Kochać każdy może, ale...

(fot. PG.NETO / flickr.com)

Przyznam szczerze, że mocno przyzwyczaiłem się do wspaniałych biblijnych określeń, które padają w dzisiejszej Ewangelii (Mt 22, 33-40). Ale jeśli się dobrze nad nimi zastanowić, to zaczynają się przysłowiowe schody. Bo jak mam kochać kogoś, kogo nie widzę ani nie słyszę? Co znaczy kochać całym sercem, duszą i umysłem? Na czym w ogóle polega miłość? Pocieszam się najpierw tym, że skoro Bóg zaprasza nas do miłości, to znaczy, że wierzy w nasze możliwości. 

 

Próbuję zrozumieć Boże przykazanie i dociera do mnie, że mam żyć pewnego rodzaju stałością, pomimo ciągłego doświadczania zmiennych uczuć, poszerzania horyzontów i poznania, a nawet na przekór niesprzyjającym zewnętrznym okolicznościom czy przeciwnościom. Musi być we mnie jakiś fundament, który trwa i się nie zmienia, aby miłość w ogóle była możliwa. Muszę żyć w pewnej równowadze między stałością i zmiennością. Po części konserwatysta, po trochu liberał, by odwołać się do politycznych rozróżnień.  

 

A czym różni się serce od duszy i umysłu? W sumie niczym szczególnym. Bo łączy je jedno: są to rzeczywistości duchowe, niewidzialne. Zadziwiające też, że nie ma w przykazaniu miłości Boga odniesienia do ciała, chociaż miłość ludzka wyraża się również w sposób cielesny. W świetle Nowego Testamentu wiemy, że ciałem Boga jest drugi człowiek, bo nie można kochać Boga, którego się nie widzi, jeśli się nie kocha bliźniego, którego się widzi - pisze św. Jan.  Ciałem Boga jest cały Kościół - to już św. Paweł.

 

"Całym" oznacza pewną totalność - cała osoba ma kochać, a nie tylko jakaś jej część. Cóż za wymaganie, wręcz heroizm. I to chyba jest dla nas najtrudniejsze. Na tym polega cel naszego istnienia: zbawienie. Jest to nic innego jak bycie znowu całym i zintegrowanym we wszystkim do tego stopnia, że nie będzie we mnie rozdźwięku między słowem a czynem, chceniem a wykonaniem. Nie będzie "rozdrobnienia" serca na tyle różnych spraw i dóbr rzekomo wartych poświęcenia.  I to zbawienie nie jest naszą zasługą, lecz darem z góry.

 

Dawniej wydawałoby mi się, że widzenie i zmysł dotyku są decydujące w miłości. Dzisiaj nie jestem tego pewien. Istnieją przecież małżeństwa, które wprawdzie mieszkają pod jednym dachem, ale żyją obok siebie. Widzą się codziennie, a niekoniecznie pałają do siebie miłością. W ich życie wkradła się rutyna, przykurzenie. Podobnie z życiem zakonnym czy kapłańskim. Można mieszkać obok kaplicy, czy kościoła, ale się do nich przyzwyczaić. 

 

Dla człowieka Biblii, także dla Jezusa, serce jest "centrum zarządzania" człowieka, analogicznie do tego, co my dzisiaj przypisujemy mózgowi, który steruje całym organizmem. Tyle że serce jest tutaj postrzegane jako symbol. "To, co z ust wychodzi, pochodzi z serca" (Mt 15, 18) - powiada Jezus. Podobnie wszelkie czyny - dobre i złe, namiętności i uczucia, również mają swój początek w sercu.

 

Święty Augustyn zapisał w "Wyznaniach" kilka zdań, które w kontekście dzisiejszej Ewangelii są genialne i wciąż aktualne: "Nie jakimś mglistym uczuciem, lecz stanowczym wyborem kocham Ciebie, Panie. Swoim Słowem ugodziłeś moje serce i pokochałem Cię. Zresztą i niebo, i ziemia, i wszystko co one zawierają, ze wszystkich stron wołają do mnie, abym Cię miłował"  - pisze w "Wyznaniach" św. Augustyn  (X 5, 6)

 

Jak kochać Niewidzialnego? Pierwsza sugestia Augustyna: miłość rodzi się z rany. Ciekawe, bo zazwyczaj z rany płynie krew. Bóg musi nas zranić Słowem, ugodzić tak, żeby nas w końcu zabolało, niekoniecznie z powodu grzechu.  Może nas zaboleć zbyt dużo bezinteresownej miłości. Rana serca jest efektem słuchania Słowa Bożego. Coś musi poruszyć człowieka od wewnątrz. To jest najgłębszy fundament miłości. Ale musi również dojść do poruszenia z zewnątrz. Augustyn powiada, że stworzenie mówi, oczywiście nie ludzkim słowem. Jest to głos, który można usłyszeć w ciszy i kontemplacji. Głos, który wydobywa się z nas, gdy słuchamy mowy przyrody. Dzisiaj patrzymy na przyrodę przez pryzmat nauki lub pytamy, czy przyda nam się do ekonomii lub zdrowia. Ale czy słyszymy głos przyrody, który mówi o naszym ostatecznym przeznaczeniu, o odwiecznym fundamencie całego stworzenia? Kontemplacja wymaga bezinteresowności. Jeśli patrzę, aby coś otrzymać, żadnego głosu nie usłyszę. Przyroda pozostanie dla mnie tylko przyrodą.

