Gdzie tkwią twoje korzenie?

Dariusz Piórkowski SJ
(fot. unsplash.com)

Umizgi do ziemskiej władzy, sprzyjająca partia polityczna, przywileje, wpływy i fundusze, budynki i cały aparat instytucyjny. W tym szkopuł, że zło nie tkwi w tych dobrach, lecz w naszej intencji.

 

"Beze mnie nic nie możecie uczynić" (J 15, 5).

 

"Jeśli chcesz znaleźć źródło, musisz iść do góry, pod prąd. Przedzieraj się, szukaj, nie ustępuj. Wiesz, że ono musi tam gdzieś być" (Jan Paweł II).

 

Jesteśmy istotami zakorzenionymi. Tak naprawdę nie ma niczego na tym świecie, co istniałoby samo z siebie. Wystarczy dobrze przyjrzeć się biologicznym procesom w przyrodzie. Wszystko żyje dzięki czemuś innemu. Wszyscy są do czegoś podczepieni. Nikt nie jest samonapędzającą się machiną.

 

Św. Rajmund z Capui, spowiednik św. Katarzyny ze Sieny, zapisał jedną z jej wizji, w której usłyszała głos Ojca: "Czy wiesz, córko, kim jesteś i kim jestem ja? Jeśli znasz te dwie rzeczy, masz w dłoni błogosławieństwo: "Jesteś tą, która nie jest, a ja jestem tym, który jest". Niech ta prawda przeniknie twoją duszę, a wtedy nieprzyjaciel nigdy nie zaprowadzi cię na manowce".

 

Właśnie o tym opowiada dzisiejsza Ewangelia. Zakorzenienie oznacza związanie, zależność, czerpanie żywotnych soków ze źródła. Pokora to życie w świadomości zakorzenienia. Rzadko w codzienności osiągamy myślą ten poziom: bycia i niebycia. Dlaczego? Ponieważ uważamy, że to zbyt wzniosłe i abstrakcyjne zajęcie albo po prostu tłumaczymy się brakiem czasu na takie egzystencjalne zabawy. Wydaje nam się, że tyle możemy i wszystko zależy od tego, co zrobimy. Świat oczywistości rośnie w naszym umyśle wprost proporcjonalnie do świata udogodnień, postępu i konsumpcji. Jesteśmy też zbyt zajęci działaniem. To wszystko przesłania nam źródło. I w ten sposób rodzi się prawdziwy ateizm. Nie jest nim walka z Bogiem, co zapomnienie o Nim.

 

Mistycy nie boją się języka, którego na co dzień nie używamy. Oni dotykali samego istnienia. Przebudzili się. Dlatego, jak pisał Jan Paweł II w "Tryptyku rzymskim", dojście do źródła wymaga wysiłku, wytrwałości, przebicia się najpierw przez zasłonę błogiej nieświadomości. Co jednak zrobić, gdy o tym źródle w ogóle nie myślimy?

 

Źródło, którym jest sam Bóg, nie narzuca nam się z siłą wodospadu. Św. Paweł mówi do Ateńczyków o "nieznanym Bogu", "w którym żyjemy, poruszamy się i jesteśmy. Jest on niedaleko od każdego z nas." (Dz 17, 28). A jednak wydaje się taki odległy. Bóg nie jest jakimś znamienitym gościem, którego łaskawie przyjmujemy w nasze progi od wielkiego dzwonu. On jest gospodarzem domu, którym jesteśmy. On cały czas w nas mieszka. Zanim cokolwiek zrobimy, już jesteśmy w Bogu.

 

Dlatego Chrystus odwołuje się do obrazu winnicy - krzewu winnego, by pokazać nie tylko Jego związek z każdym uczniem i Kościołem, ale w głębszym sensie z każdym człowiekiem. Dotąd w Starym Testamencie winnicą był cały Izrael, lud Pana, który jednak nie przyniósł spodziewanego owocu. W Ewangelii według św. Jana winnicą staje się Chrystus razem ze swoimi uczniami. Św. Paweł pisze o Ciele Chrystusa, w którym wszyscy są członkami, a Chrystus Głową. Św. Piotr odwołuje się do metafory duchowej świątyni, której żywymi kamieniami są wierzący, a fundamentem Chrystus. Wszystkie te metafory mają nam unaocznić jedno - dar bycia, energię życia, która wszystkim jest dawana.

 

Ta zależność jest tak silna, że Jezus zapewnia uczniów zaskakującymi słowami: "Beze mnie nic nie możecie uczynić". Czy "nic" obejmuje tylko dobro? Niektórzy tak sądzą. Jednak gdyby tak było, to po pierwszym grzechu przestalibyśmy istnieć. Paradoks polega na tym, że nie moglibyśmy czynić zła, gdybyśmy nie mieli życia, głowy, woli, niezliczonej liczby darów do dyspozycji. Oczywiście, to nie Bóg jest źródłem naszych grzechów. To my tak rozprawiamy się z Jego darami, których On nie wycofuje, nawet jeśli używamy ich na własną zgubę. Właśnie w tym przejawia się dramat nieskończonej miłości Boga. Jesteśmy podobni do syna marnotrawnego, który sam z siebie nie miałby nic do roztrwonienia. Człowiek wiele otrzymuje, nawet jeśli większość tych darów zostanie przez niego zmarnowana. Także diabeł i wszystkie demony nie zostały pozbawione istnienia po buncie, chociaż wolelibyśmy, aby zniknęli raz na zawsze. Tymczasem oni nadal działają, ponieważ Bóg daje im istnienie. Wprawdzie źle je wykorzystują, ale żyją dzięki Bogu.

