Wiara jest jak terapia cierpienia - rozważanie

(fot. angelofsweetbitter2009/flickr.com)

Kiedy poważna choroba puka do naszych drzwi, nie tylko rozum, ale także wiara przeżywa kryzys i musi odpowiedzieć na rzucone jej wyzwanie. Absurd cierpienia czyha na nas nieustannie; jedynie odwołanie się do wiary w ukrzyżowanego Boga może uratować cierpienie przed pustką znaczenia i nicością, przekształcając to co bezużyteczne i bezsensowne w coś zbawczego.

 

Bóg nie jest ludzkim wymysłem. Niepoznawalny objawił nam swoje imię i swoją potrzebę życia z człowiekiem. Kiedy Mojżesz zapytał Go, kim jest, i szukał gwarancji dotyczących przyszłości, Bóg wyjawił mu swoje imię: Ehyeh asher ehyeh, co w tradycji chrześcijańskiej tłumaczy się jako: "Jestem, który jestem", ale co dla hebrajskiego ucha brzmi raczej jak "Będę, który będę".

 
Mojżesz poszukuje zapewnień, a odpowiedź Boga, jaką otrzymuje, wymaga od niego samego tego, czego wcale nie pragnie: absolutnej niepewności, wiary w nieokreślonym procesie, postępującej naprzód, nieprecyzyjnej, niedookreślonej. Ale odpowiedź Boga niesie z sobą naukę, której nie możemy odrzucić: twoje powodzenie i twoje bezpieczeństwo są uwikłane w ten proces stawania się. Bóg żąda od człowieka skoku w wiarę jako tajemnicy jego szczęścia. A więc ten, kto jest gotów do porzucenia własnej pewności i do oddalenia się od samego siebie, aby nieustannie zwracać się ku Bogu, odnajduje swoją prawdziwą tożsamość i swoją realizację.
 
Bóg wymykający się wszelkiej definicji jest jednakże osobą i działa w historii, wkracza w czas, stając się człowiekiem. Ukazuje nam swoje oblicze i swoje serce w Jezusie Chrystusie. Jest to paradoksem, że Bóg, ogrom, wszedł w świat skończoności jako człowiek, pozostając jednakże nieskończonością. Czyniąc to, staje się odpowiedzią będącą w zasięgu każdego człowieka. Jedynie nieskończona miłość, która wkracza w skończoność jest odpowiedzią na pragnienie nieskończoności obecne w każdej ludzkiej istocie. Jednak­że, jak pisze Jan Paweł II, "nie należy zapominać, że Ob­jawienie pozostaje pełne tajemnic. To prawda, że Jezus całym swoim życiem objawia oblicze Ojca, bo przyszedł przecież po to, aby opowiedzieć tajemnice Boże; mimo to jednak nasze poznanie tego oblicza jest nadal tylko cząstkowe i nie może wyjść poza granice naszego pojmowania. Tylko wiara pozwala wniknąć do wnętrza tajemnicy i pomaga ją poprawnie zrozumieć".
 
Tak więc wiara jest kluczem do odczytania, który pomaga w przeżywaniu cierpienia, ponieważ napełnia je sensem, wpisując je w tajemnicę Chrystusa, w nadprzyrodzoną perspektywę pokuty, oczyszczenia i uświęcenia. Jest to skok, który wyrywa ból z otchłani nonsensu. Sposób, w jaki różni ludzie przeżywają ten sam rodzaj cierpienia, zależy od sensu, jaki każdy z nich mu nadaje. Chrześcijańska odpowiedź niesie ulgę, pozwala nadać mu konstruktywny sens pokuty za grzechy i daru w obliczu zła świata. Wiara jest potężną terapią cierpienia, ponieważ wpisuje je w kontekst relacji z absolutnym "Ty", czyniąc cierpienie i nadzieję czymś łatwiejszym do połączenia.
 
Bóg jest miłością i potrafi jedynie kochać. Zło weszło w świat przez nieposłuszeństwo Adama, a Bóg, który nie chce zła, kiedy mu nie zapobiega, umie posłużyć się nim ku większemu dobru, które tylko On zna i które wpisuje się w nasze dobro wieczne.
 