 

Uczucie jest zmienne, chociaż biblijnie bierze początek z serca. Wybór to domena woli połączonej z rozumem. Uczucie dla Augustyna jest dodatkowym wsparciem, ale nie może być kryterium ludzkiego działania, bo jest chwilowe, zbyt słabo ugruntowane. Bardzo wielu ludzi sprowadza miłość do romantycznych uniesień lub w ogóle do uczucia. Jeśli go nie przeżywają, uważają, że miłość rozpłynęła się w nicości. Kochać "stanowczym wyborem" to trwać przy kimś pomimo zmiennych uczuć.Wewnątrz osoby musi dojść do jakiegoś rozstrzygnięcia i zakorzenienia, które później ujawnia się na zewnątrz w czynach i gestach ciała. 

 

Św. Ignacy Loyola tak skonstruował całe Ćwiczenia Duchowe, aby chrześcijanin, który na modlitwie słucha Słowa i kontempluje życie Jezusa, dokonał w swoim życiu wyboru i potem się go wiernie trzymał. Za wyjątkiem tej osoby, która już wybrała przed rekolekcjami to, czego nie można zmienić, np. małżeństwo lub kapłaństwo. Wtedy w świetle słowa powinna przeprowadzić "ulepszenie" swego dotychczasowego życia, a nie porzucać małżeństwa czy kapłaństwa, by wybrać coś innego. Jak widać, dla świętych wybór waży. 

 

I ostatnia rzecz, która przykuwa moją uwagę w dzisiejszej Ewangelii. Jezus nie został zapytany o dwa największe przykazania, lecz o jedno. Natomiast w odpowiedzi mówi o dwóch przykazaniach, które, jego zdaniem, stanowią jedno przykazanie. Nie można ich rozdzielać. To są dwa filary całego Prawa. Usuń jeden filar, to wszystko się zawali. Wprawdzie w Prawie te dwa przykazania się pojawiają, ale osobno. Jezus łączy je ze sobą.

 

Jedną z największych pokus człowieka wierzącego jest ostre oddzielanie spraw boskich od spraw ludzkich albo sprowadzanie miłości Boga do kultu i modlitwy, przy równoczesnym pomijaniu Go w sprawach życia codziennego. Uleganie tej pokusie prowadzi do tego, że człowiek zaczyna sobie radzić sam w życiu, co zwykle mu nie wychodzi, albo ma ciągły dylemat, że za bardzo zaniedbuje Boga (skoro większość czasu pochłaniają mu bliźni i obowiązki, gdzie przecież Boga nie ma). Dlatego w celach terapeutycznych trzeba sobie często wyobrażać swoje życie wsparte na dwóch podporach: miłości do Boga i do człowieka. Brak jednej powoduje, że wszystko się rozłazi, rozkleja i pęka. A jeśli są obie, to wszystko się skleja, scala i jednoczy.

 

 

 

Dariusz Piórkowski: "O duchowości z krwi i kości"

 

Zbliża się Adwent. Polecamy rozważania, które pomogą Ci rzeczywiście czuwać, a nie biec przed świętami.

 

Tęgie głowy twierdzą, że jeśli Bóg istnieje, to mieszka w odległym niebieskim pałacu i głowy sobie człekiem nie zaprząta.

 

Ale Pismo św. mówi co innego. Najpierw, że Bóg w Chrystusie rozbił namiot w ludzkim świecie. Następnie, że wcale go nie zwinął i ciągle tu przebywa. W sercach i domach, w pracy i szkole, w rozrywce i cierpieniu. Gdybym zuchwale orzekł, że spotkanie Go na tej ziemi jest zawsze bułką z masłem, to chyba bym przesadził. Trochę trzeba się jednak potrudzić.

 

Pomagają w tym adwentowe czytania, które przypominają przewodnik w podróży. Dają wskazówki jak odczytać ślady przechodzącego Pana, jak usłyszeć Jego głos, a nawet natknąć się na Niego, gdy nieoczekiwanie przetnie nasze drogi. Bo Duch Boga to miłośnik ludzi. I raczej dobrze Mu z nami. Ciągle przychodzi, by nam o tym przypomnieć. Na różne sposoby.

 

 

 

Wspomóż Nas

Twoja ocena:

Średnia ocen:

5

Liczba głosów:

5

 

 

Komentarze użytkowników (0)

Sortuj według najnowszych

Facebook @portalDEONTwitter @deon_plYouTube @portalDEONplInstagram @deon_plKontakt

Logowanie

 
Opcja umożliwiająca automatyczne logowanie w serwisie przy kolejnej wizycie. Jest aktywna do momentu wylogowania.
zarejestruj się zapomniałeś hasła?
Zaloguj przez Facebook