Jak radzić sobie z chorobą i śmiercią?

(fot. shutterstock.com)

"Bóg wie, co robi", "musisz zaufać", "niedługo będzie lepiej"  - takimi odpowiedziami próbowałam zakrzyczeć pytania o sens ludzkich dramatów. Dziś wiem, że nie tędy droga.

 

W Waszych mailach wysyłanych w ramach akcji #kawazpsychologiem często pojawiało się pytanie o radzenie sobie z chorobą czy śmiercią bliskiej osoby. To doświadczenie jest powszechne i można chyba zaryzykować stwierdzenie, że nie jest obce nikomu z nas - w ten czy inny sposób. Liczba pytań, które pojawiają się w kontekście tego tematu, jest ogromna i są to chyba najtrudniejsze dylematy, z którymi człowiek może się zmierzyć. Dlatego też postanowiłam podjąć ten temat i dać wskazówki, które bardziej niż z mojej wiedzy wynikają z osobistego doświadczenia.

 

Pytania bez odpowiedzi


Akurat kiedy miałam pisać ten artykuł, dowiedziałam się o śmierci bliskiej mi osoby. Przez ostatnie pół roku chorowała na raka, dziś już jej nie ma. Tempo rozwoju wydarzeń zaskoczyło mnie i pozostawiło z uczuciem bezradności. I znów zadaję sobie te same pytania, na które nigdy nie da się udzielić wyczerpującej odpowiedzi: "Dlaczego niektórzy umierają za wcześnie, a inni żyją tak długo?", "Dlaczego umierają osoby, które chciały żyć?", "Dlaczego modlitwa o uzdrowienie zostaje wysłuchana tylko czasami?".

 

Nie mam jasności co do tego, a to, co wiedziałam, zasnuwa się mgłą. W ciszy modlę się o niebo dla mojej znajomej, a jednak jakaś część mnie odczuwa ból, że nie mogła dłużej cieszyć się życiem. Skoro jednak dopiero tam jest pełnia, to czy nie powinnam być szczęśliwa? Burzą się we mnie setki wątpliwości, które były już w ludziach, zanim pojawiły się we mnie, i które będą długo jeszcze po tym, jak mnie już zabraknie.

 

Sens bezsensownych spraw


Często dostaję pytania o sens cierpienia, sens chorowania, o nagłą śmierć i jej bezsens. Kiedyś jeszcze próbowałam je zakrzyczeć prostymi odpowiedziami. Że Bóg wie, co robi. Że musimy zaufać. Że tam, po drugiej stronie, jest lepiej. I nawet jeśli jest to prawda, najczęściej nie potrafi ona skutecznie pocieszyć naszego serca. Gdy nagle zachoruje nasze dziecko, czy można doznać ukojenia, gdy usłyszymy, że Bóg dopuścił tę chorobę dla wyższych celów?

 

Choć może to nawet być prawdą, nie będziemy potrafili odetchnąć z ulgą. To, co Boskie, i to, co ludzkie, miesza się w nas i współistnieje. Na poziomie duchowym możemy mieć wiarę lub świadomość, że Bóg nad wszystkim czuwa, ale na poziomie serca i emocji będziemy rozdarci, rozczarowani i smutni.

 

Wiedza i poradniki nie wystarczą


Ponieważ sama wiara nie daje prostych odpowiedzi, również psychologia ich nie posiada. Owszem, nazwano etapy żałoby po utracie kogoś bliskiego, określono stadia rozwoju kryzysu w reakcji na wiadomość o czyjejś chorobie czy opisano metody radzenia sobie z emocjami w sytuacji utraty zdrowia. I stanowią one pewien opis rzeczywistości, którą potrzebujemy nazwać, by w całym chaosie cierpienia mieć jakieś punkty odniesienia. Niemniej jednak niejednokrotnie słyszałam o ludziach, którzy po śmierci kogoś bliskiego czytali o fazach żałoby i nie mogli się w nich odnaleźć.

