Ksiądz: heros, półbóg czy grzesznik taki jak my? Skąd się bierze polski antyklerykalizm

Szymon Żyśko
(fot. Catholic Church of England and Wales / flickr.com)

W całej dyskusji nie może nam umknąć najważniejsze. Żadna akcja w stylu #dobryksiądz albo #złykler nie przybliża nas do poznania prawdy. Nie chodzi o to, czy kapłaństwo będzie miało twarz dobrego czy złego księdza, ale o to, by miało wyłącznie twarz Jezusa.

 

W ostatnich dniach pojawiło się w mediach sporo komentarzy, które z ogromną troską przypominają wiernym, że ksiądz to tylko człowiek i jest takim samym grzesznikiem jak my wszyscy. Warto edukować ludzi na przyszłość, ale myślę, że jest już przynajmniej o jedno pokolenie za późno. Żadna też akcja w stylu #dobryksiądz albo #złykler nie przybliża nas do poznania prawdy. Nie wiem czy w tej chwili w Polsce nie jest możliwe wychowanie pokolenia ze zdrowym podejściem do księży. W debacie publicznej mamy najczęściej dwa bieguny i pośrodku nic - tylko klerykalizm albo tylko antyklerykalizm. Te światopoglądowe obozy ścierają się ze sobą, a ich przekonania i emocje bywają podsycane przez samych duchownych. Wojna, która trwa, jest - o zgrozo! - na rękę wielu ludziom w Kościele. Fałszywy podział na Kościół prawicowy i lewicowy jest wciąż żywy i boleśnie rozrywa ten prawdziwy.

 

O kilku takich, którzy przywłaszczyli sobie kapłaństwo

 

Wypowiedzi w podobnym tonie są próbą ratowania w społeczeństwie jakiegokolwiek autorytetu kapłaństwa. Świadomie mówię o kapłaństwie, bo przynajmniej w Polsce - mam takie silne przekonanie - zostało ono zawłaszczone przez pewną grupę, która realizuje za jego pomocą własne projekty i interesy. Nie umiem powiedzieć, czy jest to promil, czy procent księży; mniejszość czy większość - na pewno jest to najbardziej widoczna i głośna grupa, dorabiająca kapłaństwu twarz daleką od tej, z jaką Jezus chciał, by je widziano. W efekcie niesprawiedliwa ocena dotyka też tzw. dobrych księży, którzy swoim kapłaństwem rzeczywiście służą i umacniają Kościół. Chociaż sam podział na dobrych i złych księży uważam w gruncie rzeczy za nieprawdziwy i trywializujący zjawisko.

 

Zainteresowanym problemem antyklerykalizmu polecam wywiad z ks. Grzegorzem Strzelczykiem. W swojej najnowszej książce ujął on problem tak:

 

"Niestety hasło «Księża na księżyc» jest efektem tego, że niektórzy z nas już tam metaforycznie siedzą. Jako duchowni tak bardzo pompowaliśmy przez wieki swój autorytet, że teraz nie jesteśmy w stanie unieść jego ciężaru. Prędzej czy później ktoś zauważa, że "król jest nagi". Księża są niedoskonałymi ludźmi i w dodatku grzesznikami. I mają posługiwać pokornie, trochę temu na przekór".

 

Za złą opinię o księżach odpowiedzialności nie ponoszą świeccy. Antyklerykalizm nie bierze się znikąd. Wina wiernych w tej sprawie jest nieporównywalnie mniejsza i polega najczęściej na przyzwoleniu, by księża byli kimś więcej niż tylko ludźmi.

 

Polski klerykalizm nie jest wypadkiem przy pracy

 

Księży ocenia się dziś zdecydowanie bardziej surowo niż innych - to fakt, z którym trudno dyskutować. Powiedzenie jednak, że to zwyczajny antyklerykalizm, jest sporym uproszczeniem. Uprzedzenie do księży nie wzięło się znikąd, nawet jeśli odpowiada za nie grupa, której nie można określić jako reprezentatywnej. Księża w Polsce przez lata byli na piedestale, a ich rola była wręcz czczona i z każdej strony chroniona. Powołanie kapłańskie było większe i chwalebniejsze niż jakiekolwiek inne powołania.

 

To niestety podsyca negatywne nastroje, aby sprowadzić ich na ziemię, do poziomu zwykłych śmiertelników. Gdyby jednak chodziło tylko o prestiż, moglibyśmy rzeczywiście zarzucić przynajmniej części krytykom zwyczajną zawiść. Przywileje wynikające z niego podobały się jednak kościelnej hierarchii i były przez nią umacniane. Klerykalizm nie jest więc wypadkiem przy pracy, ale świadomym celem, za który dziś Kościół płaci ogromną cenę.

