Antyklerykalizm albo śmierć z samotności

Bartłomiej Sury
(fot. silentalex88 / Shutterstock.com)

To my przerabiamy normalnych ludzi w niedostępne książęta w czarnych sukniach. To my usuwamy ich z grona śmiertelników - takich z ciałem, a nie tylko z duszą.

 

My, czyli świeccy. My, którzy rzekomo nie wybraliśmy "drogi szczególnego powołania". Czasem spotykamy się z nimi w kancelariach parafialnych i zachowujemy się, jakbyśmy przyszli błagać o litość, a przecież nie potrzeba nam ich litości. Kapłani to nie bóstwa, które należy przebłagać. Przestańmy zachowywać się, jakby byli wyjątkowi, wybrani - to ich niszczy.

 

Plebania

 

Przypominam sobie słowa osoby, która odwiedziła pewną plebanię i była wstrząśnięta brakiem relacji między księżmi, żyjącymi przecież pod jednym dachem. Ich kontakt ograniczał się właściwie wyłącznie do wspólnych posiłków. Rzecz jasna nie gotowali dla siebie nawzajem, skąd w ogóle taki pomysł?! Gotowanie to nie jest zadanie dla duszpasterza.

 

Długo myślałem o tym smutnym obrazku. Przypomniał mi się inny obraz. Co, jeśli piękna, zadbana, polska plebania, z solidnym ogrodzeniem i sterylnym ogródkiem, jest w rzeczywistości szkatułą ze słynnego fragmentu "Czterech miłości" C.S. Lewisa?

 

Jeśli chcesz mieć pewność utrzymania serca w stanie nienaruszonym, nie wolno ci go ofiarować nikomu (…) zamknij je bezpiecznie w szkatule lub trumnie własnego egoizmu. Ale w tej szkatule - bezpieczne, w ciemności, bez powietrza - ono się zmieni. Nie będzie złamane, nie, ono stanie się nie do złamania, nieprzystępne, zatwardziałe… Jedynym miejscem poza Niebem, gdzie możesz być doskonale zabezpieczony przed wszystkimi niebezpieczeństwami… miłości, jest Piekło.

 

Posłuchajmy samych księży. Cytuję tu wypowiedzi dwóch kapłanów z Małopolski (celowo nie napiszę "z Archidiecezji Krakowskiej"!). Obaj poprosili o anonimowość.

 

- Istnieją plebanie, które przypominają twierdze. Ciężko się do nich fizycznie dostać, nie sposób się dodzwonić. Bywają parafie, w których każdy żyje zupełnie osobno, oddzielnie, nie ma życia wspólnotowego. Ale są też plebanie otwarte. Nie ma reguł.

 

Nie generalizujmy, bo to uniemożliwia wyciąganie wniosków. Niebezpieczne są dwie, skrajne generalizacje. Pierwsza: "Księża to wybrańcy Boga". Druga: "Księża to hipokryci i darmozjady". Obie są dwoma stronami tego samego medalu. Obie sprowadzają się do odczłowieczania kapłanów. Przyglądajmy się konkretnym życiowym sytuacjom.

 

- Pytałem proboszcza, kiedy będą dyżury w kancelarii. Odpowiedział: "tu każdy przychodzi, kiedy chce". I faktycznie - każdy parafianin mógł zjawić się ze swoimi sprawami o dowolnej porze. Z drugiej strony miał swój pokoik, który stanowił jego królestwo, dopuszczał tam niewiele osób.

 

Jaki z tego wniosek dla nas, świeckich? Jeśli na parafialnej plebanii czujemy się dobrze i swobodnie, podzielmy się tym wrażeniem z proboszczem. Niech wie, że doceniamy taki ludzki styl. Z drugiej strony, odważmy się powiedzieć gospodarzowi, że samo zbliżenie się do kancelarii parafialnej wywołuje w nas skrępowanie. Może nic z tym nie zrobi, trudno, ale przynajmniej dowie się, co myśli jego parafianin. Zróbmy eksperyment - mówmy do księdza wprost, bez tych unikowych kurtuazji, z których nic nie wynika.