 

I o ludziach, którzy przeczytali wiele książek na temat nowotworów, a i tak do samego końca byli przerażeni. Mnie samej, gdy musiałam zmierzyć się z żałobą po śmierci taty, nie pomogły poradniki i wiedza, nie dały mi ukojenia pocieszenia w stylu: "Jest już w niebie", "Musimy wierzyć". Właściwie to nic mi go nie dało i wtedy zrozumiałam, że w życiu są etapy, kiedy ukojenia po prostu nie ma i nie będzie. Co więc w takiej sytuacji zrobić?

 

Przetrwaj 


Kiedy zauważymy, że w życiu są momenty, w których nie da się znaleźć pozytywnej strony, że są sprawy, których nie da się załatwić tanim gestem czy słowem, że w końcu jest ten rodzaj bólu i cierpienia, z którym nie da się zrobić absolutnie nic poza przetrwaniem, doświadczymy wolności, która sama w sobie może stać się pocieszeniem. Jest takie angielskie powiedzenie brzmiące "Let go and let God". Oznacza ono mniej więcej tyle: "Odpuść i wpuść Boga".

 

Wydaje się, że kiedy zaczynamy przyjmować stan rzeczy taki, jaki jest faktycznie, kiedy przestajemy walczyć z bólem i usuwać go za wszelką cenę, doświadczamy pewnej specyficznej obecności Boga. Widzimy wtedy, że sam Jezus również był w miejscu potwornego strachu i bólu, tuż przed śmiercią krzyżową.

 

I choć wołał o uwolnienie od tego kielicha, zdawał sobie sprawę, że pewne rzeczy trzeba po prostu przetrwać. Miał przeczucie czy zaufanie, że choć po ludzku doświadcza kaźni, to Bóg widzi więcej i ma On swój spójny i logiczny plan. Czasem więc trzeba przetrwać trudny stan ziemski, aby doczekać po stokroć piękniejszego i weselszego stanu nieba.

 

Zaakceptuj

 

Za radą "przetrwaj" automatycznie idzie rada "zaakceptuj". Zdaję sobie sprawę z tego, jak bardzo poradnikowo ona brzmi - słyszymy przecież co chwilę słowa: "Zaakceptuj siebie", "Zaakceptuj swoją słabość", "Zaakceptuj tę sytuację". Osobiście jest mi trudno słuchać tego typu rad, jeśli nie są one dogłębnie uzasadnione. Czy możliwe jest więc, by zaakceptowanie swojego cierpienia, swojej bezradności czy czyjejś śmierci było uzasadnioną wskazówką?


Kiedy dochodzimy do twardego muru, którym są nasze ograniczenia i bezradność wobec tego, co nas spotyka, możemy przyjąć dwie postawy: albo walić głową w ten mur, albo po prostu odpuścić. W pierwszym wypadku nie dość, że będziemy doświadczać cierpienia z zewnątrz, to jeszcze sami będziemy się ranić, bo nasza głowa w którymś momencie nie wytrzyma siły uderzenia. W drugim wypadku mamy możliwość po prostu usiąść pod tą ścianą bezsilności i się popłakać, doświadczyć bezbronności, przyjąć, że mur jest nie do przebicia.

 

Krótko mówiąc, możemy nieustannie walczyć z niechcianą sytuacją czy nawet samym Bogiem, wściekać się, tupać nogami. A możemy też uświadomić sobie, że pod złością kryje się jeszcze jedno niezwykle ważne uczucie, które może pomóc nam odzyskać wolność - jest nim smutek, a czasem nawet rozpacz. Kiedy pozwalamy sobie na te uczucia, stajemy w postawie bezbronnego dziecka, które potrzebuje przytulenia.