Pisze Manzoni: "Bóg nigdy nie mąci radości swoich dzieci jak tylko po to, aby przygotować je na radość jeszcze pewniejszą i większą". Ponieważ przywykliśmy do ograniczeń wynikających z naszej skończoności, często zapominamy, że życie nie kończy się wraz ze śmiercią, i przestajemy mierzyć doświadczenia ziemskie miarą życia wiecznego. Zachowujemy się tak, jak słudzy z przypowieści, w której pan domu może powrócić w każdej chwili, ale ponieważ spóźnia się, przestają przeżywać wymiar oczekiwania. Gdyby nieustannie mieli na względzie jego powrót, ich poczynania byłyby mądre, a powrót pana nie zaskoczyłby ich (por. Mt 24, 45nn).
 
Jeśli tracimy z oczu powrót Pana, to znaczy czekające nas życie w jego ostatecznym wymiarze, pozostajemy w etyce skończoności, przez co również tajemnica cierpienia pozostaje skazana na upadek w absurd.
 
Cała literatura chrześcijańska jest pełna świadectw dotyczących sensu cierpienia i ostatecznej rzeczywistości: śmierci, sądu, piekła i raju. Są one ostateczną stawką wolnego wyboru - z Bogiem lub przeciw Bogu, dokonywanego w ciągu całego życia. Waga ma dwie szale, jedną w postaci doczesności, którą widzimy, ale której nie rozumiemy, i drugą w postaci nieba, będącego ukrytą, lecz doskonałą przeciwwagą. Cierpienie nabiera sensu jedynie wówczas, gdy jest odczytywane w swoim wymiarze wiecznym, a wiara jest najlepszą terapią, jak to ilustrują następujące refleksje.
 

Jan Paweł II

 
Kiedy poważna choroba puka do naszych drzwi, nie tylko rozum, ale także wiara przeżywa kryzys i musi odpowiedzieć na rzucone jej wyzwanie. Absurd cierpienia czyha na nas nieustannie; jedynie odwołanie się do wiary w ukrzyżowanego Boga może uratować cierpienie przed pustką znaczenia i nicością, przekształcając to co bezużyteczne i bezsensowne w coś zbawczego.
 
Chrystus nie wyjaśnia w oderwaniu racji cierpienia, ale przede wszystkim mówi: "Pójdź za Mną!" Pójdź! Weź udział swoim cierpieniem w tym zbawianiu świata, które dokonuje się przez moje cierpienie! Przez mój Krzyż. W miarę jak człowiek bierze swój krzyż, łącząc się duchowo z Krzyżem Chrystusa, odsłania się przed nim zbawczy sens cierpienia. Człowiek nie odnajduje tego sensu na swoim ludzkim poziomie, ale na poziomie cierpienia Chrystusa. Równocześnie jednak z tego Chrystusowego poziomu ów zbawczy sens cierpienia zstępuje na poziom człowieka i staje się poniekąd wyrazem jego własnej odpowiedzi. Wówczas też człowiek odnajduje w swoim cierpieniu pokój wewnętrzny, a nawet duchową radość.
 

Paulo Coelho

 
"Chodźmy na górę, gdzie mieszka Bóg", powiedział rycerz do swojego przyjaciela. "Chcę udowodnić, że potrafi On tylko żądać od nas, żebyśmy coś zrobili, ale sam nie robi nic, aby ulżyć naszej odpowiedzialności". "Dobrze, pójdę tam, aby okazać moją wiarę", odpowiedział przyjaciel. Przybyli na szczyt góry nocą i usłyszeli głos dochodzący z ciemności: "Załadujcie kamienie na wasze konie". "Widzisz?", powiedział rycerz. "Po tej ciężkiej wspinaczce chce, żebyśmy wzięli na siebie jeszcze cięższe brzemię. Nie usłucham!". Drugi rycerz zrobił tak, jak nakazywał głos. Kiedy dotarli do podnóża góry, zaczęło świtać i pierwsze promienie słońca zalśniły na kamieniach, które rycerz przywiózł ze sobą: były to najczystsze diamenty. Mistrz powiada: "Decyzje Boga są tajemnicą; ale są zawsze decyzjami na naszą korzyść".
 

Ojciec Augustin Guillerand

 
Mnich zastanawia się, czy istnieje sprawiedliwa miara, trudna do odnalezienia, między optymizmem, który widzi we wszystkim dobro, a pesymizmem, który we wszystkim widzi zło.
 
Dobro i zło współistnieją ze sobą w dziele Bożym. Zło jest bardziej widoczne od dobra, ponieważ znajduje się na powierzchni; ale w ostatecznym rozrachunku dobro zawsze zwycięża.
 