 

Osamotnienie

 

Nie róbmy z księży obiektów czci. Niepotrzebnie otaczamy ich nabożnym szacunkiem, pomieszanym z rezerwą i sztywnym dystansem. W ten sposób kwalifikujemy ich do innego gatunku. Takim zachowaniem niszczymy ich, bo dajemy do zrozumienia, że powinni trwać w swoim wybraństwie, z dala od "zwykłych ludzi". Nie pozwólmy, aby "stan kapłański" funkcjonował jako "stan wyjątkowy". "Stan nieludzki".

 

- Osamotnienie to zawsze wybór kapłana. Jeśli nie chce, nie stworzy żadnych relacji ze świeckimi oraz innymi księżmi. Zdarza się tak, gdy ksiądz uważa się za kogoś odmiennego, różnego od innych ludzi. Wtedy wybiera izolację. Powody mogą być różne: wyobrażenie o swojej wyjątkowości, a jednocześnie poczucie niskiej wartości, poczucie bycia niewystarczająco dobrym, aby być z innymi.

 

Nie dziwmy się potem, że księża uciekają do świata fantazji - dawnych przedsoborowych form, dostojnie brzmiącej łaciny. Fascynacja Trydentem, obecna zwłaszcza wśród młodych księży, może być desperackim poszukiwaniem schronienia, bezpieczeństwa, enklawy dla "wybrańców", którzy nie chcą się pobrudzić świecką zgnilizną.

 

- Czasami księża mają w sobie zakorzeniony lęk przed człowiekiem. Druga osoba jest zagrożeniem dla mojego kapłaństwa. Jeśli jestem kimś wyjątkowym, w kontakcie ze świeckim sam "zeświecczeję", jakby świeckość była czymś gorszym. To jest powód izolacji. Jeśli relacja z zasady jest potencjalnym zagrożeniem, na wszelki wypadek ucinam wszystkie relacje. Gdy nie potrafię wyznaczać zdrowych granic, druga osoba rzeczywiście jest dla mnie niebezpieczeństwem.

 

"Co łaska" czy "bez łaski"?

 

To nie jest tak, że jesteśmy wyłącznie zależni od księży. Tak naprawdę potrzebujemy siebie nawzajem. Ostatecznie "co łaska" to ich hasło. Odważmy się czasem powiedzieć księdzu "bez łaski" - zwłaszcza, gdy szafowanie sakramentami jest dla niego przepustką do wywyższania się, czy upokarzania wiernych (innymi słowy: "gdy robi łaskę"). Nie zachowujmy się tak, jakby stali wyżej w hierarchii od nas. Gdy to robimy, budujemy im postument, z którego trudno ich potem ściągnąć. Weźmy się w garść i odważmy się na zachowania antyklerykalne. Najwyżej ktoś się obrazi, trudno.

 

- Zdarzają się klerycy, którzy poszli do seminarium ze strachu przed budowaniem relacji. Niektórzy zostają księżmi. Część się zmienia, a część pozostaje dumnymi samotnikami. Wielu mężczyzn wstępuje do seminarium ze swoim wyobrażeniem kapłaństwa. Często jest to wzniosła wizja i trudno zdjąć ich z piedestału. Czasem jednak dostaną po kościach i wracają na ziemię.

 

Nie kłaniajmy się księżom, nie czapkujmy im. Ich stan kapłański nie jest niczym wyjątkowym. A jeśli jest wyjątkowy, to w takim samym stopniu jak wyjątkowe jest małżeństwo. Samo bycie człowiekiem również jest wyjątkowe, czyż nie? Nie pozwólmy, aby księża umierali z samotności. Chyba tylko pełen troski antyklerykalizm może dać im trochę tlenu. Święty Ignacy Loyola do wszystkich mówił po imieniu. Bierzmy przykład z tego świętego.

 

Zwykłe życie

 

Księża nie spadają z księżyca, nie są też odmiennym gatunkiem. Nie dołączyli również do jakiejś specjalnej ligi. Dobra wiadomość jest taka, że pozostali zwykłymi ludźmi. Pocą się i chodzą do toalety. Odczuwają podniecenie seksualne na widok kobiety i zdarza im się czasem złapać lenia. Dajmy im szansę, aby ucieszyli się swoją zwyczajnością.

