Możesz przekroczyć próg

Przewodnik Katolicki
(fot. shutterstock.com)

Pan Bóg z tego, co my zrobimy, lepi dużo większe i dużo ważniejsze rzeczy - mówi o swoim życiu i dalekich wyprawach znany podróżnik Marek Kamiński.

 

Łukasz Kaźmierczak: Zacznijmy klasycznie: Boże Narodzenie 1995 r., Pańskie niezwykłe święta…


Marek Kamiński: Niezwykłe. Niesamowicie radosne. 24 grudnia, w Wigilię, praktycznie wiedziałem już, że dojdę do bieguna południowego. Coś, co wydawało się jeszcze chwilę wcześniej niemożliwe, było już dosłownie na wyciągnięcie ręki. Chciałem się oczywiście z kimś podzielić tą radością, ale mogłem się dzielić tylko myślami. Mimo to byłem pełen harmonii. Skupiony.


W normalnej cywilizacji, mimo tego świątecznego nastroju, mamy zawsze jeszcze jakieś inne sprawy - obowiązki przedświąteczne, coś zewnętrznego odciąga naszą uwagę, jest wiele alternatyw, o których się myśli. A tam, na Antarktydzie, wszystko było jakby na swoim miejscu, nie istniało nic, co by mnie rozpraszało.

 

Nawet samotność?


Była oczywiście myśl o bliskich, ale nie odczuwałem żalu, że ich nie ma, raczej taką chęć podzielenia się. Wszystko było tak, jak powinno być. Ja tam po prostu byłem, niczego mi nie brakowało, niczego nie było za dużo. Nic więcej być nie musiało.

 

Nie brakowało sianka, pierogów, smaków z dzieciństwa?


Nie, właśnie nie. Te święta były takimi świętami, w których po prostu byłem. Ktoś zwrócił mi niedawno uwagę na to, że Bóg także mówi, że Jest. Może na tym właśnie powinno polegać nasze prawdziwe bycie? Na tym, że się jest... Że wówczas wszystko jest na swoim miejscu, we właściwym czasie i we właściwych proporcjach?


Było oczywiście skromnie, zjadłem swój zwykły polarny posiłek, na ścianie namiotu narysowałem choinkę i odśpiewałem kolędę. Włączyłem także wyjątkowo na cały dzień urządzenie, które nadawało moją pozycję, po to, aby być z bliskimi chociaż poprzez ten sygnał elektroniczny. Wątpię jednak, aby odebrali ode mnie tę wiadomość.

 

Ważne, że Pan miał to poczucie?


I to mi absolutnie wystarczało.

 

Wspomniał Pan o właściwych proporcjach.


Może nie wprost, ale miałem wrażenie, że jestem blisko Boga, blisko czegoś, co jest większe ode mnie. To nie był pusty świat, ten świat był pełen Czyjejś obecności. Mówi się często o magii świąt Bożego Narodzenia. Tam ta magia świąt była obecna bardzo namacalnie. W tym dniu mogłem obserwować zjawisko Halo - efekt aureoli, kiedy robią się pierścienie wokół tarczy słonecznej. Miałem w głowie biblijne opisy gwiazdy prowadzącej mędrców i poczucie, że tutaj to prawie się wydarza. Niesamowite, idąc do bieguna, szedłem do tych świąt jednocześnie.

 

A potem dostał Pan ten biegun pod choinkę.


W dzienniku wyprawy zapisałem: "Jak dobrze spędzam święta w drodze. Może to najpiękniejsze święta w moim życiu. Sam na całym świecie, który mnie otacza. I znowu chmury się odsłoniły i było widać, że Ziemia jest kulą, a tam na jej czubku jest biegun. Widać było spłaszczenie, wiedziałem, że tam trzeba iść. Być może było to złudzenie, ale ja to widziałem i czułem"… Dotarłem na biegun południowy 26 grudnia, w drugi dzień świąt.

 

Odhaczył Pan pierwszy punkt z listy pt. "Marek. Chłopiec, który miał marzenia"?

 

Świat jest pełen paradoksów. Pamiętam takie Boże Narodzenie, miałem wtedy pięć albo sześć lat, wszyscy byli zajęci świętowaniem, a ja wyszedłem z domu na zamarznięty staw, położyłem się na lodzie i przyłożyłem do niego policzek. I było mi jakoś tak dobrze: i z tym lodem, i ze świadomością, że obok są bliscy, że mogę tam za chwilę wrócić. To było jakby przeczucie tych późniejszych świąt na biegunie, kiedy również leżałem na lodzie, na największym kawałku lodu na świecie, jakim jest Antarktyda. A ja bardzo wierzę w to, że w życiu nie ma przypadków…

 

Tak jak nieprzypadkiem zaczął Pan pomagać innym?


