List do Mamy, która straciła nienarodzone dziecko

Maja Moller
(fot. depositphotos.com)

Wiesz, na początku potrzebny jest konkret. Coś, cokolwiek - czego można by się chwycić w chwilach, gdy wszystko wydaje się niezrozumiałe. Coś, na czym można skupić uwagę, by nie myśleć o bólu.

 

Dla mnie to były buty. One były winne. I to o nich myślałam: co by było, gdybym kupiła inne, może lepsze, może bardziej wytrzymałe. Może nie przemokłyby w czasie spaceru, może bym się nie przeziębiła, może wszystko potoczyłoby się inaczej? Głupie buty! To one były winne.

 

Potem winna byłam ja. Bo niepotrzebnie szłam na spacer, przemoczyłam nogi i złapałam katar. Bo nie zrobiłam wszystkiego, co w mojej mocy. Może mogłam postarać się bardziej, zwłaszcza wtedy, gdy czułam, że zaczyna się poronienie? Może zbyt słabo zaklinałam rzeczywistość, mówiąc, że to się nie dzieje, to się nie wydarzy, musi być dobrze?...


Potem jednak podniosłam zagniewany wzrok - z butów i z siebie ku górze. Ku Niebu. Potem winny był On - Bóg, który wprawił świat w ruch, który był Dawcą życia, który ponoć przejmował się naszymi pragnieniami i marzeniami, a mi nie dał do nich prawa! Który ponoć sprawiał cuda, ale najwidoczniej w innej części wszechświata. W moim świecie, który nagle bardzo się skurczył i poszarzał, zostałam sama. Zostały buty, które wyrzuciłam do śmieci. I mała niebieska koperta, w której zamknęłam wszystkie wspomnienia - dowód na to, że zrodziło się we mnie życie.


Był 8 grudnia 2008 roku. I nie pytaj, czy ten dzień kojarzy mi się ze świętem maryjnym...

 

Wiesz, to wszystko normalne. Pytania, ból i bunt. Szukanie winnych. To normalne. I teraz, z perspektywy czasu, myślę, że nikt nie rozumie tego lepiej niż Bóg. Trudne pytania są po to, żeby je wypowiedzieć. To, czego wypowiedzieć się nie da, trzeba wykrzyczeć albo wypłakać. Wtedy jest szansa, że to wszystko stanie się drogą, że nie utkwisz w tym na zawsze (choć nie, pewnie nigdy nie zapomnisz).

 

Moja droga była kręta i wyboista, pełna przystanków. Dawałam sobie wtedy czas - by poczuć i wyrazić swój smutek. Dawałam też sobie szansę na to, zrobić w swoim sercu miejsce na nadzieję . Bóg dopisał do tego rozdziału mojego życia kolejne, z happy endem. Radość była wtedy nieziemska, naprawdę - ciążowe dolegliwości nie były tak uciążliwe, bo miałam wrażenie, że cud życia doceniam podwójnie. A jednak w kolejnych ciążach pojawiał się ten sam lęk, paraliżujące pytanie: "a co jeśli…" i moje bohaterskie postanowienie: "będę WSZYSTKO kontrolować". O tym, że to niewykonalne, musiało mnie przekonać samo życie. Ale ten etap to też była droga. Na to też trzeba sobie pozwolić. Na upadki, obtarte od nich kolana, szukanie drogowskazów i wolne stawianie kroków w wybranym przez siebie kierunku.

 

Będziesz słyszeć w tym czasie dużo rad. Niektóre być może dadzą ukojenie. Wiele jednak, zamiast ulgi, przyniesie poczucie winy albo chęć ucieczki. Będą tacy, którzy będą chcieli podać Ci na tacy łatwe rozwiązania. Nie słuchaj ich. Nie słuchaj też tych, którzy chcą dobrze, ale nie do końca wiedzą, co powiedzieć, więc mówią cokolwiek. Na przykład to, że jakoś to będzie - jakbyś sama nie wiedziała, że pewnie będzie "jakoś", ale nigdy już nie będzie tak samo. Nie słuchaj tych, którzy będą mówić, że to spotyka wiele kobiet, że tak już jest, że to nic takiego. Tak, to prawda - to spotkało wiele kobiet. Ale teraz spotkało CIEBIE. I tylko to jest ważne - Twoja historia, Twoje łzy i Twoja strata. A nie statystyki dotyczące poronień i historie kuzynki cioci Stasi, która słyszała, że ktoś stracił ciążę, ale już ma trójkę dzieci.

 

A Ty masz puste łóżeczko dziecięce. Marzenia, z których ktoś siłą wyrwał najważniejszy ich element. I dziurę w sercu. To takie zderzenie z bezsilnością - Twoją i Twoich najbliższych. Pewnie podobnie czuje się Twój mąż, który też cierpi chciałby Cię wspierać, a nie zawsze wie, w jaki sposób to robić. 

 

Nie będę Cię dzisiaj pocieszać, bo wiesz - to naprawdę się stało. To doświadczenie w jakiś sposób na Ciebie wpłynęło, już na zawsze. I już na zawsze zostanie w Tobie to ukłucie żalu. I lęk - bo zmierzyłaś się z czymś, na co nie miałaś wpływu. Choćbyś była najsilniejszym człowiekiem świata, siłą woli nie zmieniłabyś tego, co się działo. Ani siłą woli, ani siłą swoich pragnień.

 

Nie będę Cię dzisiaj pocieszać, ale napiszę tylko, że to nie Twoja wina. Że masz prawo do odczuwania absolutnie każdej emocji, która pojawia się w Twoim sercu i nie musisz się z tego tłumaczyć. I że jeśli nie masz obok siebie kogoś, kto po prostu JEST - możesz pomyśleć o tym, że w swoim doświadczeniu nie jesteś sama. Jest nas więcej. I każda z nas to rozumie.


I wiem, że od wielu osób usłyszysz, że jutro jest kolejny dzień, a przyszłość może przynieść spełnienie Twoich pragnień. To prawda. Masz szansę doświadczyć tej nadziei i warto się na tym skupić - ale dopiero wtedy, gdy dasz sobie czas, by pobyć w swoim "wczoraj". Może do świata swoich przeżyć zaprosisz kogoś, komu ufasz, by podzielić się ciężarem, jaki niesiesz? 

 

Może o swoim "wczoraj" opowiesz komuś "dzisiaj"? Wtedy, w pewnym momencie, w naturalny sposób spojrzysz na to, co może stać się jutro. I doświadczysz, że to, co bolało, jest nie tylko niechcianym bagażem, ale też Twoją siłą - bo nie zniszczyło to Ciebie, lecz pozwoliło spojrzeć na świat w inny sposób. Bo ten, który coś stracił, docenia potem życie dużo bardziej. Więcej rozumie i mocniej czuje. I może dzisiaj tego nie widzisz - ale w tym też jest sens.

 

Maja Moller - aktywna zawodowo mama dwójki dzieci, na co dzień dentystka i magister psychologii. Od lat zakochana w swoim mężu, od zawsze i chyba z wzajemnością - w życiu i górach. Autorka bloga Chrześcijańska Mama.Współautorka książki "Ile lat ma Twoja dusza?" i autorka książki "Pogoda ducha. Pełna uczuć jesteś boska"

 

Wspomóż Nas

Twoja ocena:

Średnia ocen:

5

Liczba głosów:

4

 

 

Komentarze użytkowników (0)

Sortuj według najnowszych

CZYTAJ ARTYKUŁY Z NUMERU (3/2019) "KIM SĄ ANIOŁKOWI RODZICE?"