Od dzikiego serca do serca skruszonego. Świadectwo

Karol Kleczka
(fot. Andrew Spencer // Unsplash)

Każdy mężczyzna pragnie stoczyć bitwę, przeżyć przygodę i uratować księżniczkę. Też to słyszeliście? To włóżcie między bajki.

 

Mam może z 15 lat i prowadzę batalię z trądzikiem. Choć dość dużo czytam i należę do kujonów, to książki nie zabierają mi kolegów, bo lubię też grać w piłkę i jeździć na rowerze. Jestem na zabój zakochany w koleżance z równoległej klasy i przeżywam katusze, bo ona oczywiście mnie nie chce. Internet jest jeszcze w powijakach, a rozrywką dzielimy się analogowo - na dyskietkach, jak ma się bogatszego kolegę, to i na zgranej płycie. Nie tylko z nielegalną grą, czy pirackim filmem, ale głównie ze zdjęciami tak anonimowych, jak gołych dziewczyn. Wierzę w Pana Boga, choć jeszcze nie bardzo rozumiem, co to znaczy. Wiem natomiast doskonale, co to znaczy wstydzić się grzechu, bo przecież nie sposób obojętnie przejść obok tej całej pornografii.

 

Tak mija dorastanie, które przecież nawet nie musiałoby być moje. Chyba nie bardzo się pomylę, gdy uznam, że to punkt odniesienia dla większości moich rówieśników. Nic niezwykłego, ale następuje wyraźny przełom. Pewnego dnia dostaję od starszej siostry książkę, która stanie się dla mnie busolą, gdy wpływam na niepewne wody wczesnej dorosłości. Przewodnik po męskości, o której nie wiem wtedy nic, a przecież gdybyś ówczesnego mnie zapytał, to odpowiem, że wszystko. Okładkowy opis błyskawicznie mnie zjednuje, bo jest tam wszystko, czego mi trzeba: dzikość, walka, gniew i bunt. Nie pragnę niczego innego, gdy wieczorami w skrytości o wyrywającym się z piersi krzyku "WOLNOŚĆ!", bo przecież "Bravehearta" widziałem z cztery razy. Do tego dochodzi obraz Boga - do tej pory niezbyt ciekawego i zrozumiałego, z którym związek mam przy pacierzu i coniedzielnej mszy, lecz nagle dowiaduję się o jego wojowniczym obliczu. "Tak, to jest Bóg, za którym da się iść!" myśli ówczesny ja i jakoś zawiązuje się w nim może ciut bardziej pogłębiona refleksja religijna. Obraz kobiety? No jasne, że to księżniczka w wieży, a wspomniana wcześniej koleżanka z pewnością jest jedną z nich. To nie tak, że ona mnie nie chce. Ona po prostu jest w tej wieży i by chciała uciec, ale muszę do niej trafić sposobem! Mówiąc krótko: w samym szczycie dorastania dostaję do ręki przewodnik, który da mi odpowiedź na niemal każde pytanie kiełkujące w moim pustym łbie, a przy okazji zaoferuje receptę na życie.

 

"Dzikie serce" Eldredge’a jest jak podarek z Nieba, którym podzielę się z kilkunastoma osobami i w jeszcze większej liczbie dyskusji podam jako książkę życia - zupełnie szczerze, w tamtym momencie rzeczywiście nią była, a ja nie stałbym się tym kim jestem, gdybym jej nie przeczytał. Może właśnie odpowiada na czyjeś naprawdę śmiertelnie poważne dylematy trudnego okresu dorastania i ja to bardzo dobrze rozumiem. Może komuś realnie teraz Eldredge swoją wizją pomaga, tak jak mi wtedy pomógł się doraźnie ogarnąć. Niemniej sam widzę, że w ściśle prywatnej perspektywie, prawdziwie wyzwalające było przepracowanie i porzucenie tej wizji. Może w ten sposób ja komuś pomogę.

 

Twojej księżniczki nie ma w tym zamku

 

Wizja męskości zaprezentowana przez autora "Dzikiego serca" sprowadza się do trzech niezrealizowanych marzeń rzekomo podzielanych przez każdego mężczyznę. Każdy mężczyzna to wojownik poszukujący wyzwań, dlatego pragnie stoczyć bitwę, przeżyć przygodę i zdobyć księżniczkę. Zacznijmy może od tego ostatniego.

 

Chyba nie ma takiego gracza, który nie poświęciłby w dzieciństwie całych dni dla przebijania się przez krainę złożoną z cegieł, rur, kwiatów i grzybów, tylko po to, by dotrzeć do końcowej planszy mówiącej: "Dziękuję, Mario! Niestety księżniczka jest w innym zamku". Niestety, choć zdobycie księżniczki zamkniętej zamczysku to największe marzenie Mario, bohatera popularnej serii platformówek, to jednak stanowi wiecznie umykający cel. Na pierwszy rzut oka ta gra nie sprawi wrażenia wyjątkowo dobranej ilustracji dla rzekomego pragnienia zdobycia księżniczki, które towarzyszy każdemu mężczyźnie, ale niestety tak to właśnie wygląda. Mit damy w opałach, która wyczekuje na rycerza, jest utrwalonym kulturowo stereotypem formatującym mężczyzn i kobiety do ról, w jakich mogą się kompletnie nie odnajdywać. Więcej nawet - to po prostu mit szkodliwy.