Bóg ma swoje drogi. Świat był straszliwie zły, kiedy nadszedł Jezus, ale zło nie powstrzymało go. Nie powin­niśmy się zatem lękać ani innych, ani samych siebie.
 
Trzeba patrzeć na życie z realizmem i brać je takim, jakie ono jest. Właśnie to głębokie, długie spojrzenie zaprowadzi nas do Boga, ponieważ Bóg znajduje się w głębi każdej rzeczy. Wszystko to, co się wydarza, dzieje się dlatego, że On tego chciał lub pozwolił na to. I nawet jeśli zło, na które Bóg zezwala, przeraża nas, powiedzmy sobie, że w głębi tego zła jest dobro, i właśnie tego dobra On pragnie. Dlatego też mogę powiedzieć, również myśląc o złu, że wola Boga (to znaczy Jego miłość) kryje się we wszystkim. To właśnie tej Jego woli (czy też miłości) poszukujemy. Cierpimy, kiedy nie wszystko jest tak, jak byśmy chcieli. Jest to szlachetne cierpienie. Dziękujmy Bogu za to, że umieścił je w naszych sercach jako swoje wezwanie skierowane do nas i zarazem nasze wezwanie skierowane do Niego. Ale pocieszmy się: istnieje lekarstwo i jest nim prawdziwa wiara. Jest wiara, która przyjmuje prawdę wyłącznie za pośrednictwem inteligencji; ale jest też wiara, która ją przyjmuje sercem. Ta pierwsza nie wystarcza: jest chłodna i daleka, nie prowadzi do zjednoczenia. Pozostawia nas daleko od Boga, z pustką. Ta druga wypełnia nas, ponieważ doprowadza do zjednoczenia. Ta prawdziwa, żyjąca wiara pozwala nam na objęcie Boga w posiadanie. On staje się nasz, staje się umiłowanym gościem duszy. A duszy, która oderwała się od rzeczy, nie pozostaje nic innego, jak zwrócić się ku Niemu z kochającą myślą, aby urzeczywistnić wymarzoną bliskość. Oto, jak mi się wydaje, to, do czego Bóg nas wzywa. Dochodzimy do tego dopiero po długiej podróży, która oddala nas od rzeczy stworzonych i od nas samych. Jeśli mamy odwagę, by ją urzeczywistnić, poznamy szczęście czekające nas u celu.
 

Ksiądz Emilian Tardif

 
Jezus nie uzdrawiał wszystkich chorych i nie wszyscy dostępują cudów, które również i dziś wydarzają się w Jego imieniu. Dlaczego? Nieodżałowanej pamięci ojciec Tardif, znany ze swojej posługi uzdrawiania, odpowiada, że Jezus nie uzdrawia wszystkich chorych, którzy Go o to proszą, ponieważ stanowi to część Jego tajemnicy miłości, której drogi są dla nas niepoznawalne, a tym bardziej nie należy żądać od Boga zdawania sprawy z Jego postępowania. Wszystko to, co czyni Bóg, czyni jedynie z Miłości.
Jeśli nas nie uzdrawia, dzieje się tak dlatego, że jego plan Miłości w stosunku do nas jest inny. Bóg może zamanifestować swoją miłość uzdrawiając nas, jeśli to odpowiada naszemu dobru wiecznemu, albo dając nam spokój i siłę w znoszeniu choroby, przez co współpracujemy z Nim na rzecz zbawienia świata, jeśli to jest naszym największym dobrem w perspektywie wiecznego szczęścia, jakie na nas czeka.
 
Jeśli Bóg wybiera kogoś na świadka swojej potęgi, ofiarowując mu uzdrowienie, może też wybrać kogoś innego na świadka swojej cierpliwości, swojego miłosierdzia, swojego ducha ofiary, pozostawiając mu chorobę. Powinniśmy zaświadczać o miłości Boga w naszej sytuacji, zarówno świadcząc o naszym uzdrowieniu, jak i przyjmując z radością i pokojem uderzające w nas cierpienie.
 

Ojciec Luigi Giussani

 
Założyciel Wspólnoty i Wyzwolenia traktuje cierpienie jak cud.
 