 

- Aż głupio o tym mówić, ale jeden z wykładowców w seminarium powiadał, że "na łóżko kapłana nie powinien paść nawet cień kobiety".  W takiej wizji relacja z kobietą to zagrożenie. Zakochanie jest czymś zwyczajnym, lęk pojawia się, gdy nie potrafimy poradzić sobie z emocjami, które temu towarzyszą. Jeśli relacja "idzie na wyłączność" stawiam granicę, mówię stop. Dojrzały człowiek potrafi to zrobić.

 

Miejmy świadomość, że księża to mogą być ludzie przestraszeni, jak każdy człowiek z resztą. Sześć lat studiów w seminarium nie oznacza automatycznego uleczenia ran z przeszłości. Bądźmy zatem wyrozumiali - wśród księży mogą być ludzie, którzy wystraszyli się życia w rodzinie i ze strachu założyli koloratkę. Nie potępiajmy ich za to. Z drugiej strony - nie możemy dawać im do zrozumienia, że koloratka zwalnia ich z życia między ludźmi, z kontaktu, z żartów. Traktujmy księży jak równych sobie - ostatecznie tak powinno być podczas spotkania dwóch dorosłych osób.

 

- Arcybiskup Ryś powiedział, że mężczyzna, który nie ma potrzeby bycia ojcem biologicznym, nie powinien być księdzem. Jeśli nie masz pragnienia płodności, przekazywania życia, powinieneś uważnie się sobie przyjrzeć. To myśl Kościoła Wschodniego - kapłan to ojciec, a ojciec to ten, który jest obecny.

 

Pamiętajmy, że ksiądz, czyli człowiek, ma swoją historię życia. Przywdzianie sutanny nie oznacza resetu przeszłości. On też, jak każdy, niesie to, co otrzymał w dzieciństwie i młodości. Nie zawsze jest to lekki bagaż.

 

- Młody, zraniony mężczyzna idzie do seminarium ze strachu przed kontaktem z ludźmi. Nie nauczył się żyć z innymi w swojej rodzinie, dlaczego miałby się tego nagle nauczyć w seminarium?

 

Celibat

 

Nie róbmy z księży herosów z powodu celibatu. Nie są męczennikami, mieli kilka lat, aby się zastanowić, czy są w stanie wyrzec się miłości seksualnej. Wiedzieli na co się decydują. To jest ich wolny wybór, nie powinni się nad sobą użalać.

 

- Henry Nouwen porównywał celibat do pustej katedry. Każdy może tam wejść i spotkać Boga. To jest wybór - wybieram samotność, aby zaprosić do niej innych, ale nie na wyłączność ze mną, tylko na wyłączność z Bogiem. Ciągnąc metaforę Nouwena: w katedrze jest także tabernakulum, do którego nie zaproszę każdego. Jest we mnie miejsce najświętsze, do którego nie zapraszam, potrafię zbudować granicę. W tej przestrzeni spotykam się z Bogiem.

 

Księża z nikim nie powinni łączyć się na wyłączność, ale to nie znaczy, że z tego powodu zasługują na jakieś szczególne honory.

 

- Przez ostatnich kilka lat obserwuję, że księża nie wybierają samotności, lecz przyjmują ją jakby w pakiecie. Traktują jako pewien mankament, który trzeba wliczyć w koszty. Tymczasem, jeśli samotność nie jest wyborem (chcę być dla innych), lecz przymusem, stratą, ksiądz zaczyna się zamykać.

 

Ksiądz też człowiek

 

Pod sutanną kryje się ludzkie ciało, serio. Ksiądz to zwykły facet. Dworskie wyrazy szacunku ani mu się nie należą, ani mu nie służą - przeciwnie, odcinają go od rasy ludzkiej i przenoszą do smutnej krainy samotności. Będzie w niej trwał, zakonserwowany w swojej wyjątkowości i nieskazitelności, dopóki ktoś nie klepnie go po ramieniu i nie powie: "Stary, wróć na Ziemię! Pan Jezus też po niej chodził!".

 

Bartłomiej Sury - dziennikarz, redaktor i publicysta.

 
Wspomóż Nas

Twoja ocena:

Średnia ocen:

3.18

Liczba głosów:

11

 

 

Komentarze użytkowników (0)

Sortuj według najnowszych