Współczujący Bóg

Czy Bóg cierpi?

 

To, że napisano na ten temat bardzo wiele, wcale nie dziwi. Trudno bowiem o donioślejsze egzystencjalnie pytanie z połączonych punktów widzenia teologicznego i antropologicznego.

 

Można sobie również z łatwością wyobrazić, jak dalekosiężne będą konsekwencje udzielonej odpowiedzi i jak potężny wywrą wpływ na obraz Boga i człowieka, na kształt religijności i na kulturę. 

Dobrze o tym pomyśleć w dorocznym Tygodniu Miłosierdzia.

 

W dziejach ludzkiej myśli i w dwutysiącletniej historii chrześcijańskiej teologii odpowiadano na to pytanie negatywnie i pozytywnie. Rzecz jasna, sporu tego nie rozstrzygniemy, ale ufam, że da się na kanwie obu odpowiedzi postawić tezę najważniejszą dla naszej refleksji.

 

Jeżeli się bowiem dobrze w nie wsłuchać, w ich kontekstualność, w ich walory i słabe strony, w samo jądro toczącego się między nimi sporu, jeśli to zrobić uważnie i - na ile to możliwe - bez uprzedzeń, wówczas wyraźnie da się usłyszeć przynajmniej to jedno: pragnienie Jezusa Chrystusa, potrzebę istnienia Jego i Jego dzieła, Jego "konieczność". A to właśnie jest absolutnie koniecznym fundamentem dla prawdy o Współczującym Bogu.

 

Spór współczesnej teologii

 

Bóg cierpi - powiada wielu współczesnych teologów, kto wie, czy nie większość. "W teologii nie ma bardziej fałszywej idei od tej, że Bóg nie podlega cierpieniu" - głosił pod koniec XIX wieku Andrew M. Fairbairn, a niespełna sto lat później Huw P. Owen mógł napisać, że niecierpiętliwość Boga "jest najbardziej kwestionowanym aspektem klasycznego teizmu".

 

Zdaniem teologów tej orientacji już Stary Testament prezentuje wizję Boga i świata, w której jest miejsce na pathos Boga. Podczas gdy filozofia grecka głosiła absolutną apátheia bóstwa jako metafizyczny aksjomat (boska samowystarczalność i niecierpiętliwość, Bóg ani nie kocha, ani nie nienawidzi), religia Izraela przynosi radykalny przełom w rozumieniu boskości.

 

Pathos Boga jest formą Jego istotnej więzi z historią i ze światem, formą Jego w nich uczestnictwa i troski o nie. Pierluigi Ferrari pisze: "Jest On przedstawiany jako Ten, który namiętnie kocha ludzi, których stworzył, cierpi z powodu grzechu Izraela, idzie z nim na wygnanie, nawet Jego gniew jest wyrazem zranionej miłości.

 

W ten sposób Jego shekinah, czyli Jego obecność w Izraelu, przekracza granice każdego świętego miejsca, wyznaczonego na «mieszkanie Boga», nawet świątyni jerozolimskiej, i urzeczywistnia się w czasie historii ludzi. Jego serce jest tam, gdzie oni idą".


Dopiero jednak Nowy Testament pozwala z całą mocą stawiać tezę o cierpiętliwości Boga. Krzyż Syna jest głębokim cierpieniem Ojca i prowadzi do "rewolucji" w pojęciu Boga. W latach siedemdziesiątych XX wieku kwestię tę postawił w centrum ówczesnej teologii Jürgen Moltmann.

 

Wewnątrztrynitarna tajemnica Syna i Ojca jest jedyną odpowiedzią na pytanie o sens zła i cierpienia w świecie stworzeń - uczył w Der gekreuzigte Gott (1972) i w Zukunft der Schöpfung (1977). Pisał: "Bóg, który nie potrafi cierpieć, jest uboższy od każdego człowieka. Gdyż Bóg niezdolny do cierpienia jest bytem niezdolnym do zaangażowania się. […] Kto nie potrafi cierpieć, nie potrafi też kochać".


Mroczne wydarzenia XX wieku przyspieszyły dojrzewanie tej idei i miały wpływ na jej radykalizację - obie światowe wojny, obozy koncentracyjne, gułagi i Hiroszima, a zwłaszcza holocaust. "Mówienie w tym miejscu [w Oświęcimiu] o Bogu, który nie może cierpieć, oznaczałoby robienie z Niego demona. Mówienie tutaj o Bogu absolutnym byłoby czynieniem z Niego unicestwiającej nicości. […] Niewyrażalne cierpienia w Auschwitz były również cierpieniem samego Boga" - podkreśla Moltmann.

