, stale ocieramy się o siebie, ale równocześnie pozostajemy od siebie oddaleni. I dochodzi do paradoksu: żyjemy ze sobą i zarazem obok siebie.

 

"Wtedy przyszedł do Niego trędowaty i upadając na kolana, prosił Go: «Jeśli chcesz, możesz mnie oczyścić». Jezus zdjęty litością, wyciągnął rękę, dotknął go i rzekł do niego: «Chcę, bądź oczyszczony!" (Mk 1, 40-41)


Teoretycznie dzisiaj trąd nie jest już śmiertelną chorobą. Można go leczyć. Na świecie co roku notuje się prawie ćwierć miliona przypadków tego schorzenia. Niemniej prawdopodobieństwo zachorowania na trąd w naszej części świata jest znikome. Po co więc ta Ewangelia?


Jest coś istotniejszego w biblijnych relacjach o trądzie. Wiemy, że trędowaci, nie tylko w czasach Jezusa, najpierw ze względów prewencyjnych, a potem pewnie z pogardy i odtrącenia, byli wyłączani i skupiani gdzieś z dala od społeczności, kompletnie osamotnieni, praktycznie skazani na śmierć za życia. W średniowieczu w chorobie tej dopatrywano się szczególnej kary za grzechy. Największym cierpieniem w tej chorobie nie był chyba sam trąd, ale izolacja i wykluczenie.


Prawo Mojżeszowe nakazywało nadto, aby trędowaci krzyczeli: "Nieczysty! Nieczysty!" Chodziło przede wszystkim o odrażające krosty i rany deformujące ciało, także o rytualną nieczystość. Ciekawe, że Ewangelia św. Marka mówi wiele o wyrzucaniu duchów nieczystych przez Jezusa i Jego uczniów. Z pewnością nie są to duchy trędowatych. Duch nieczysty nie jest w relacji z Bogiem i człowiekiem. Wie, że Bóg istnieje, ale nie oddaje Mu czci i hołdu, czyli wyznaje tzw. wiarę demonów, o której wspomina św. Jakub apostoł w swoim liście. Duch nieczysty nie chce mieć z Bogiem nic wspólnego, a człowieka traktuje jak rzecz.  


Natomiast duch czysty żyje w dobrych relacjach z Bogiem i z ludźmi. Bo czystość to bycie w prawidłowej, dającej życie i radość, wspólnocie z Bogiem i człowiekiem.


Dzisiejszym odpowiednikiem trądu może być dojmujące poczucie ludzkiego osamotnienia, które odróżniam jednak od samotności.

 

Ten drugi stan jest przecież dobroczynny, a nawet konieczny, chociażby podczas studiowania, modlitwy czy pisania tekstów. Niestety, w potocznym języku polskim na określenie tych dwóch różnych stanów uczuciowych używamy tego samego słowa.


Z wolna tworzymy sobie świat obudowany rzeczami, posiadaniem, rozmaitymi zależnościami; świat, który nas cieszy, ale również wewnętrznie wyobcowuje. Jak na ironię, mamy  niemalże nieograniczone możliwości kontaktów: emaile, komórki, komunikatory, Skype, tysiące znajomych na facebooku, a także swobodę i łatwość podróżowania. Ale czy nasze relacje są trwałe i głębokie? Czy pozwalają rzeczywiście otwierać się przed drugimi, opowiadać im szczerze o smutkach i radościach, o osiągnięciach i porażkach, o cierpieniu i tęsknotach? Ile ludzi cieszy się prawdziwymi, oddanymi i lojalnymi przyjaciółmi? Wszystkie zdobycze techniczne miały stworzyć więcej przestrzeni do spotkania, więcej czasu wolnego, a okazuje się, że nieraz tak pochłaniają naszą uwagę, że już nie mamy czasu i sił dla siebie nawzajem. A przecież budowanie głębszych relacji nie dokonuje się przy okazji, w biegu, na doczepkę.


Wzrastająca ruchliwość społeczna, której skutkiem ubocznym są także powierzchowne i krótkotrwałe więzi, sprawia, że niby przebywamy pośród ludzi, stale ocieramy się o siebie, ale równocześnie ciągle pozostajemy od siebie oddaleni. I dochodzi do paradoksu: żyjemy ze sobą i zarazem obok siebie. Nic dziwnego, że coraz więcej osób cierpi z powodu osamotnienia, ogarnia ich pustka i bezsens.

 
Jednak najgłębszą przyczyną tej choroby jest fałszywe poczucie, że nikt się mną nie interesuje, że nikomu na mnie nie zależy, że nie przedstawiam sobą żadnej szczególnej wartości. To bardzo boli, oj boli. Wirus osamotnienia opanowuje ducha ludzkiego, jeśli człowiek za mało w swoim życiu usłyszał dobrych słów o sobie, jeśli nie doceniono jego wyjątkowości, jeśli w końcu nie usłyszał o Bogu, dla którego żaden człowiek nie jest obojętny i zbędny. Albo usłyszał błędny, wykoślawiony przekaz.