Cud można zdefiniować jako zdarzenie, a zatem fakt doświadczalny, poprzez który Bóg zmusza człowieka do tego, aby zwrócił uwagę na Niego, na wartości, w jakich chce, by człowiek uczestniczył... Jest to zatem sposób, w jaki narzuca On odczuwalnie swoją obecność. Z tego punktu widzenia wszystko jest cudem; nie zdajemy sobie z tego sprawy, ponieważ żyjemy jakby z dala od pierwotnego zamiaru, jaki nas ustanawia. [...] Są jednak takie szczególne momenty, w których Bóg w przedziwny sposób wzywa poszczególne osoby, by zwróciły uwagę na Jego obecność, by przestały być roztargnione. To właśnie jest cud w węższym sensie: jakby szczególne zaakcentowanie wydarzeń, które w nieodparty sposób wzywają ku Bogu. Zarówno niespodziewana dobra wiadomość, jak i nieoczekiwany ból może być cudem dla poszczególnych osób; jest to zawsze przemożne wezwanie skierowane do jednostki, nawet jeśli dla innych ludzi jest to coś, co można interpretować w kategoriach przypadku.
 
 
W tej perspektywie dla ojca Guissaniego cudem jest nowotwór uderzający w nas niespodziewanie, ale także choroba prowadząca do wiary i pokój ducha w obliczu cierpienia i śmierci. Ks. Angelo Beretta, proboszcz z Trivolzio, świadek wielu łask, jakie mają miejsce w jego sanktuarium przy prochach św. Riccardo Pampuri, podziela myśl ojca Guissaniego: "Umberto bardzo mnie zaskoczył - opowiada. - Przychodził tutaj tyle razy i wzruszał mnie jego widok, kiedy klęczał przed św. Riccardem. Pewnego wieczoru było tu 300, 400 modlących się za niego młodych ludzi... nie wydarzył się żaden «cud» w takim sensie, jak to zazwyczaj rozumiemy, ale cud znacznie większy: dwudziestojednoletni człowiek mówiący: «Wystarczy mi, że wiem, że Pan mnie kocha i że stworzył mnie do wieczności», który nie boi się śmierci". Ks. Angelo opowiada dalej: "Z pewnością cuda są rzeczywistością i widywałem je, ale trzeba zawsze pomagać w zrozumieniu, że najważniejszym cudem jest przyjęcie woli Boga, pozwalając, by sens naszego życia znał jedynie On, nasz Pan!
 
W tym miejscu trudno jest wytłumaczyć prawdziwą wolę Boga temu, kto przychodzi tylko po to, aby się dowiedzieć, co ma zrobić, by doświadczyć cudu. Nie wszystkim udaje się powiedzieć: Dziękuję Ci, Panie, ponieważ nie dałeś mi tego, o co prosiłem, ale znacznie więcej".
 

Maksymilian Kolbe

 
Św. Maksymilian Kolbe pisze do rycerza Niepokalanej, który po amputacji kończyny czuł się głęboko załamany:
Szanowny Panie! Z pańskiego listu można wywnioskować, że w Pana sercu toruje sobie drogę przygnębienie z powodu amputacji i żywe pragnienie szybkiego i całkowitego ozdrowienia. Jest to całkiem naturalne, ale trzeba regulować to pragnienie w uporządkowany sposób i modląc się o otrzymanie zdrowia, nie zapominać o tym, co otrzymał sam Pan Jezus w Ogrójcu, kiedy prosił Ojca, aby Go uwolnił od straszliwej męki, która Go czekała: "Ojcze mój, jeśli to możliwe, niech Mnie ominie ten kielich! Wszakże nie jak Ja chcę, ale jak Ty" (Mt 26, 39). I. kielich nie oddalił się, a Jezus, Syn Boży, poddał się najokrutniejszej męce.
 
Bóg wie lepiej od nas, czego nam potrzeba: zdrowia czy choroby, bogactwa czy ubóstwa, powszechnego szacunku czy pogardy. W zniechęceniu trzeba i należy się modlić, ale przede wszystkim trzeba się zdać na wolę Boga. I w rzeczy samej, ile może trwać amputacja? Jedynie do śmierci. Ale jeśli ma to zwiększyć tylko o jeden stopień Jego chwałę w raju, na całą wieczność, wynika z niej nieskończona korzyść.
 
Życie szybko umyka, także cierpienie mija, podczas gdy wieczność pozostaje. Dlatego warto....
 
I dodaje:
Czasami życie jest takie ciężkie! Wydaje się, że nie ma już wyjścia. Głową muru nie przebijesz. Jest smutne, twar­de, straszne, być może beznadziejne. Ale dlaczego?
 