 

Imię Boga - konkluduje Moltmann, a z nim, chciałoby się rzec, "cała epoka" - przysługuje jedynie Bogu, który solidarnie cierpi z niewinnym. Któż ma większe moralne prawo reprezentować teologię owej epoki "czasu zabijania" niż Dietrich Bonhoeffer, który w liście z hitlerowskiego więzienia, w lipcu 1944 roku, pisał: "Tylko cierpiący Bóg może pomóc".

 

Bóg nie cierpi - brzmi odpowiedź klasyczna. Miłuje nas i pomaga, ale nie "musi" z tego powodu cierpieć. Współcześnie - to polemiczne wobec pierwszej odpowiedzi stanowisko - najgłośniej bodaj wybrzmiało w monografii Thomasa G. Weinandy’ego z 2000 roku.

 

Do poglądów swoich opozycjonistów podchodzi Weinandy z szacunkiem, dostrzegając ich szlachetne źródła: ogrom cierpienia, głębia współczucia, potrzeba empatii. Zarzuca im jednak poważny błąd w punkcie wyjścia: odejście od stałych, metafizycznych fundamentów teologii pod wpływem nadmiernej antropomorfizacji obrazu Boga. Pathos Boga - w swych błędnych, zdaniem Weinandy’ego, ujęciach - jest tak podobny do ludzkiego, że jest doświadczany w Bogu na takim (antropomorficznym) poziomie, iż powoduje w Nim psychologiczne i emocjonalne zmiany. I tym samym Bóg cierpi - psychologicznie i emocjonalnie.

 

1 2 3  
Wspomóż Nas

Twoja ocena:

Średnia ocen:

4.69

Liczba głosów:

13

 

 

Komentarze użytkowników (7)

Sortuj według najnowszych

Zgłoś do moderacji

~Yasmin 20:02:46 | 2010-04-23
http://mojawiara.blog.onet.pl/Pusty-grob-i-65-roz,2,ID403746691,n

Bez względu na to czy wierzymy w życie po śmierci, albo w zmartwychwstanie wszystkich ludzi, czy też nie wierzymy, to śmierć powinna nas uczyć wrażliwości na los innych ludzi, na ich cierpienie. I przez to powinna nas uczyć miłości i szacunku do "bliźniego".

Oceń odpowiedz

Zgłoś do moderacji

~Efraim 23:37:28 | 2010-04-06
 http://mojawiara.blog.onet.pl/Pusty-grob-i-65-roz,2,ID403746691,n

Oceń odpowiedz

Zgłoś do moderacji

dominik 21:24:30 | 2010-01-03
~Yasmin,

nikt nie odbiera Ci możliwości mówienia o Bogu w taki sposób, w jaki chcesz. W wierze nie liczą się teologowie ani teologie, ale Ty i Bóg, ja i Bóg... Wiara jest czymś osobistym, ale i społecznym zarazem. Jeżeli wierzę, to oznacza, że jestem otwarty na drugiego człowieka, bo tak otwarty jest Bóg...

Powiem tak, czasami ja klękam i po prostu wierzę, nie znajduję odpowiedzi na wszystkie pytanie, jakie stawia mi mój umysł.

A z tym Słowem, które stało się Ciałem, to warte oddzielnego artykułu. W jęz. greckim mamy tutaj wyrażenie sarks egeneto co oznacza człowieka z krwi i kości, zas po zmartwychwstaniu jezusa Ewangeliści mówiąc o Jego zmartwychwstałym ciele używają słowa soma, a więc my w naszym języku nie mamy takiej różnicy: dla nas ciało to ciało, ale Grecy mieli i to jest wspaniałe, bo pokazuje głębię zarówno słownictwa jak i tajemnicy, której dotykamy.

Daleki jestem od wskazywania błędów. Uważam, że nie chodzi o to, abyśmy wskazywali błędy, bo wówczas będą guru - ludzie. Chodzi raczej o wymianę myśli, tak po prostu, tak jak czujemy lub rozumiemy jakąś sprawę. To może dać niesamowity materiał do tego, aby zobaczyć, jak czujemy, jak doświadczamy Boga, jak wierzymy, co przez to rozumiemy...

Odpowiedziałem Ci nie jako teolog, ale jako człowiek wierzący, który cały czas nosi skarb w glinianym naczyniu, o czym pisał Paweł. I czasami - tak jak on - czuję się niegodnym uczestnikiem tak wielkiej tajemnicy Bożej miłości...

Jednym słowem, jak to ktoś tutaj ostatnio napisał w dziale duchowość: jesteśmy Bożą własnością, to głęboka prawda, którą żyję od kilkunastu lat...
Pozdrawiam. Dominik

Oceń odpowiedz

Zgłoś do moderacji

~Yasmin 21:09:41 | 2010-01-03
Dominik.
Dziękuję bardzo za odpowiedź.

