Porodówki grozy? To wydarzyło się naprawdę

(fot. shutterstock.com)

Kobieta straciła bliźniaki. W nocy, przed samym porodem. Mogły żyć, były w pełni zdrowe. Lekarze nie zrobili na czas cięcia cesarskiego. USG mieli zepsute. Sprzęt nie działał.

 

Nie było nikogo, kto mógłby obsługiwać USG. Nie sprawdzali tętna. Sprawdzali tętno, ale nie bez przerwy. Nie chciało im się robić operacji w nocy. Nie mogli. Ordynator spał w dyżurce, nie budzili, bo odsypiał dyżur. Wcale go nie było. Miał być w szpitalu, ale przyjmował w swoim gabinecie. W prywatnej klinice. Ma willę. I samochód. Drogi. Oni wszyscy tacy są, tylko na kasę patrzą.

 

Konowały. Bydlaki. To tylko niektóre, te bardziej cenzuralne, określenia, jakie padają zimą 2014 roku pod adresem personelu oddziału położniczego we Włocławku. Połowa stycznia. Główną informacją we wszystkich mediach jest tragedia we Włocławku. W Wojewódzkim Szpitalu Specjalistycznym im. ks. Jerzego Popiełuszki w nocy zmarły bliźnięta. Informacje podawane przez dziennikarzy często są ze sobą sprzeczne, ale prowadzą do jednego wniosku: w szpitalu doszło do straszliwych zaniedbań.

 

Minister zdrowia wysyła do szpitala kontrolę. Jeszcze zanim na dobre będą znane jej wyniki, ordynator oddziału położniczego zostaje zawieszony. Nie jest to pierwszy ani jedyny niepokojący sygnał z  oddziałów ginekologiczno‑położniczych, Bartosz Arłukowicz szybko więc podejmuje kolejną decyzję: kontrole mają objąć porodówki w całym kraju. Porodówki i oddziały neonatologiczne.

 

Radość zmienia się w koszmar

 

Być może nie byłoby tak gwałtownej reakcji na Włocławek, gdyby nie zdarzenia sprzed kilkunastu miesięcy. Latem 2012 Bartłomiej Bonk, sztangista z Opola, niespodziewanie zdobywa na Igrzyskach Olimpijskich w Londynie brązowy medal. W wywiadach chętnie dzieli się radością nie tylko z sukcesu sportowego.

 

- Zdaję sobie sprawę, że mój brązowy medal to największa sensacja w polskiej ekipie olimpijskiej, poza najbliższymi nikt na mnie nie stawiał - mówi. I dodaje: - Dwie rzeczy mi wyszły w tym roku: ten medal i bliźniacza ciąża.

 

W listopadzie ta radość zmienia się w koszmar: lekarz prowadzący ciążę żony sportowca rekomenduje rozwiązanie jej przez cesarskie cięcie, jednak w szpitalu lekarze decydują, że poród odbędzie się siłami natury. Pierwsza dziewczynka przychodzi na świat zdrowa. Druga, Julia, w stanie ciężkiego niedotlenienia. Dramat śledzi cała Polska. Dziewczynka przez kilka miesięcy żyje pod respiratorem, w stanie wegetatywnym, potem - umiera.

 

Komisja wewnętrzna w szpitalu stwierdza nieprawidłowości przy porodzie, śledztwo prowadzi prokuratura, małżeństwo Bonków walczy w sądzie o uznanie winy lekarzy (zapada w tej sprawie prawomocny wyrok - prowadząca poród lekarka zostaje uznana za winną, ale sąd odstępuje od wymierzenia kary, bo lekarka nie mogła samodzielnie decydować o sposobie porodu i wykonywała zalecenia ordynatora) i odszkodowanie. Temat fatalnego porodu przez cały 2013 rok żyje w mediach.

 

Kolejny głośny "zły poród"

 

Zwłaszcza że zaraz dochodzi do kolejnego głośnego "złego porodu". Tym razem w Zduńskiej Woli, wiosną, kobieta rodzi swoje drugie dziecko. Lekarz prowadzący ciążę mówi o potrzebie wykonania cesarskiego cięcia, ale i tym razem na porodówce zapada decyzja o porodzie naturalnym.

 

Tymczasem kobieta ma cukrzycę ciążową, co zwiększa prawdopodobieństwo, że dziecko urodzi się duże lub bardzo duże. I tak jest: chłopiec, Staś, waży 5,5 kilograma. Matka nie jest w stanie urodzić go naturalnie. Dziecko podczas porodu dusi się i wykrwawia przez urwaną pępowinę.

 

Ojciec, Damian Kunert, dwa miesiące później występuje w programie publicystycznym w TVP2 i opowiada o horrorze. Temat podejmują inne media… Szpital nie ma szans na obronę, bo lekarze popełnili kardynalne błędy. Będą w tej sprawie prokuratorskie zarzuty, będzie skazujący wyrok sądu…

 

To, co wydarzyło się we Włocławku, wydaje się oczywistym potwierdzeniem tezy: polskie porodówki są niebezpieczne. Psychozę podsycają dziennikarze. Tabloidy, telewizje tygodniami żerują na temacie błędów na porodówkach. Rzeczywistych albo rzekomych. Kontrola we włocławskim szpitalu, zlecona przez ministerstwo, szybko przynosi wnioski o możliwych uchybieniach. Możliwych.

 

Co naprawdę wydarzyło się we Włocławku? 