 

Nie dziwi, że upadek każdego księdza jest tak głośny - można powiedzieć wprost proporcjonalny do szacunku, jakim księża cieszą się wśród wiernych. Jeśli jednak chcecie, drodzy księża, zobaczyć, skąd w ludziach takie uprzedzenie do was, przypatrzcie się zwłaszcza kondycji waszego głoszenia. Można się oburzać, że podejście świeckich jest bezlitosne i dalekie od miłosierdzia, ale ile razy sami byli tak potraktowani? Porozmawiajmy o konkretach.

 

Ambona Słowa czy ambona myśliwego?

 

Tylko w ostatnim miesiącu byłem świadkiem kilku sytuacji, które podgrzewają antyklerykalizm. Naprawdę wielu księżom mówienie prawdy pomyliło się z wyrażaniem ich własnej opinii, często obraźliwej dla wiernych. Z niektórych ambon płyną słowa za mocne, przejaskrawione, wykluczające. Nie wystarczy podczas homilii powiedzieć, że coś jest obiektywnie złe lub jest grzechem - bo rozumiem, że nazywanie pewnych sytuacji po imieniu jest konieczne. Możemy jednak usłyszeć dodatkowo wiele raniących i wykluczających epitetów. I tak np. w temacie homoseksualizmu usłyszałem kiedyś z ambony zdanie o "sodomitach, którymi brzydzi się nawet Bóg". Wierni domyślali się, że tak naprawdę brzydzi się nimi jedynie ich proboszcz, ale trudno im dyskutować z argumentami wygłaszanymi z poziomu koloratki i ambony.

 

Takie stawianie ludzi poza nawiasem wspólnoty jest stygmatyzujące i raniące. Rzucanie mocnymi ocenami rodzi w wiernych pytanie, kim jest człowiek, który wydaje takie sądy. Z jakiego autorytetu naucza? Widocznie jest święty, a na pewno nie jest jednym z nas - grzeszników. Bóg ukazał nam prawdę, ale nie pozwolił osądzać. Wielu księży wkłada w usta Jezusa własne przekonania.

 

Nie mniej zła dzieje się na internetowej "ambonie". Księża opanowali Facebooka i Twittera. Zwłaszcza wypowiedzi na tym drugim kanale są przyczyną napięć i największych kryzysów z udziałem duchownych w social mediach. Wielu z nich pojmuje swoją rolę jako tych, którzy muszą wkładać kij w mrowisko. Nazywają to budzeniem sumień. Wystarczy przypomnieć tweeta ks. Janusza Chyły sprzed kilku tygodni. Duchowny napisał, że "Człowiek bez odniesienia do Boga zostaje zredukowany do poziomu zwierzęcia". W mediach rozpętała się burza, a kapłan w kolejnych tweetach rozwijał swoją myśl, jednocześnie nie wycofując się z pierwotnej. Wśród komentarzy był jeden, który precyzyjnie podsumował całą dyskusję: jeśli ktoś nie potrafi wyrazić się precyzyjnie w 280 znakach, to może nie powinien w ogóle zabierać głosu.

 

Łatwo strzelić jakimś wyrwanym z kontekstu zdaniem, uderzyć w imię prawdy, aż zaboli. Jeśli jednak traktujemy Ewangelię jako zbiór cytatów i aforyzmów do prowadzenia świętej wojny, to jej nie rozumiemy.

 

Święcenia nie gwarantują bycia dobrym człowiekiem

 

Odniosę się jeszcze do zwykłej przyzwoitości. Kilka dni temu jeden z poznańskich księży umieścił na swoim profilu fejkowe zdjęcie ubrudzonego odchodami polityka, którego głowa wystawała z drewnianego wychodka. W opisie zdjęcia mogliśmy przeczytać: "Nadziwić się nie mogę tym, którzy nazywają się głęboko wierzącymi katolikami, a chwalą się publicznie, że byli w kinie na filmie Kler (…)". Cytując jego wpis, zapytałem, czy jako "głęboko wierzący katolik" nie czuje, że wrzucanie takiego zdjęcia jest zejściem do podobnego - jeśli nie gorszego - poziomu? Po kilku minutach mój komentarz został przez niego usunięty. W tej chwili jego post ma kilkaset udostępnień i polubień, a w wypowiedziach czytamy same podziękowania (sic!). Myślę, że ta sytuacja nie wymaga głębszego wyjaśnienia.