Ale czy rzeczywiście tak strasznie jest żyć na tym świecie? Czyż Bóg nie wie o tym wszystkim? Czy może nie jest wszechmocny? Czyż nie w Jego rękach są wszystkie prawa natury, a nawet wszystkie ludzkie serca? Czyż cokolwiek może się zdarzyć we wszechświecie bez Jego pozwolenia?. A jeśli to On na to zezwala, to czyż mógłby zezwolić na coś, co nie ma na celu naszego dobra, większego dobra, największego możliwego dobra?.
 
Gdybyśmy na krótką chwilę otrzymali nieskończoną inteligencję i udałoby się nam pojąć wszystkie przyczyny i skutki, nie wybralibyśmy dla nas samych niczego innego niż to, co Bóg zezwala, ponieważ, będąc nieskończenie mądrym, On zna doskonale to, co jest najlepsze dla naszej duszy; a przy tym, będąc nieskończenie dobrym, pragnie i dopuszcza jedynie to, co nam służy, mając na względzie nasze większe szczęście w raju.
 
Dlaczego więc częstokroć jesteśmy tak załamani?
 
Ponieważ nie dostrzegamy związku, jaki istnieje pomiędzy naszym szczęściem i tymi okolicznościami, które nam dokuczają; ze względu na skończoność naszej głowy (która z łatwością mieści się w berecie czy kapeluszu...) nie jesteśmy w stanie znać wszystkiego. Co zatem mamy czynić?
Zaufać Bogu!
 
Przez to zaufanie, nawet nie rozumiejąc bezpośrednio wszystkich spraw, przydajemy Bogu wielkiej chwały, ponieważ uznajemy Jego mądrość, Jego dobroć i Jego potęgę.
 
Ufajmy Bogu, zatem, i ufajmy bezgranicznie! Ufamy, że jeśli będziemy się martwić jedynie o wypeł­nienie Jego woli, nie może nas spotkać żadne prawdziwe zło, nawet gdyby przyszło nam żyć w czasach tysiąc razy trudniejszych niż obecne.
 
A zatem, czy nie należy się starać o zapobieganie, oddalanie trudności?
 
Oczywiście, można i należy to robić; o ile zależy to od nas, trzeba robić wszystko, co możliwe, aby usunąć trudności z naszej drogi życiowej, ale bez niepokoju, bez lęku i przede wszystkim bez rozpaczliwej niepewności.
 
Te stany ducha nie tylko nie pomagają w rozwiązywaniu trudności, ale wręcz czynią nas niezdolnymi do mądrego, rozważnego i rychłego działania.
 
W każdej sprawie nie przestawajmy zatem powtarzać wraz z Jezusem w Ogrójcu: "Jednak nie moja wola, lecz Twoja niech się stanie!" (Łk 22, 42). I jeśli, tak jak się stało w Ogrodzie Oliwnym, Bóg uzna za stosowne odmówić naszej prośbie i ześle nam kielich do wypicia aż do ostatniej kropli, nie zapominajmy, że Jezus nie tylko cierpiał, ale też chwalebnie zmartwychwstał. Pamiętajmy również, że droga do zmartwychwstania prowadzi także przez cierpienie.
 
Przywiązujemy się zbytnio do naszej biednej ziemi: co by się stało, gdyby od czasu do czasu nie ukłuł nas jakiś kolec? Gdyby tak nie było, pragnęlibyśmy, być może, wznieść nasz raj na tej ziemi z prochu i błota.
 
Ufajmy zatem, ufajmy bezgranicznie Bogu za pośrednictwem Niepokalanej i próbujmy, w miarę możności naszego umysłu i naszych sił, szukać środków zaradczych, ale ze spokojem, pokładając ufność w Niepokalanej i stawiając zawsze wolę Boga ponad naszą własną. Krzyże staną się wówczas dla nas (jak trzeba, aby były), stopniami prowadzącymi do szczęścia i zmartwychwstania w raju.
 