To właśnie jest taki paradoks. Wybierając drogę na bieguny, myślałem początkowo, że będę spełniał wyłącznie swoje marzenia. Ale potem to się zmieniło. Pamiętam, że kiedy doszedłem na biegun południowy w 1995 r., to największą satysfakcję odczuwałem wcale nie z powodu jego zdobycia. W pewnym momencie przestało to mieć aż takie znaczenie. Ja tam szedłem, a jednocześnie pomagałem zbierać pieniądze na pomoc dla dzieci - pacjentów szpitala onkologicznego w Gdańsku. I już na biegunie, na stacji, dostałem w mejlu listy od tych dzieci, które sprawiły, że się najzwyczajniej w świecie popłakałem. Dopiero na biegunie zdałem sobie sprawę, że te dzieci tak naprawdę towarzyszyły mi w tej podróży, szły ze mną, przeżywały każdy dzień, pisały do mnie te listy. Że to była także ich podróż. Moimi nogami.


Spotkałem się potem z tymi dziećmi w styczniu. Większość z nich wkrótce potem umarła.

 

Wszystko się pozmieniało?


Wszystko. Znalazłem prawdziwy sens życia.

 

Pojawił się Jaś Mela, potem kolejne dzieci, Pańska fundacja charytatywna.


Czasami te rzeczy dzieją się właściwie bez mojego udziału. Napisałem kiedyś autobiografię Moje bieguny, która trafiła do rąk pisarki Magdaleny Grodzkiej-Gużkowskiej w czasie, kiedy umierał jej mąż, Krzysztof. Oni razem czytali Moje bieguny i w tym samym czasie także jakby dochodzili na swój biegun, do momentu jego śmierci. Potem Magda w swojej książce Szczęściara napisała, że właśnie Moje bieguny pomogły im dojść na ten ostatni biegun. A to jest tylko przykład pokazujący, że z tymi moimi wyprawami jest tak jak w znanym powiedzeniu, że człowiek strzela, a Pan Bóg kule nosi. To jest niesamowite, jak Pan Bóg z tego, co my zrobimy, lepi dużo większe i dużo ważniejsze rzeczy.

 

Nigdy nie miewał Pan wątpliwości?


Jakiś czas temu mój znajomy, reżyser Przemek Anusiewicz, zapytał mnie o to samo: jak ja sobie radziłem ze zwątpieniem w drodze na bieguny. On w tej chwili realizuje film animowany o chłopcu, który wędruje na krowie z Pomorza do Jerozolimy po to, by przyczynić się do większej harmonii w świecie. I już wie, że ten chłopiec w drodze będzie także na pewno przeżywał chwile zwątpienia. 


Momentalnie przypomniałem sobie marsz na biegun północny wspólnie z Wojtkiem Moskalem. Mieliśmy chwile, kiedy właściwie zupełnie przestaliśmy wierzyć, że tam dojdziemy, że właściwie nie ma już żadnych szans, bo kończy nam się żywność. Jakkolwiek rozumowo nie próbowałbym tej sytuacji objąć - ile musimy robić dziennie kilometrów, żeby dojść, ile zostawić ekwipunku, żeby było lżej itp. -  to wszystko i tak nijak nie składało się na to, że dojdziemy. Ale jednak szliśmy, coś nas ciągnęło i w coś wierzyliśmy. I wtedy, pamiętam, przyszło mi do głowy słowo "Timszel" - oznaczające po hebrajsku "możesz". Słowo, które w Starym Testamencie Pan Bóg powiedział do Kaina…

 

Dlaczego właśnie "Timszel"?


Rozumiem je tak: Możesz zmienić swoją drogę, masz wolną wolę, możesz popełnić grzech, możesz zabić swojego brata, ale możesz też zrobić coś innego. "Timszel" to jest słowo, które Pan Bóg w jakimś sensie powiedział w ogóle do człowieka. I kiedy zwątpiłem we wszystko, zacząłem myśleć o tym "Timszel", ponieważ nie miałem już czego innego się złapać. A drugie takie umacniające słowa to było zdanie z książki Jana Pawła II Przekroczyć próg nadziei mówiące o tym, żeby się przed tym progiem nie zatrzymywać, ale go przekroczyć, dać się poprowadzić.