 

Przedzieranie się do źródła zaczyna się od dość prostej praktyki. Franciszek pisze w najnowszej adhortacji, że "nie możemy celebrować z wdzięcznością darmo otrzymanego daru przyjaźni z Panem, jeśli nie uznamy, że także nasze życie doczesne i nasze zdolności naturalne są darem" (GE, 55). Balon oczywistości przebija się wtedy, gdy człowiek zatrzyma się i popatrzy na świat i na siebie. Niestety, często potrzeba do tego duchowego wstrząsu i cierpienia, aby coś istotnego dojrzeć. Jeśli chcę dojść do źródła, nie mogę oddzielać tego, co naturalne od owoców śmierci i zmartwychwstania Chrystusa. To nie są dwa odrębne światy. To jeden wielki Boży dar.

 

Czasem pytamy się, jak będzie wyglądać niebo. Jezus niewiele rozwodzi się na ten temat. Prawdopodobnie dlatego, że z naszego punktu widzenia nie ma nic ciekawego do powiedzenia. Tłumaczy uczniom, że idzie im przygotować miejsce w domu Ojca, by potem przyjść i zabrać ich do siebie, aby i oni byli tam gdzie On jest (Por. J 14, 2-3) Co więc będziemy tam robić w tym domu? Nic. Będziemy razem z Ojcem i Synem. Z naszej perspektywy samo bycie wydaje się nieatrakcyjne, bo przecież trzeba się czymś zająć. Dzieje się tak dlatego, że tu na ziemi mamy słabe doświadczenie bezinteresownych relacji. Jesteśmy przywiązani do wielu rzeczy. Nieustannie coś się musi zmieniać, nasza uwaga nie może skupić się na jednym, bo się rozprasza i niepokoi. Stąd cóż może być dobrego w samym byciu? Jezus nie mówi o szczegółach życia po śmierci, bo nie da się go porównać z tym, czym żyjemy teraz. Paradoksalnie, jest ono mniej barwne i zmienne. I dlatego dające szczęście.

 

W winnicy niektóre latorośle podlegają oczyszczeniu. Chodzi oczywiście o cały Kościół. Oczyszcza Ojciec. Dlaczego musi oczyszczać? Choć w gruncie rzeczy Kościół istnieje tylko dlatego, że zakorzeniony jest w Chrystusie, bo sam z siebie nie ma niczego do dania, wielką i zarazem subtelną pokusą Kościoła jest próba podczepienia się pod kogoś innego niż Chrystus.

 

Umizgi do ziemskiej władzy, sprzyjająca partia polityczna, przywileje, wpływy i fundusze, budynki i cały aparat instytucyjny. W tym szkopuł, że zło nie tkwi w tych dobrach, lecz w intencji, z jaką się je wykorzystuje. A przecież zawsze chodzi o to, by wydawać jak najlepsze owoce: lepsze głoszenie Ewangelii, skuteczniejsze zaprowadzenie ładu moralnego, życie bliższe ideałom chrześcijańskim. Łatwo też wtedy uwierzyć, że Kościół obnoszony w lektyce, całowany i oklaskiwany, może lepiej spełnić swoje zadanie na ziemi. Czyż nie powinno Kościołowi zależeć na swobodnym rozprzestrzenianiu się królestwa Bożego w tym świecie?

 

Jezus nigdzie nie powiedział, że należy z władzą ziemską żyć jak pies z kotem, ale też nie zachęcał, aby się do niej łasić. Nie twierdził, że dobra materialne są złe, ale zalecał dystans i wewnętrzną wolność. Ale jest ona możliwa tylko wtedy, gdy coraz bardziej zbliżamy się do źródła. A tam dociera się pod prąd.

 

Dariusz Piórkowski SJ - rekolekcjonista i duszpasterz. Pracuje obecnie w Domu Rekolekcyjnym O. Jezuitów w ZakopanemJest autorem m.in. Książeczki o miłosierdziu.

 

Wspomóż Nas

Twoja ocena:

Średnia ocen:

4.5

Liczba głosów:

12

 

 

Komentarze użytkowników (0)

Sortuj według najnowszych

Facebook @portalDEONTwitter @deon_plYouTube @portalDEONplInstagram @deon_plKontakt

Logowanie

 
Opcja umożliwiająca automatyczne logowanie w serwisie przy kolejnej wizycie. Jest aktywna do momentu wylogowania.
zarejestruj się zapomniałeś hasła?
Zaloguj przez Facebook