Ojciec Pio

 
Św. Pio da Pietrelcina, Szymon Cyrenejczyk Chrystusa, dobrze poznał mądrość cierpienia. Powtarzał, że "każdy ma swój krzyż, wszyscy proszą, aby im został zabrany, ale gdyby wiedzieli, jaki jest cenny, prosiliby o niego". Pisze do arystokratki Raffaeliny Cerase w związku z chorobą jej siostry Gioviny, która z ledwością uniknęła śmierci:
Niech będzie błogosławiony Ojciec sierot za to, że w swojej nieskończonej dobroci przywrócił do życia biedną Giovinę. Nie kryję przed tobą, że niebezpieczeństwo, w jakim się znalazła, było rzeczywiście skrajne, bardziej niż to sobie wyobrażałaś. Została wydarta ze szponów śmierci; była warunkowo przeznaczona, by dołączyć do rodziców w niebie. Jedynie liczne modlitwy powstrzymały wykonanie tego wyroku. [...] Och, moja droga, jaki dobry jest nasz Bóg! Zechciał oszczędzić ci tak wielkiego nieszczęścia [".]. Jeśli rzeczywiście wywarłem i wywieram nadal nacisk na serce niebieskiego Ojca, modląc się za zdrowie Gioviny, a także twoje, On jeden wie, ile jeszcze łez, ile umartwień narzucam sobie z tą intencją. Ku twemu pocieszeniu muszę ci jednak powiedzieć, że pełne wyleczenie choroby, na jaką cierpi biedna Giovina, nie byłoby na chwałę Bożą, nie przyczyniłoby się lepiej do zdrowia jej duszy i zbudowania osób żyjących w duchu Jezusa Chrystusa, dlatego też nie mogę nalegać, nie mogę błagać Bożego Serca, aby to jej przyznało. [...] Innym powodem, dla którego powstrzymuję się od proszenia o pełne uzdrowienie Gioviny jest to, że taka ułomność jest dla niej przemożnym środkiem do urzeczywistnienia wielu cnót; i dlatego nie mogę, przez litość i fałszywie rozumianą miłość do ciebie, pozbawiać tej szlachetnej duszy, tak drogiej Jezusowi, tych ogromnych skarbów [.]. Pamiętajmy, że losem dusz wybranych jest cierpienie; cierpienie znoszone po chrześcijańsku, warunek, pod jakim Bóg, sprawca wszelkiej łaski i wszelkich darów prowadzących do zbawienia, postanowił ofiarować nam chwałę [.]. Oby dalekie było od nas użalanie się nad tym, ile nieszczęść i ułomności spodoba się Jezusowi nam zesłać. Pójdźmy za boskim Mistrzem po zboczu Kalwarii, niosąc nasz krzyż; i kiedy Jemu spodoba się nas ukrzyżować, to znaczy zatrzymać nas na łożu boleści, dziękujmy Mu za to i uznawajmy się za błogosławionych z powodu tej łaski, jakiej nam udzielił, wiedząc, że bycie na krzyżu z Jezusem jest aktem nieporównanie doskonalszym niż tylko kontemplowanie Jezusa na krzyżu.
 

Trilussa

 
Aby zrozumieć mądrość krzyża, wystarczy, że damy się poprowadzić wierze, która jest ociemniała w swoim oddaniu, ale jednocześnie oświecona przez Mądrość. Jej wyrazisty portret odmalował poeta ludowy Trilussa, którego słowa kończą nasze refleksje i zapoczątkowują wasze:
Ta ślepa stara,
którą spotkałem po nocy, gdy się zgubiłem w lesie, rzekła mi:
"Jeśli nie znasz drogi, ja cię podprowadzę;
masz dość siły, żeby za mną pójść,
od czasu do czasu krzyknę na ciebie,
aż do tamtej góry, gdzie widać cyprys na szczycie
i gdzie stoi krzyż".
Na to ja odrzekłem: "Niech będzie... chociaż dziwne, że mnie wiedzie, kto nie widzi".

Stara wzięła mnie za rękę i westchnęła: "Idźże". A była to wiara. 

 

Wspomóż Nas

Twoja ocena:

Średnia ocen:

4.29

Liczba głosów:

34

 

 

Komentarze użytkowników (29)

Sortuj według najnowszych

Zgłoś do moderacji

~ad 11:56:07 | 2012-04-04
Droga "Jeśli Nikt" trzeba o siebie walczyć, choćby wszystko waliło się na głowę. Destrukcyjne myśli to droga do nerwicy albo depresji. A takie choroby nie są Ci potrzebne. Szukaj pomocy w konkretnych instytucjach (może w ośrodku pomocy społecznej) i nie zrażaj się, gdy odeślą Cię z niczym. W takiej sytuacji szuka się do skutku. Przez jedne osoby dotrzesz do drugich. Może warto byłoby również porozmawiać z mądrym księdzem lub psychologiem chrześcijańskim? Ratuj się Dziewczyno jak tylko możesz.Musisz znaleźć na to siłę.
Przy okazji pozdrawiam Księdza Artura.
Przy okazji

Oceń odpowiedz

Zgłoś do moderacji

~o co chodzi? 09:08:49 | 2012-04-04
do(bezimiennej) jeśli nikt
nie rozumiem o co Ci chodzi, ale zapewniam Cię o modlitwie w Twojej intencji.
do moderacji
nie rozumiem, jakimi kryteriami kieruje się moderacja(myślałam że regulaminem) ale to chyba wychodzi ponad-może sa jakieś własne inne regulaminy...