 

Jedno nie wyklucza drugiego?


Otóż nie wyklucza. To "możesz" znaczy bowiem nie tylko, że masz wolną wolę, ale możesz też dać się poprowadzić. Dobrowolnie. Możesz zwątpić, ale wątpiąc możesz ciągle zachować nadzieję. Rozważania nad tym słowem zajmowały mi umysł przez większą część marszu ku biegunowi. I być może w tym słowie była taka moc, która pozwoliła mi jednak tam dotrzeć. Bo słowa też mają moc… A to był bardziej cud, którego ja byłem świadkiem niż sprawcą.


To słowo wróciło do mnie teraz, po wielu latach, i nawet Przemek zdecydował się zmienić tytuł filmu z Pojednanie na Timszel. Jeśli więc w jednym słowie miałbym streścić całe swoje  życie i doświadczenie, to właśnie byłoby to słowo, tak bardzo bogate w znaczenia.

 

W "Timszel" zawiera się także pokora?


Na pewno tak. Dziś wiem, że tak naprawdę niewiele rzeczy zależy tylko ode mnie. W końcu trzeba gdzieś głęboko zrozumieć, że choćbym nie wiem jak chciał, są na tym świecie siły większe niż ja. Tu nie chodzi o poddanie się, tylko o umiejętność przekroczenia tego progu właśnie, dania się poprowadzić. W przenośni i dosłownie. Kiedy pomyślę o swojej drodze przez życie, to tak naprawdę bez iluś faktów, które się zdarzyły, a na które miałem niewielki lub zgoła żaden wpływ, nigdy bym nie doszedł na moje bieguny.

 

Łańcuszki zdarzeń? Łut szczęścia?


To często tak właśnie wygląda. Weźmy choćby wyprawę na Spitsbergen, od której zaczęła się moja polarna przygoda. Gdybym nie spotkał tam Wojtka Moskala, swojego polarnego mistrza, to na pewno nie zdobyłbym obu biegunów, nie miałbym żadnych szans nabycia całego tego doświadczenia, które było potrzebne do realizacji takiego wyzwania. Wojtek pozwolił mi oszczędzić 20-30 lat życia, a może i całe życie, bo gdyby nie on, to zapewne przez całe życie nie wyszedłbym poza wyprawę na Spitsbergen albo Grenlandię. Ale do tego dochodzi jeszcze wiele mniejszych spotkań, które mnie do niego doprowadziły. Po drodze ktoś pomógł mi się wydostać z Murmańska, ktoś zebrał pieniądze, żeby kupić mi bilet, ktoś nie znając mnie, poręczył za mnie na granicy i dostałem norweską wizę, potem pilot helikoptera zdecydował się wziąć mnie do stacji na Spitsbergenie itd.

 

Inaczej: łańcuszki ludzi dobrej woli?


O tak, bez takiej ludzkiej życzliwości, bez tego, że ktoś poda rękę, nakarmi, przenocuje, te wielkie rzeczy się nie dokonują. I trzeba nauczyć się doceniać owe momenty życzliwości, pielęgnować je. Szczęście to zresztą nie tylko dobre chwile, warto zauważać także te trudne momenty, starać się je zrozumieć. Przykładowo, gdyby nie jeden kapitan bezpieki, który nie pozwolił na to, żebym wypłynął z Polski jachtem, który przygotowywaliśmy z kolegami do rejsu, być może nigdy nie pojechałbym na bieguny, tylko robił coś innego. To jest ta przenośnia, że Pan Bóg zamyka jedno okno i jednocześnie otwiera inne.

 

Ciekawe, Pan jest znany raczej z perfekcyjnego planowania i przewidywania nieprzewidywalnego.


Och, szczęściu też trzeba przecież trochę pomóc. Staram się więc jak najlepiej przygotować do wypraw, mam własną metodę polegającą na wizualizacji - wyobrażam sobie drogę, próbuję przewidzieć wszystkie niebezpieczeństwa, potencjalne sytuacje kryzysowe, potrzeby, niezbędny ekwipunek, ilość żywności. Kiedyś sporządziłem listę rzeczy, których będę potrzebował, aby dotrzeć na biegun południowy. Były na niej 636 przedmioty, ważące łącznie 130 kilogramów. A to był tylko warunek konieczny, podstawowy, wcale nie gwarantujący dojścia na biegun. Poza tym nie wystarczy tylko zapakować te przedmioty do sanek, trzeba jeszcze znać je od podszewki, wiedzieć, co zrobić, kiedy się zepsują, umieć się nimi posługiwać. I dlatego rzeczywiście każdą wyprawę planuję w szczegółach. Kluczowy w mojej opinii jest nawet wybór nazwy wyprawy.