 

I ja wierzyłem, że gdzieś w zamku czeka na mnie księżniczka, ale dopóki wierzyłem, dopóty nie zdawałem sobie sprawy jak bardzo upraszczam, a nawet więcej - uwłaczam dziewczynom, które mnie otaczały. Takie ujęcie prezentuje kobietę jako stronę bierną relacji, spętaną i oczekującą na ratunek, odbierając jej jakiekolwiek działanie i dając całą sprawczość wyłącznie w ręce mężczyzn. Owszem, często w bajkach taki model się prezentuje, ale nie znaczy to ani że jest prawdziwy, ani że dobry. Bierna księżniczka jest w pełni zależna od swojego rycerza, który odpuścić nie może. Nie wolno mu nawet, bo kto zajmie się ratowaniem damy, skoro sama sobie nie poradzi. Zaprezentowana odpowiednio wcześnie perspektywa takiego ułożenia relacji między kobietą i mężczyzną, z tej pierwszej czyni zawsze ofiarę, niczym takiej jawnej niesprawiedliwości nie uzasadniając. No bo powiedzmy sobie szczerze - nie da się takiego uzasadnienia przeprowadzić, jeśli tylko ma się odrobinę oleju w głowie.

 

Prawdopodobnie najsilniejszymi osobami, jakie spotkałem w życiu, były zawsze kobiety. Zmagające się z macierzyństwem, małżeństwem, na raz studiujące, pracujące i wychowujące dzieci. Pomagające odchodzącym teściom i rodzicom. Nie tylko "strażniczki domowego ogniska", lecz te, które na ten ogień rąbią drewno i sprzątają, gdy się wypali. Niekiedy z przemocowym mężem, któremu do rycerza daleko, ale może właśnie tak postrzega swoją agresję - jako przejaw aktywnego pierwiastka dzikiej, męskiej natury. Agresja to broń słabego. Cierpliwość i opiekuńczość dla kogoś, kto jest od ciebie słabszy - oto prawdziwe męstwo. Dobrze, że coraz częściej w bajkach księżniczka z zamku wydostaje się sama. Przecież potrafi to zrobić nie gorzej niż facet.

 

Pobiegnij za mną leśnych duktów szlakiem

 

Każdy mężczyzna musi przeżyć przygodę. Prawdziwą przygodę, w której ujawni się jego dzielność i męstwo. Najlepiej w dziczy, bo właśnie tam najlepiej skonfrontuje się z tym, kim naprawdę jest. Znacie to? Uwielbiam góry i las, pływanie w jeziorze i kąpiel w strumieniu, tak jak kochała to Pocahontas i to jej, a nie mnie ptak się zwierzał w księżycową noc. Nie wiem czemu właśnie dziki ostęp miałby szczególnie na męskość wpływać, skoro każdego człowieka niezależnie od płci konfrontuje z tym samym - z tym czy jest zaradny i czy potrafi się zmienić.

 

Czasami najbardziej niedostępna puszcza to twój pokój, w którym nie odkurzałeś od miesiąca, a mycie okien to większe wyzwanie niż wspinaczka bez asekuracji. Wyniesienie śmieci stanowi nadludzkie zadanie, a przygotowanie obiadu wiąże się ze złożonym planowaniem i daleko idącymi wyrzeczeniami czasowymi.

 

Przygoda ma to do siebie, że łatwo ją przerzucać na tajemnicze "kiedyś" i "gdzieś", albo projektować jako wyzwanie odbywające się w dalekim ostępie. Przygód się nie przeżywa, tylko się o nich marzy, a nawet najbardziej fantastyczne wizje nie dadzą żadnego prawdziwego wyzwania dopóki… no właśnie, nie weźmiesz się do roboty. W gruncie rzeczy nie wiadomo co tą przygodą miałoby być, bo nie chcemy zobaczyć jej zaraz obok. Gwarantuję, że jest blisko i nie chodzi o wyjście z kolegami na wyprawę do baru za rogiem.

 

Przygoda jest wtedy, gdy musisz popatrzeć na siebie krytycznym okiem i powiedzieć sobie "tak, to jest to miejsce, za które się wstydzę i które chcę zmienić". Za dużo pijesz, oglądasz porno, nie sprzątasz, zdradzasz dziewczynę czy żonę, nie wywiązujesz się z danego słowa, oszukujesz w pracy - przygoda polega na tym, że staniesz w prawdzie przed sobą i powiesz sobie głośno, że to jest właśnie ta rzecz, która jest do zmiany, albo zginiesz.