Czy należy pytać. A czy to ja postawiłam problem cierpienia Boga?
Czuję się więc częściowo usprawiedliwiona. :) To przecież robicie Wy, teologowie.
Tak, większość słów którymi mówimy o Bogu ma znaczenie związane z nami i naszym światem, ale co zrobić? Nie używać ich się nie da, najlepiej nie podkładać pod nie dosłownych znaczeń. A może tu lepiej pisać współczucie niż cierpienie?
Mam takie przekonanie, czy błędne? Że dwie natury w osobie Jezusa muszą być ze sobą zespolone, właśnie dlatego, że jest On jedną Osobą. Czyż nie?
W Piśmie świętym jest napisane, że Słowo stało się Ciałem, to raczej trochę coś innego, niż że było w ciele, ale jakby obok. Nie chcę wnikać zbyt głęboko w trudny temat, ale od poczęcia Dzieciątka już było Nim. Są także o Nim słowa: „W Nim bowiem mieszka cała Pełnia: Bóstwo, na sposób ciała”. Bóstwo na sposób ciała. Także po zmartwychwstaniu, z odmienionym, ale ciałem, wstąpił Jezus do nieba. Kiedy On coś robi, czy mówi o Sobie, to w jednym zdaniu o człowieku, a w drugim Już o Bogu. A czasem jakby jednocześnie. Nie jest przecież tak, by osobowość Jego nie była stała, niezmienna, natomiast rozdwojona. Co o tym sądzisz, czy jest to głupie, wskażesz mi błąd?

Z poważaniem.
Yasmin

Oceń odpowiedz

Zgłoś do moderacji

dominik 22:57:42 | 2009-12-24
~Yasmin,

nie jest łatwo tak po prostu odpowiedzieć na Twoje pytanie. Używanie sformułowań typu: Bóg cierpi, Bóg czuje, Bóg rozumie i inne - to nic innego jak tzw. antropomorfizm, czyli przypisywanie Bogu ludzkich cech. Człowiek wyraża się o Bogu w taki sposób, jak wyraża się o człowieku. A zatem mówienie, że Bóg nie cierpi jest mówieniem o zanegowaniu tej cechy, którą odczuwamy my jako ludzie.

A teraz do Twojego pytania: skoro Jezus miał dwie natury: naturę boską i naturę ludzką, to w każdej naturze odczuwał to, co przyporządkowane jest danej naturze. A zatem jako człowiek cierpiał, gdy dotknął się gorącego pieca, to czuł, że się oparzył, zapłakał jako człowiek nad grobem Łazarza z miłości i tęsknoty za swoim ziemskim przyjacielem... Z drugiej strony jako Bóg znał ludzkie myśli, miał moc uzdrawiania i wskrzeszania, bo to On był i jest Panem życia i śmierci...

Czasami w wierze nie da sie odpowiedzieć na wszystkie pytania. Gdybyśmy znali odpowiedź na wszystko, gdzież byłaby nasza wiara?

Oceń odpowiedz

Zgłoś do moderacji

~Yasmin 08:11:22 | 2009-10-11
Mam pytanie do teologów. Skoro istnieje równoprawna koncepcja, jeśli dobrze rozumiem, że Bóg nie cierpi, to jak się tłumaczy według niej rozdzielenie i niezależność ludzkiej i boskiej natury Pana Jezusa od momentu poczęcia, aż do ukrzyżowania, a nawet do momentu zmartwychwstania?
Bardzo proszę o odpowiedź, jeśli nawet wydaje się ono naiwne, nie jestem teologiem, mam prawo nie rozumieć.

Oceń odpowiedz

Zgłoś do moderacji

gabisk 13:44:58 | 2009-10-09
I pomyśleć skąd czerpać siły i nadzieję, gdyby nie było Boga współ-cierpiącego, OBECNEGO. Nie byłoby też Bogiem Miłosiernym, gdyby nie zechciał pochylić się nad ludzką nędzą. Współ-cierpienie rozumem też jako współ-odczuwanie, czyli współ-czucie. A ono jest warunkiem właściwie pojętego miłosierdzia. Dziękuję!

Oceń odpowiedz

Facebook @portalDEONTwitter @deon_plYouTube @portalDEONplInstagram @deon_plKontakt

Logowanie

 
Opcja umożliwiająca automatyczne logowanie w serwisie przy kolejnej wizycie. Jest aktywna do momentu wylogowania.
zarejestruj się zapomniałeś hasła?
Zaloguj przez Facebook