Oceń odpowiedz

Zgłoś do moderacji

~o co chodzi? 08:53:28 | 2012-04-04
dziwne...(w tym miejscu zastanowiam się o co chodzi, i czy przypadkiem kogoś nie wyzwałam) ale nie...i znikł mój kom.
Nic z tego nie rozumiem, co tu się dzieje na tym portalu....

Oceń odpowiedz

Zgłoś do moderacji

~jego świadectwo 00:56:02 | 2012-04-04
O. Joseph-Marie Verlinde


http://www.youtube.com/watch?v=3oLuzJpyAd8

Oceń odpowiedz

Zgłoś do moderacji

Artur Demkowicz SJ 00:51:39 | 2012-04-04
zostałem poproszony przez "jeśli nikt" o moderację postów, co też zrobiłem...

Oceń odpowiedz

Zgłoś do moderacji

~prośba 00:49:34 | 2012-04-04
Nie wyzywaj. 

Oceń odpowiedz

Zgłoś do moderacji

~łaska Boża 09:26:57 | 2012-04-03
Jedna z najbardziej podstawowych prawd w życiu duchowym mówi: wszystko, co autentycznie dokonuje się w nas, wszystko, co nas rozwija, jest dziełem Boga. My jedynie jesteśmy współpracownikami tego Bożego działania. Wszystko jest łaską. Ale też łaska jedynie wówczas działa skutecznie, kiedy ją przyjmujemy i pozwalamy jej działać w nas. Największymi wrogami naszego prawdziwego wzrostu jesteśmy my sami, a konkretnie nasze mniemanie, że sami mamy sobie poradzić i sami mamy się okazać doskonałymi. Takie przekonanie jest wzmocnione przez istniejące u nas od wieków skoncentrowanie na moralnym wymiarze życia. Prawo moralne jest czymś zasadniczym w życiu i aby być autentycznie wierzącym, musimy żyć zgodnie z moralnymi zasadami, jednak jeżeli życie wiary sprowadzi się tylko do moralności, to następuje fatalne uproszczenie. Wydaje się wówczas, że sami musimy okazać się przed Bogiem doskonałymi, że otrzymujemy zbawienie jako nagrodę za nasze dobre postępowanie. Oczywiście w pewnym wymiarze jest to prawda. Niemniej jesteśmy zbawieni przez łaskę, a nie przez własny wysiłek, przez własną doskonałość. I w tym kontekście pojawia się słabość i jej rola w zbawieniu. To dzięki doświadczeniu swojej własnej słabości pojawia się możliwość prawdziwego otwarcia na działanie Boga w nas.

Oceń odpowiedz

Zgłoś do moderacji

~jeśli nikt 00:56:41 | 2012-04-02
Muszę chyba wyjaśnić, że wymieniłam swoje obawy oraz intencje w których proszę o modlitwę. Nic się na razie nie stało, ale może, jesli będę dalej osłabiona i niezdolna do stawienia temu wszystkiemu czoła. Maila jak dotąd nie otrzymałam, a też wolałabym przejść na priv. Dziękuję i pozdrawiam.