 

Nie zmieniasz się po to, by być bardziej męskim, bo to tak naprawdę nie ma większego znaczenia. Chodzi o to, by się zmieniać i być trochę lepszym dla innych. By przeżyć z samym sobą. Mam z tym często problemy, bo więcej sobie wytknę, niż się za coś pochwalę, ale pokochanie siebie bywa najtrudniejszym zmaganiem. Bez zgadzania się na zepsucie, któremu przecież każdy jakoś ulega: czy to nie myjąc garów, czy wymądrzając się w robocie, czy przez nielojalność bliskim. Daj się wytrącić z równowagi, bo przygoda jest bliżej niż myślisz - bardzo często w lustrze i krytycznym spojrzeniu na samego siebie.

 

Najtrudniejsza bitwa

 

Prawdziwy mężczyzna musi stoczyć bitwę. Niektórzy biorą to na tyle serio, że na przykład kupią sobie miecz, który powieszą na ścianie. Nie wiem po co, skoro sprzęt trafia właśnie tam, ale widocznie miecze są ważne. Nie wiem, czy każdy mężczyzna ma swoją bitwę. Nie wiem nawet, czy każdy musi i chyba nie skłamię, gdy powiem, że jak przez całe życie nie musiałeś się bić, to po prostu jesteś szczęściarzem.

 

Kiedyś trafiłem na tekst, w którym historyk wojskowości odpowiadał na pytanie o najbardziej adekwatne przedstawienie rycerskiej walki w historii kina. Bez wahania podał "Tragedię Makbeta" Polańskiego, gdzie wojownicy na początku poruszają się jak muchy w smole, a potem jest już tylko wolniej i nudniej. Obrazek żmudny i absolutnie nieefektowny, który nie sposób opisać przy pomocy poetyckich metafor, no ale tak ponoć bitwy wyglądały. Niewiele się zmieniło, jeśli pomyśleć o wojnie w okopach, czy dzisiejszej zmatematyzowanej wojnie informacyjnej. Bitwy są nie tylko nieciekawe, ale po prostu okropne. Weź do ręki pierwszy z brzegu wojenny reportaż i ci się momentalnie odechce, a Bogu podziękujesz za to, że szczęśliwie nie ma wojny.

 

Moja najtrudniejsza bitwa trwa nieustannie, bo to walka z samym sobą. Z oczekiwaniami tego kim chciałbym być, a kim jestem. Z lenistwem i wadami osobistymi. Z przemądrzałością i zapalczywością. Z tchórzostwem i gniewem. To walka z grzechem, z którym niezmiennie przegrywam, bo choć podniosę się na sekundę, to dwie sekundy później znów upadam. Łatwiej założyć zbroję, która cię odgrodzi od prawdy o sobie samym, niż skruszyć własne serce. Nadal tego nie umiem i im częściej wydaje mi się, że jest lepiej, tym bardziej widzę, że to operacja nie do wykonania w pojedynkę. Jaki bym nie był napompowany, nie wygram z własnym grzechem bez Jezusa Chrystusa.

 

Bóg, który mnie wspiera, jest dlatego "dziki", bo wykracza poza wszelkie pojęcie jakie o nim ma człowiek. Gdy czekasz na wszechmocnego lidera, przychodzi dziecko. Gdy czekasz na gromiącego z nieba sędziego, otrzymujesz człowieka, który daje się zabić. Bóg jest kompletnie niezależny od tego, co o nim myślisz, bo wybrał właśnie ciebie i mnie - grzeszników, by nas pokochać. Przygarnął nasze grzechy, by je zmazać i uczynić nas wolnymi. Dał przebić swe serce, by jeszcze bardziej je poszerzyć i zmieścić w nim każdego człowieka.

 

Najtrudniejsza bitwa polega na tym, byś dał innym przebić swoje serce i otworzył je na ludzi takich, jakimi są. Brzmi jak ogólna fraza, ale przecież ma jak najbardziej konkretne konsekwencje. Czy gdy słyszysz o jakiejś określonej grupie społecznej, albo ludziach o pewnych przekonaniach, to zalewa cię krew? Kogo nienawidzisz? Czy to kibice Realu Madryt, osoby LGBT, czy nosiciele odzieży patriotycznej? A może twój sąsiad albo współpracownik? Zadaj sobie pytanie, odpowiedź przyjdzie błyskawicznie i już masz doskonały probierz tego, kogo powinieneś pokochać. Tylko taka walka, w której jesteś gotowy dać się zabić za drugiego człowieka, bo go pokochałeś, ma jakiś sens. Taka walka daje pokój - tobie i twojemu bratu, kimkolwiek by był.

 

Karol Kleczka - redaktor i publicysta DEON.pl, doktorant filozofii na UJ, współpracuje z Magazynem Kontakt, pisze również w "Tygodniku Powszechnym". Prowadzi bloga Notes publiczny

 
Wspomóż Nas

Twoja ocena:

Średnia ocen:

3

Liczba głosów:

1

 

 

Komentarze użytkowników (0)

Sortuj według najnowszych

CZYTAJ ARTYKUŁY Z NUMERU (8/2019) "JAK BYĆ MĘŻCZYZNĄ W KOŚCIELE?"