To o mnie, ale to nie ja. Jak żyć po fake newsie?

Bartłomiej Sury
(fot. Sergio Foto / shutterstock.com)

Pytam księdza, dlaczego zgodził się, aby jego opowieść o medialnej lekcji życia znalazła się na internetowym portalu, a więc, nomen omen, w mediach. Odpowiada, że sam się sobie dziwi, ale może dla kogoś ta historia będzie pomocna? Może ktoś dowie się, jak zachować grunt pod nogami w podobnej sytuacji?

 

Ksiądz Paweł programowo stroni od mediów, zarówno od tych tradycyjnych, jak i elektronicznych. Nie uczestniczy w życiu facebookowym. Kompletnie nie obchodzi go twitter ani instagram. Wydaje się, że idzie pod prąd, bo dziś wielu kaznodziejów garnie się do internetowej ambony. On jednak woli spotkanie twarzą w twarz, a technologia tylko utrudnia mu rzeczywisty dialog. Zresztą tak uważał jeszcze przed feralną środą 2007 roku.

 

"Budzi mnie telefon. Dzwoni znajomy ksiądz. "Będziesz ukarany przez papieża". Może to jeszcze sen? "Tu w tej gazecie tak napisali, jesteś na pierwszej stronie". Szybko załatwiam jeden egzemplarz. Patrzę, a nogi uginają się pode mną. To ja. "Opętałem zakonnice", jak informuje tytuł. Nigdy nie spotkałem żadnej siostry z tego zakonu. Nigdy nawet nie byłem w mieście, gdzie mają klasztor! I w jaki sposób udało mi się podpaść papieżowi? Jeszcze postarzyli mnie o 12 lat, choć to akurat najmniejszy problem."

 

Są dobrzy w swoim fachu. Zdjęcie wzięte z ogólnodostępnej bazy. Wcześniej ksiądz Paweł zgodził się, aby jego zdjęcia służyły jako ilustracja do serii artykułów o mszy świętej, postawach i gestach liturgicznych w prasie katolickiej. Tak fotografie stały się dostępne dla innych mediów. Elegancki, poważnie wyglądający kapłan w ornacie okazuje się buntownikiem, który miesza w głowach zakonnicom. Taki kontrast musi wzbudzać sensację, a przecież o sensację w tym wszystkim chodzi. Sensacja uświęca środki.

 

"Biorę egzemplarz i jadę do kurii. Krążę od osoby do osoby, od wydziału do wydziału. Stoicki spokój tego miejsca wydaje się przeciwieństwem krzykliwych emocji które biją z okładki gazety. Ktoś robi ksero pierwszej strony. Widocznie nie ma sensu poddawać się nastrojom wywoływanym przez tygodnik z takim uporem. Moje pytanie "co z tym zrobić?" rozpoczyna proces, w który angażuje się wiele osób."

 

Ksiądz Paweł nigdy nie pracował w mediach ani jako rzecznik prasowy, a jednak pod wpływem impulsu postępuje, jakby dobrze znał mechanizmy tej branży. Trzeba działać sprawnie, ale nie mściwie, pomimo wściekłości, która popycha do odwetu. Za żadne skarby nie wolno dać się wciągnąć w strategię "wet za wet". Z drugiej strony nie można zignorować fałszu, który bije po oczach z pierwszej strony. To już jest w całej Polsce. Nie można czekać.

 

"Sam nie zrobię nic, jestem pionkiem. Mam do nich zadzwonić i pod wpływem gniewu zwyzywać? Po co? Ucieszyło mnie wsparcie przełożonych oraz kościelnych mediów. Z diecezjalnego radia dzwonią do redakcji gazety, aby poprosić o komentarz. Przepraszają, ale przecież nakładu wycofać się nie da. Od prawników specjalizujących się w prawie prasowym dowiaduję się, że tabloidy z góry przeznaczają 30% budżetu na zadośćuczynienia.

 

Wracam do parafii. Telefon. Dzwoni redaktor naczelny gazety. Przeprasza i chce umówić się na spotkanie. Może przyjechać z Warszawy następnego dnia. Prosi, aby wskazać cel charytatywny. To ma być forma zadośćuczynienia."

 

Tego samego dnia, wracając z wieczornej mszy, ksiądz Paweł widzi na swoim telefonie nieodebrane połączenie od pomagającego mu prawnika. Ogólnopolski dziennik telewizyjny wyemitował reportaż, w którym kamera robi najazd na okładkę z jego zdjęciem. Za pół godziny kolejny serwis. Ksiądz Paweł dzwoni do kogo się da, nie wie z kim się połączyć. W końcu odbiera sprzątaczka pracująca w telewizji, która nie chce mieć z tą sprawą nic do czynienia. Ale księdza Pawła to nie obchodzi i żąda połączenia z redakcją. Wydawca uspokaja - już wszystko wiedzą, nie będzie materiału, a w nocnym wydaniu pójdą przeprosiny.

 

"Chwileczkę, przecież nocne wydanie nie ma takiej oglądalności jak wydanie wieczorne?! Wydawca odpowiada, że w takim razie przeprosiny wyemitują również jutro. Kończy się najdłuższa środa w moim życiu."

 

Tak działa ten mechanizm. Jedno medium przekleja newsa z innego medium, potem wykorzystuje go kolejne, aż w końcu fałszywa informacja przestaje być sensacyjnym doniesieniem, a staje się wiedzą powszechną, oczywistością, bezkarnie udostępnianym memem, tematem do rozmów przy piwie. Źródło? Pierwotny autor? A kogo to obchodzi?