 

Kiedy walimy pięściami w mur, dużo trudniej jest się do nas zbliżyć. Dlatego myślę, że zaakceptowanie, odpuszczenie, rozpłakanie się czy dopuszczenie smutku to stany, w których dużo łatwiej jest doświadczyć opieki i troski od samego Ojca. Kiedy widzi On, że sami już nie możemy, wtedy może faktycznie wkroczyć do akcji. Ta prosta zasada, że Boga doświadczamy najczęściej tam, gdzie spotykamy się z własną bezbronnością, była nieraz i moim udziałem. Dzięki temu wiem, że kiedy napotykam na swojej drodze mur, potrzebuję jak najszybciej ściągnąć rękawice bokserskie.

 

Płacz i pozwól się sobą zaopiekować

 

Kiedy już usiądziesz pod tym murem i się rozpłaczesz, poczujesz, jak bardzo potrzebujesz tego, by ktoś Cię przytulił i zaopiekował się Tobą. Być może poczujesz się żałosny, słaby, możliwe, że będziesz chciał jak najszybciej wydostać się z tego krępującego Cię stanu. Zachęcam Cię jednak do tego, byś sobie to pozwolił. Dlaczego? Bo prawdziwe doświadczenie bezbronności jest niezwykle wyzwalające.

 

Mamy skłonność do tego, by szybko pozbywać się tego rodzaju negatywnych emocji, jednak to, co do końca nieprzeżyte, w którymś momencie znów do Ciebie wróci. Drugim powodem, dla którego warto pozwolić sobie na bezbronność i płacz, jest to, że wtedy naprawdę łatwiej jest innym Cię przytulić i pocieszyć. Przecież dopóki mówisz: "Jest OK", "Daję radę", "Jest ciężko, ale dobrze", nie ma szans na to, by drugi człowiek obok Ciebie poczuł się potrzebny - bo przecież sam sobie wystarczasz.

 

Ale kiedy ktoś zobaczy, że siedzisz i płaczesz, od razu podejdzie i będzie chciał się zatroszczyć się o Ciebie. Dokładnie to samo dotyczy Boga. Dopóki będziesz samowystarczalny, dasz Bogu znak, że jest niepotrzebny. Ale kiedy pokażesz Mu, że nie masz sił, On będzie miał drogę wolną do tego, by się o Ciebie zatroszczyć.

 

Będzie, jak będzie, inaczej nie będzie


Moja znajoma, o której śmierci dziś się dowiedziałam, miała w zwyczaju mawiać: "Będzie, jak będzie, inaczej nie będzie". Od razu polubiłam to zdanie - zakłada ono, że pewne rzeczy po prostu się wydarzą, czas po prostu będzie płynął, życie po prostu będzie się toczyć. Już sam Kohelet powiedział słynne zdanie: "Wszystko ma swój czas i jest wyznaczona godzina na wszystkie sprawy pod niebem" (Koh 3,1). Pokora, uznanie Bożej wszechwiedzy i odrobina poczucia humoru mogą nam świetnie pomóc w tym, by nasze życie nie było nieustannym szarpaniem się i walką z tym, co nas przerasta.

 

Za tydzień dowiesz się, jak żyć z dużym bagażem przeszłości, jakim są trudne doświadczenia i zranienia.
 

Przeczytaj też 4 sposoby na uwolnienie z toksycznych relacji oraz Jak mówić prawdę o swoich emocjach i nie ranić

 

Maria Krzemień - psycholog chrześcijański i trener. W praktyce i codzienności jest po prostu wierzącym psychologiem, bo jakiś czas temu postanowiła połączyć nie tylko swoje życie, ale też pracę na dobre z Panem Bogiem. Prowadzi warsztaty psychologiczne w oparciu o Słowo Boże. Jej teksty można przeczytać na blogu Żyj po Bożemu.

 

 

Wspomóż Nas

Twoja ocena:

Średnia ocen:

3.94

Liczba głosów:

17

 

 

Komentarze użytkowników (0)

Sortuj według najnowszych

Facebook @portalDEONTwitter @deon_plYouTube @portalDEONplInstagram @deon_plKontakt

Logowanie

 
Opcja umożliwiająca automatyczne logowanie w serwisie przy kolejnej wizycie. Jest aktywna do momentu wylogowania.
zarejestruj się zapomniałeś hasła?