 

Nazwy?


Owszem. Teraz na przykład pracuję nad nowym projektem wędrówki od grobu Kanta w Królewcu do grobu św. Jakuba w Santiago de Compostela, ponad cztery tysiące kilometrów drogi. Można powiedzieć, że to będą takie dwa bieguny Europy: rozum i wiara.

 

Rzeczywiście, niezwykle symboliczne…


Pierwotny tytuł tego projektu miał brzmieć "Odyseja 2015". Ale "odyseja" jest słowem, które było już wielokrotnie używane w różnych kontekstach i może też nie do końca oddaje charakter tej wędrówki. Zacząłem więc zastanawiać się nad tym głębiej i doszedłem do wniosku, że skoro moje życie jest tak bardzo związane z biegunami, to może nazwa tego projektu także powinna jakoś do tego nawiązywać. Ktoś powie, a co to za różnica, ten tytuł czy inny? Tymczasem nazwa jest bardzo ważna. To jest pewien  punkt wyjścia do dalszego myślenia o wyprawie. Słowa mają naprawdę swoje znaczenie, tak jak choćby wspomniane "Timszel". One są formą naszych marzeń i ta forma inaczej się potem odciska w rzeczywistości, w naszym umyśle.

 

I jak się ta wyprawa będzie nazywała?


Mam trzy pomysły: "Dwa bieguny. Kamiński na Camino", "Trzeci biegun. Kamiński na Camino" albo "Odkryj swój biegu. Kamiński na Camino". A jaką formę pan by wybrał?

 

"Trzeci biegun".


Tak, ja także mam wrażenie, że to jest najbardziej pojemny symbol, zresztą bardzo à propos mojego życia: dwa bieguny północny i południowy, a teraz ten trzeci, ale już nie jako jakieś miejsce geograficzne. Ja już byłem w Santiago de Compostela, nie musiałbym tam iść aż z Kaliningradu, tu nie chodzi o podróż tylko w sensie czysto fizycznym.

 

O jaką więc?


Jest taka mądrość, którą nabyłem przez lata, że to droga tworzy ciebie, a nie ty drogę. Wybierając szlak Camino, najpierw miałem takie założenie, że to ja będę kreatorem, że zrobię wokół tego coś na kształt debaty o przyszłości Europy. Tylko że to się wcale nie kleiło do debaty. Dziś wydaje się, że ta wyprawa powinna być otwarta: że oto idę, kogoś spotykam pod drodze, mogę z nim porozmawiać.

 

I to będzie ta debata?


Tak, dopiero wtedy. Chcę dać możliwość działania tej drodze. I teraz widzę, jak krok po kroku to Santiago mnie zdobywa, przekształca, lepi mnie, nie ja je, bo ja tylko staram się temu poddawać i odczytywać ten wewnętrzny głos. Są bowiem takie drogi, gdzie właśnie niczego nie można planować do końca, trzeba być otwartym na doświadczenie, trzeba dać się poprowadzić.

 

To proces postępujący? Pan wie, o co pytam.


Myślę, że tak, podróże pozwoliły mi zrozumieć wiele rzeczy. Moja wiara pozostała może taka sama, ale te doświadczenia dały mi możność zrozumienia jej nie tylko umysłem, ale takiego głębszego wejścia. Wiele zawdzięczam ćwiczeniom duchowym św. Ignacego Loyoli i  rekolekcjom ignacjańskim. To właśnie doświadczenia wypraw doprowadziły mnie do tych rekolekcji - a dzięki temu do lepszego rozumienia Ewangelii. Podczas tych rekolekcji usłyszałem takie słynne zdanie, które w pewnym sensie rekapituluje też mój rozwój duchowy: Otóż z rozmową z Panem Bogiem jest tak, że najpierw to my mówimy, a Pan Bóg słucha - a więc to są te wszystkie modlitwy, które zanosimy do Niego z prośbą o coś - a na następnym etapie to my słuchamy, a Pan Bóg mówi. I dopiero ostatnio zrozumiałem, że to jest w ogóle możliwe. Wcześniej myślałem, że to tylko my mówimy, a On, jeśli chce, to odzywa się tylko do proroków i przez proroków. Teraz wiem, że to doświadczenie może być doświadczeniem każdego człowieka, trzeba tylko pozostawić Bogu jakieś miejsce, dać Mu możliwość, żeby Go usłyszeć. Być w jakiejś ciszy i nastawić uszu.