 

"Nazajutrz przyjeżdżają redaktor naczelny gazety i jeszcze jedna osoba. Ciekawe, czy ktokolwiek by się pofatygował, gdyby nie wsparcie otoczenia i szum wokół sprawy? Wiem, że mam prawo do sprostowania, które "powinno być opublikowane w tym samym dziale i taką samą czcionką, co materiał prasowy, którego dotyczy, pod widocznym tytułem «Sprostowanie»" (artykuł 32. Prawa prasowego). Szczerze? Raczej wolałbym, żeby zniknęło to, co już się ukazało. Szkoda, że to nie jest możliwe. Chcę występować jako ksiądz, a nie jako "ten od opętanych zakonnic". Do niczego nie potrzebuję etykiet. Ani negatywnych, ani pozytywnych. Chcę dotrzeć do ludzi. Chcę, aby ludzie przyjmowali mnie - kapłana, a nie mój wizerunek.

Nasza rozmowa jest dość oschła. Padają pytania o konkretne kwoty, ale mnie, zgodnie z umową, interesuje cel charytatywny: sfinansowanie kolonii dla ubogich dzieci z parafii. To kosztuje znacznie więcej niż propozycje delegatów. W końcu zgadzają się. Redaktor naczelny zostawia mi jeszcze wizytówkę, a potem wyjeżdżają."

 

Tego samego dnia ksiądz Paweł czyta na pierwszej stronie przeprosiny pod swoim adresem. Po siedmiu dniach kwota pojawia się na koncie parafii.

 

Gdy emocje opadają, ksiądz Paweł klęczy przed tabernakulum i pyta: "Panie Boże, jaki masz w tym plan? Co chcesz mi przez to pokazać? Czego chcesz mnie nauczyć? Czy może z tego wyniknąć jakieś dobro?"

 

Jedno jest pewne: dzieci pojadą na kolonię.

 

"Pojawiłem się na pierwszej stronie tabloidu. I co? I nic! Życie toczy się dalej. Wiele mnie ta sprawa kosztowała, ale czy można nazwać to cierpieniem? Bez przesady. Cierpią męczennicy, którzy oddają życie za Chrystusa.

 

Modlę się za wszystkich, którzy mnie kiedykolwiek skrzywdzili, oraz za tych, którym sam mogłem świadomie lub nieświadomie wyrządzić krzywdę. Nie chciałbym, żeby ktokolwiek przeze mnie płakał. Tak czy siak, ostatecznie zwycięża prawda."

 

Pytam, jakie rady mógłby przekazać ksiądz Paweł tym, którzy stali się ofiarą fake newsa? Odpowiada bez wahania: "Po pierwsze, nie zostawaj z tym sam! Podziel się swoją historią z kimś, komu ufasz. Nawet jeśli miałoby to być dla Ciebie trudne". Przyznaje, że gdyby nie dostał wsparcia Kościoła, pewnie niewiele by wskórał. Nie każdy ma takie zaplecze, ale każdy powinien szukać pomocy u przyjaciół, instytucji, kogoś, kto popatrzy na to z koniecznym dystansem i nie ulegnie emocjom. "Co dwie głowy to nie jedna".

 

"Po drugie: nie szukaj zemsty. W ten sposób nakręcasz spiralę nienawiści, która zatacza coraz szersze kręgi. Wymiana ciosów nie ma końca.

 

Po trzecie: traktuj poważnie swoje dobre imię. Jesteś stworzony na obraz i podobieństwo Boże, masz swoją godność. Nikt nie ma prawa Ci jej odebrać. Szanuj samego siebie."

 

Epilog

 

Pół roku po całym incydencie ksiądz Paweł zmienia parafię i rozpoczyna pracę w szkole średniej, będzie uczył religii przyszłych maturzystów. To już prawie dorośli. Jeden z uczniów nazywa się tak samo jak nowy katecheta. Gdy chłopcy wpisują swoje nazwiska w wyszukiwarce szybko znajdują informację o "aferze z opętanymi siostrami". Nikt nie zadaje głośnych pytań, ale jest poruszenie, a w powietrzu wyczuwa się atmosferę sensacji.

 

"W końcu pytam wprost: "O co chodzi?". "Czy mógłby ksiądz coś powiedzieć na ten temat…". Przez 45 minut szczegółowo wyjaśniam wszystko od początku do końca: że to pomyłka, że wykorzystano tylko moje zdjęcie i nie chodzi o mnie, że gazeta przyznała się do błędu, że ukazało się sprostowanie i tak dalej. Tłumaczę, jak działają tabloidy, jak zostałem zamieszany w całą sprawę, jakie wsparcie otrzymałem - słowem wszystko co trzeba wiedzieć o sprawie, aby poznać prawdę. Na koniec lekcji jeden z uczniów podchodzi do mnie i zupełnie poważnie pyta: "Proszę Księdza, jak to w końcu było? Został Ksiądz ukarany przez tego papieża, czy nie?".

 

* * *

 

Dziękuję księdzu Pawłowi Habrajskiemu z Archidiecezji Katowickiej za podzielenie się swoim doświadczeniem.

 

Bartłomiej Sury - redaktor Wydawnictwa WAM

 

 

Wspomóż Nas

Twoja ocena:

Średnia ocen:

4.59

Liczba głosów:

22

 

 

Komentarze użytkowników (0)

Sortuj według najnowszych