Od strony duchowej osamotnienie to taki dotyk śmierci. Bo śmierć w ostatecznym rozrachunku nie polega na ustaniu pracy serca, lecz na utracie wiary w to, że jestem kochany, a także zdolny do tego, by pokochać innych.

 

Zdarza się, że przyczyną osamotnienia jest słabo rozwinięta umiejętność komunikowania się, inność, wyjątkowe talenty, odstawanie od ogółu, oryginalność poglądów. Innym razem będzie to jątrząca się rana odrzucenia, która odebrana została jako pomniejszenie osobistej wartości. Ponieważ człowiek nie chce odnawiać doznanego bólu, często staje się przesadnie nieśmiały, wycofuje się, lęka się emocjonalnej bliskości. I tak przez całe lata może tkwić między młotem a kowadłem. Cierpi, bo nie chce być sam, ale równocześnie nie potrafi przekroczyć bariery lęku, by się znowu zaangażować, ponieważ może zostać kolejny raz zawiedziony bądź zraniony. I tak zamyka się mechanizm błędnego koła.


Osamotnienie, dość nieprzyjemne uczuciowe doznanie, można stosunkowo łatwo zagłuszyć, stłumić bądź znieczulić. Służą do tego niezliczone wręcz sposoby uzależniania się praktycznie od wszystkiego: pracy, seksu, internetu, jedzenia, zakupów, alkoholu, gier komputerowych itd. Przynajmniej na chwilę łagodzą one ból emocjonalny, ale nie rozwiązują problemu.


W dzisiejszej Ewangelii nieczysty człowiek odważa się przyjść do Jezusa, łamie wszelkie zakazy, robi to, czego mu nie wolno, wychodzi z getta własnego bólu i osamotnienia. A  Jezus "zdjęty litością", pozwala temu człowieku zbliżyć się do siebie, dotyka go.  


Każdy może doświadczyć osamotnienia, jakiegoś załamania, chociażby chwilowego. Ta Ewangelia wzywa do tego, aby na przekór różnym podszeptom ducha nieczystego, że po co, że i tak nic się nie zmieni, że już tak zawsze będzie, nie zamykać się w sobie, zrobić jakiś krok, otworzyć usta do kogoś. Pokusa wewnętrznej emigracji jest zawsze silna.


A jeśli boli głębsze i trwałe osamotnienie, to tym bardziej człowiek potrzebuje dotyku Chrystusa, który wcale nie chce, by ktokolwiek z nas trwał w tej chorobie, lecz czyni nas czystymi, przywraca pełną zdolność budowania relacji, wlewa w serce zaufanie. Nieraz będzie to długi proces uzdrowienia, wymagający korzystania z sakramentu pojednania, Eucharystii, a także czerpania pomocy z ludzkich środków takich jak rozmaite terapie, które pomogą przezwyciężyć lęki i zahamowania.


Z drugiej strony, jako chrześcijanie nie możemy zapomnieć, iż wokół nas są ludzie chorzy na ciele, ale i na duszy. Ten drugi rodzaj choroby jest trudniej dostrzegalny. My możemy i powinniśmy stać się dla takich osób Chrystusami. Dzisiejsi trędowaci pośród nas, a więc także osamotnieni, często nie mają z kim porozmawiać, wysyłają różne sygnały, aby ich zauważyć. Trędowaty z Ewangelii nie przyszedłby do Jezusa, gdyby wcześniej nie wyczuł, że Chrystus go nie odtrąci, że go przyjmie. Czy i ja chcę "oczyszczać" międzyludzkie relacje tak jak potrafię? Czy chcę innym pomagać wychodzić z choroby osamotnienia, bezwartościowości, braku sensu, marginalizacji?


Czasem niewiele trzeba. Najlepszym lekarstwem na osamotnienie jest zauważanie i podkreślanie w drugim człowieku dobra, a także okazywanie mu uwagi i życzliwości.

Wspomóż Nas

Twoja ocena:

Średnia ocen:

4.86

Liczba głosów:

29

 

 

Komentarze użytkowników (1)

Sortuj według najnowszych

Zgłoś do moderacji

ulkas73 20:45:43 | 2012-02-23
..A czasem tylko Jezus może pomóc

Oceń 1 odpowiedz

Facebook @portalDEONTwitter @deon_plYouTube @portalDEONplInstagram @deon_plKontakt

Logowanie

 
Opcja umożliwiająca automatyczne logowanie w serwisie przy kolejnej wizycie. Jest aktywna do momentu wylogowania.
zarejestruj się zapomniałeś hasła?
Zaloguj przez Facebook