 

Pan wyjeżdża także po tę ciszę?


Nie chodzi tylko o ciszę zewnętrzną - choć na Antarktydzie jest ona niezwykła - o wiele ważniejsza jest cisza wewnętrzna. Możemy przebywać na pustyni albo wśród lodów w kompletnej ciszy, a jednocześnie w naszej głowie może być tak głośno, że nie ma tam dostępu już nic innego.


I jest jeszcze trzeci etap: rozmowa z Panem Bogiem. Dialog. I to nie musi być tak, że to się dzieje chronologicznie, jak wchodzenie po stopniach w górę. Możemy te etapy przeżywać w różne strony i w różnych konfiguracjach czasowych.

 

A Pańskie "tu i teraz"?


Nie ma już "Marka zdobywcy", "Marka supermana", "Marka mistrza na biegunach" - jak kiedyś chciałem o sobie myśleć, snując plany wypraw. Potem okazało się, że z tego wszystkiego zostało właśnie takie duchowe doświadczenie, które trudno zniszczyć, a cała reszta - te fizyczne splendory, cały ten sukces - wszystko to gdzieś po jakimś czasie zniknęło. Został tylko materiał duchowy. Te bieguny ciągle jakby do mnie wracają, ale już jako pewne wyzwanie właśnie, jako zaproszenie do dalszej drogi. Do duchowej podróży. One ciągle są obecne w moim życiu, ja nigdy do nich tak naprawdę nie doszedłem, raczej cały czas tam idę.
 

Marek Kamiński (ur. 1964) - polarnik, podróżnik, przedsiębiorca, pisarz. Jako pierwszy zdobył oba bieguny Ziemi w ciągu jednego roku bez pomocy z zewnątrz. Odbywał podróże i wyprawy we wszystkich częściach świata. Jest założycielem Instytutu Marka Kamińskiego oraz Fundacji Marka Kamińskiego, zajmującej się tworzeniem i koordynacją programów edukacyjnych, organizowaniem zbiórek pieniędzy na protezy dla osób potrzebujących oraz obozów integracyjnych dla osób niepełnosprawnych. Autor poczytnych książek, m.in. Warto podążać za marzeniami. Moja podróż przez życie, Moje bieguny. Dzienniki z wypraw 1990-1998, Marek. Chłopiec który miał marzenia.

 

 

 

 

 

Wspomóż Nas

Twoja ocena:

Średnia ocen:

5

Liczba głosów:

10

 

 

Komentarze użytkowników (1)

Sortuj według najnowszych

Zgłoś do moderacji

~OKSJ 15:38:12 | 2014-12-29
Miło mi przeczytać te słowa M. Kamińskiego:
"Wiele zawdzięczam ćwiczeniom duchowym św. Ignacego Loyoli i  rekolekcjom ignacjańskim. To właśnie doświadczenia wypraw doprowadziły mnie do tych rekolekcji - a dzięki temu do lepszego rozumienia Ewangelii. Podczas tych rekolekcji usłyszałem takie słynne zdanie, które w pewnym sensie rekapituluje też mój rozwój duchowy: Otóż z rozmową z Panem Bogiem jest tak, że najpierw to my mówimy, a Pan Bóg słucha - a więc to są te wszystkie modlitwy, które zanosimy do Niego z prośbą o coś - a na następnym etapie to my słuchamy, a Pan Bóg mówi. I dopiero ostatnio zrozumiałem, że to jest w ogóle możliwe. Wcześniej myślałem, że to tylko my mówimy, a On, jeśli chce, to odzywa się tylko do proroków i przez proroków. Teraz wiem, że to doświadczenie może być doświadczeniem każdego człowieka, trzeba tylko pozostawić Bogu jakieś miejsce, dać Mu możliwość, żeby Go usłyszeć. Być w jakiejś ciszy i nastawić uszu".

Oceń 10 odpowiedz

 

 

Po godzinach 

Logowanie

 
Opcja umożliwiająca automatyczne logowanie w serwisie przy kolejnej wizycie. Jest aktywna do momentu wylogowania.
zarejestruj się zapomniałeś hasła?
Zaloguj przez Facebook