 

Co właściwie wydarzyło się we Włocławku? Doszło do błędów w szpitalu? Komuś postawiono zarzuty? Ktoś poniósł karę? Narodowy Fundusz Zdrowia kilka tygodni po tragedii nakłada na szpital gigantyczną, niewyobrażalną wręcz karę - 1,7 miliona złotych. 2 procent rocznego kontraktu całego szpitala. Dyrektor składa odwołanie i pół roku później Fundusz obniża karę do… 75 tysięcy złotych.

 

Rozmawiam z urzędnikiem NFZ: — Wysokość pierwszej kary była absurdalna. Jedynym twardym zarzutem była zbyt mała obsada pielęgniarska na dyżurze. Inne zarzuty to konfabulacja dziennikarzy. Tak radykalne zmniejszenie kary finansowej to nie wszystko.  Po ogłoszeniu wstępnego raportu z kontroli, tego o możliwych nieprawidłowościach, NFZ zdecydował o obniżeniu włocławskiemu oddziałowi ginekologiczno‑położniczemu stopnia referencyjności  z drugiego na pierwszy. To oznaczało, że placówka nie będzie mogła zajmować się przypadkami ciężkiej patologii ciąży i przedwczesnymi porodami.

 

Ordynator oddziału zostaje zawieszony, odchodzi ze szpitala. Po kilku miesiącach - umiera. Można się tylko domyślać, jaką rolę w tym odegrały napięcie i stres, towarzyszące sprawie. Prokuratura dwa lata po śmierci bliźniąt umarza postępowanie.

 

- Pomimo zgromadzenia kompletnego materiału dowodowego nie udało się ustalić dokładnej przyczyny i czasu zgonu bliźniaków. W tym stanie rzeczy nie ustalono związku przyczynowego między zachowaniem lekarzy a śmiercią bliźniąt - tłumaczy rzecznik Prokuratury Okręgowej we Włocławku. Prokuratorzy korzystali z opinii specjalistów z Collegium Medicum Uniwersytetu Mikołaja Kopernika i Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego. Przesłuchali kilkudziesięciu świadków, posiłkowali się raportami z kontroli przeprowadzonych przez krajowego konsultanta ds. położnictwa i ginekologii. I nic.

 

Gdy rodzisz ze świadomością, że dziecko umrze...

 

Gdy rodzisz zdrowe dziecko, wychodzisz najdalej po dwóch dniach ze szpitala. I wtedy nie ma znaczenia, że leżałaś z pięcioma innymi kobietami w ciasnym pokoju, na śniadanie dawali kromkę najzwyklejszego chleba z plasterkiem żółtego sera typu gouda, a na kolację, serwowaną najpóźniej o 16.00, bo potem kuchnia się zamyka, kromkę z plasterkiem pasztetowej.

 

Gdy rodzisz zdrowe dziecko, przy wypisie zapominasz nawet, że położna nazwała cię leniwą, grubą krową, i wręczasz jej czekoladę, bo pomogła ci urodzić. Gdy rodzisz zdrowe dziecko, a personel podczas porodu był życzliwy i wszystko poszło sprawnie, polecisz szpital przyjaciółkom i siostrze, choćby z sufitu tynk sypał się do kubka z przesłodzoną herbatą.

 

Jednak gdy dziecko przychodzi na świat w ciężkiej zamartwicy… albo gdy rodzisz je ze świadomością, że za kilka godzin umrze… albo gdy w ósmym, dziewiątym miesiącu słyszysz, że nie ma tętna i musisz urodzić martwy płód - wtedy wszystko ma znaczenie. Najpierw leżysz na oddziale patologii ciąży w kilkuosobowym pokoju. Starasz się nikogo nie obciążać swoją tragedią, bo na sąsiednich łóżkach leżą ciężarne, którym nie wolno się denerwować. One może będą mieć więcej szczęścia,  muszą tylko leżeć nieruchomo przez kilka miesięcy i myśleć absolutnie pozytywnie.

 

Potem poród. I zaraz - pożegnanie z dzieckiem. I sala poporodowa, a na niej sąsiadki, każda z noworodkiem w wózku obok łóżka. Nie ma przecież osobnych oddziałów dla matek, które urodziły martwe dzieci, dzieci z wadami letalnymi (śmiertelnymi), dzieci urodzone w głębokiej zamartwicy z powodu niedotlenienia. "W przypadku niepowodzeń położniczych należy umożliwić pacjentkom pomoc psychologiczną i wsparcie bliskich na miejscu oraz odizolować je od innych pacjentek" - dopiero w czerwcu 2016 roku minister zdrowia wydaje rozporządzenie wyznaczające standardy opieki okołoporodowej w przypadku ciąż z powikłaniami, w nim znajduje się miejsce na szczególne traktowanie "niepowodzeń położniczych". Osobna sala, gwarantowana intymność, opieka psychologa, wsparcie.

 

Szpitale, które nie spełnią standardów wyznaczonych przez ministra, mają płacić odszkodowania.

 

Fragmenty pochodzą z książki: "Służba zdrowia? Jak pokonać chory system".

 

Tytuł i śródtytuły pochodzą od redakcji.

 

 

Wspomóż Nas

Twoja ocena:

Średnia ocen:

3.6

Liczba głosów:

20

 

 

Komentarze użytkowników (0)

Sortuj według najnowszych

Facebook @portalDEONTwitter @deon_plYouTube @portalDEONplInstagram @deon_plKontakt

Logowanie

 
Opcja umożliwiająca automatyczne logowanie w serwisie przy kolejnej wizycie. Jest aktywna do momentu wylogowania.
zarejestruj się zapomniałeś hasła?
Zaloguj przez Facebook