 

Sporo się mówi o tym, że internet jest zagrożeniem dla wiary, bo każdy (w domyśle: niewykształcony wierny) ma prawo publikować, co tylko zechce. Jak widać jednak dyplom magistra teologii i święcenia nie gwarantują ani wiedzy na poziomie, ani tym bardziej dobrego wychowania. Wiele ambon zostaje pustych, bo wielu księży postanowiło iść łapać zasięgi, zbierać lajki i robić clickbaity ze Słowa Bożego. Niski poziom części z nich mści się na reszcie, która uczciwie służy Bogu i ludziom. Mówienie, że "ksiądz też człowiek" to za mało. Ważniejsze, jakim się jest człowiekiem, a tego żadne święcenia nie zmienią w magiczny sposób.

 

Staram się rozumieć lęki księży, ale odpowiedź jest wewnątrz

 

We wstępniaku do ostatniego "Przewodnika Katolickiego" ks. Mirosław Tykfer napisał o tym, co usłyszał od księży, z którymi rozmawiał na temat wykorzystywania seksualnego:

 

"Chcieli wyrazić przede wszystkim jedno: lęk. Paraliżujący lęk. Nie wynikający z tego, że ktoś ma ukryte przestępstwo na swoim koncie. Odczułem jednak bardzo wyraźnie, że księża obawiają się dwóch rzeczy: niepohamowanej nagonki medialnej i niesprawiedliwych osądów (…), dziennikarze nie tylko będą szukać prawdy o stanie moralnym ich życia, ale wręcz doszukiwać się każdego ich błędu i upadku. Rozumiem bardzo dobrze to odczucie, ten lęk związany z wymaganiem od nas właściwie nieosiągalnej doskonałości. Ten lęk pojawia się też we mnie. Przecież my księża też się spowiadamy. Nikt z nas nie jest doskonały. Nikt tego ciśnienia nie wytrzyma".

 

Rozumiem ten lęk, smutek i rozczarowanie księży, którzy nie mają nic wspólnego z obrazem, jaki przebija się w doniesieniach medialnych. A najbardziej jest mi przykro, że doprowadziły do tego nasze zaniedbania: milczenie i przyzwolenie, by mała grupa wyrabiała opinię i twarz innym. Jest to niesprawiedliwe, smutne, gorszące, ale jest też owocem, na który chyba wszyscy przez lata pracowaliśmy. To nie wierni na siłę zszargali opinię księży, zabrali im sens kapłaństwa i przerysowali ich w swoich opowieściach. Odpowiedź jest wewnątrz.

 

Jeśli księża chcą "odzyskać" kapłaństwo, muszą powalczyć przede wszystkim sami o siebie, wewnątrz kapłańskiej wspólnoty. O tym właśnie mówił bp Andrzej Czaja po obejrzeniu filmu "Kler": "Oczekuję tego wzajemnego wychowywania się w samym gronie prezbiterów. To my najpierw - księża - musimy się poczuć bardziej współodpowiedzialni za tego, który gdzieś jest obok. (...) Trzeba przy takich sytuacjach działać jak przy zawale serca".

 

Jezus stał się zakładnikiem. Jaka jest prawdziwa twarz kapłaństwa?

 

W całej dyskusji nie może nam umknąć najważniejsze. Nie chodzi o to, czy kapłaństwo będzie miało twarz dobrego czy złego księdza, ale o to, by miało wyłącznie twarz Jezusa. I bardzo źle się dzieje, gdy to ksiądz staje się bramą do szczęścia wiernych, choć to Chrystus miał być drogą. Dlatego tak bardzo zależało Mu na służebnej roli kapłaństwa. Jezus nie może być zakładnikiem w relacji między duchownymi a wiernymi.

 

Znam wielu księży, którzy nie byli idealni i popełniali błędy, ale nie bali się powiedzieć, że ponoszą za to odpowiedzialność - nigdy nie zasłaniali się Kościołem. Dzięki za waszą szczerość.

 

 

Szymon Żyśko - dziennikarz i redaktor DEON.pl. Autor książki "Po tej stronie nieba. Młodzi święci". Prowadzi autorskiego bloga www.nothingbox.pl

 

Wspomóż Nas

Twoja ocena:

Średnia ocen:

0

Liczba głosów:

0

 

 

Komentarze użytkowników (0)

Sortuj według najnowszych