Oceń odpowiedz

Zgłoś do moderacji

~Słaba 23:41:26 | 2012-04-01
@jeśli nikt
Witaj! Musiałam zająć się innymi sprawami, teraz wracam do wątku.
   1) W sprawie operacji wyraziłaś się jasno już poprzednio. :-) Dodam wyjaśnienie z mojej strony. Jeśli modlę się o czyjeś zdrowie, to modlę się o pełne zdrowie dla niego. Więc jeżeli tej osobie, w wyniku choroby, grozi np. amputacja nogi, to proszę Boga, aby ta noga stała się zdrowa i amputacja nie była potrzebna. Jednak to nie ja mogę dać tej osobie zdrowie, tylko Bóg.
   2) Nie leży również w mojej mocy sprawienie, żebyś nie popełniła samobójstwa, jeśli się na nie uprzesz... Próbuję cię odwieść od takich planów i modlę się, aby Bóg uleczył z nich twoje serce.
Podzieliłam się z tobą moim doświadczeniem. Oczywiście nie ma dwóch identycznych sytuacji, ale może i z nieidentycznych coś się przydać... :-)
   3) Ja również żyję samotnie. ZUS odmówił mi renty (zabrakło mi 4 miesięcy okresu składkowego). Sprawa jest w sądzie. Mam zasiłek z opieki społecznej, który nie wystarcza mi na utrzymanie. Resztę dają mi dobrzy ludzie. Bóg troszczy się o mnie przez nich.
   4) Teraz ważna sprawa, której nie zdążyłam dopowiedzieć. Uważam, że jest oburzające, jeśli człowiek zostaje bez środków do życia, czy dachu nad głową, dlatego, że w wyniku choroby stał się niesprawny! Takiej sytuacji nie należy rozwiązywać samobójstwem chorego! Trzeba wszelkimi dostępnymi środkami Bożymi i godziwymi środkami ludzkimi, walczyć o zapewnienie bytu dla tej osoby.
Modlę się więc także, o potrzebną pomoc dla ciebie.

W związku z tym wszystkim spróbuję zostawić mój adres mailowy u o.Artura Demkowicza, żebyś mogla do mnie napisać poza forum, jeśli będziesz chciała. Jeśli nie masz za co żyć, lub nie masz ubezpiczenia, czy możliwości leczenia się - napisz koniecznie! Może uda się coś wymyślić.
Pozdrawiam cię serdecznie!

Oceń odpowiedz

Zgłoś do moderacji

~Słaba 23:39:37 | 2012-04-01
@jeśli nikt
Witaj! Musiałam zająć się innymi sprawami, teraz wracam do wątku.

1) W sprawie operacji wyraziłaś się jasno już poprzednio. :-) Dodam wyjaśnienie z mojej strony. Jeśli modlę się o czyjeś zdrowie, to modlę się o pełne zdrowie dla niego. Więc jeżeli tej osobie, w wyniku choroby, grozi np. amputacja nogi, to proszę Boga, aby ta noga stała się zdrowa i amputacja nie była potrzebna. Jednak to nie ja mogę dać tej osobie zdrowie, tylko Bóg.

2) Nie leży również w mojej mocy sprawienie, żebyś nie popełniła samobójstwa, jeśli się na nie uprzesz... Próbuję cię odwieść od takich planów i modlę się, aby Bóg uleczył z nich twoje serce.
Podzieliłam się z tobą moim doświadczeniem. Oczywiście nie ma dwóch identycznych sytuacji, ale może i z nieidentycznych coś się przydać... :-)

3) Ja również żyję samotnie. ZUS odmówił mi renty (zabrakło mi 4 miesięcy okresu składkowego). Sprawa jest w sądzie. Mam zasiłek z opieki społecznej, który nie wystarcza mi na utrzymanie. Resztę dają mi dobrzy ludzie. Bóg troszczy się o mnie przez nich.

4) Teraz ważna sprawa, której nie zdążyłam dopowiedzieć. Uważam, że jest oburzające, jeśli człowiek zostaje bez środków do życia, czy dachu nad głową, dlatego, że w wyniku choroby stał się niesprawny! Takiej sytuacji nie należy rozwiązywać samobójstwem chorego! Trzeba wszelkimi dostępnymi środkami Bożymi i godziwymi środkami ludzkimi, walczyć o zapewnienie bytu dla tej osoby.
Modlę się więc także, o potrzebną pomoc dla ciebie.

W związku z tym wszystkim spróbuję zostawić mój adres mailowy u o.Artura Demkowicza, żebyś mogla do mnie napisać poza forum, jeśli będziesz chciała. Jeśli nie masz za co żyć, lub nie masz ubezpiczenia, czy możliwości leczenia się - napisz koniecznie! Może uda się coś wymyślić.
Pozdrawiam cię serdecznie!

Oceń odpowiedz

Pokaż więcej komentarzy

Facebook @portalDEONTwitter @deon_plYouTube @portalDEONplInstagram @deon_plKontakt

Logowanie

 
Opcja umożliwiająca automatyczne logowanie w serwisie przy kolejnej wizycie. Jest aktywna do momentu wylogowania.
zarejestruj się zapomniałeś hasła?
Zaloguj przez Facebook