Człowiek chce być doceniony, zauważony

(fot. shutterstock.com)

Człowiek chce być doceniony. Chce być zauważony. Chce być kochany. Często jednak zależy mu na tym tak bardzo, że zapomina o szacunku do samego siebie. Albo do innych.

 

Na dobrą sprawę bez znaczenia, bo efekt bywa podobny - gorączkowe domaganie się uwagi. Człowiek, który boi się, że traci autorytet, zaczyna miotać się pomiędzy swoimi uczuciami a tym, co dzieje się wokół niego. Widzi, że to, czego pragnie, nie ma odniesienia w jego rzeczywistości. Chce być ważny, a na ważności traci. Chce mieć autorytet, a staje się śmieszny.

 

Rodzic, który mówi dziecku, jakie ma być, a sam jest słaby i zgorzkniały. Nauczyciel, który przekazuje wiedzę, a sam niewiele poza nią reprezentuje. Sąsiad, na którego nigdy nie można liczyć, rodzeństwo prześladujące młodsze dziecko w rodzinie, koledzy w klasie, którzy upokarzają swoją ofiarę. Przyjaciel, który zawiódł, dziewczyna, która zdradziła...


I tyle wytłumaczeń, alibi na każdy możliwy temat: bo tak trudno być rodzicem, bo ta młodzież to patologia, bo nie ma co się wtrącać w cudze sprawy, bo młodszych trzeba uczyć się bronić, bo słabszych trzeba mobilizować. bo nie można tolerować czyichś wad, bo szkoda z nim być, skoro tylu fajnych chłopaków wokół. Niekończąca się opowieść.


Często nie widzimy, że odwracamy się od kogoś właśnie dlatego, żeby przypodobać się komuś innemu, na kim aktualnie bardziej nam zależy, kto ma akurat dziś lepsze notowania i może mi się przydać. Nie widzimy, że nie licząc się z uczuciami tych opuszczanych osób, tracimy szacunek i zaufanie. A je pozbawiamy wiary w drugiego człowieka. Nie zauważamy, że często z kimś jesteśmy, kolegujemy się czy przyjaźnimy tylko dlatego, że po prostu nam się to opłaca. Z różnych powodów. Nie chcemy widzieć, że bliscy i znajomi zaczynają nas już tylko tolerować.


Wtedy czujemy, że słabniemy. Że nasz obraz samych siebie zaczyna się zniekształcać. Pojawia się obawa, że maski opadną, ujawniając nasze oblicze klauna. Może właśnie wtedy zaczynamy robić z siebie pośmiewisko? Może to jest ten moment, gdy wolimy grać w komedii niż tragedii? Linia między jednym a drugim bywa jednak cienka. Łzy szybko zamieniają się w śmiech. Śmiech w łzy.


I po omacku szukamy nieznanych osób, którym moglibyśmy wmówić, jacy to jesteśmy wspaniali i godni szacunku, bo tylko one nic o nas nie wiedzą... Uśmiechamy się, czarujemy intelektem. Zmęczeni wracamy do domu. Najlepsze przedstawienie, gdy trwa zbyt długo - nuży... A u siebie? Zdejmujemy kostiumy. To bliskich obarczamy winą za swoje kłopoty, brak uznania, podziwu. Za brak miłości, troski, uwagi. To im pokazujemy, kim naprawdę jesteśmy, choć przecież już to wiedzą. Przestajemy się starać. Walczyć. Zabiegać. Pięknie wyglądać i pięknie mówić. Przestajemy być czarujący, mili i dobrzy. Nie ma przecież po co. Karty rozdane.


Nikt nie jest zwycięzcą w tej grze.


Uciekamy na zewnątrz. Często na zawsze. W swoje światy, hobby, nowe rodziny i religie. Nie rozumiemy, że powinniśmy zacząć od siebie. Bo najpierw oszukaliśmy siebie, a potem innych. Najpierw zawiedliśmy się na sobie, a potem na innych. Nie wiemy, że od siebie nie da się uciec.


Ale uciekamy, bo prościej zmieniać kostiumy niż swoje wnętrze.

 

Wiecej w książce: Życie po piciu - Katarzyna Bosowska

 

Wspomóż Nas

Twoja ocena:

Średnia ocen:

4.2

Liczba głosów:

15

 

 

Komentarze użytkowników (1)

Sortuj według najnowszych

Zgłoś do moderacji

~Mia 18:37:12 | 2015-02-03
Każdy z nas jest wyjątkowy i jedyny w swoim rodzaju. Wszyscy jesteśmy dziećmi Bożymi :-)

Oceń 13 odpowiedz

Facebook @portalDEONTwitter @deon_plYouTube @portalDEONplInstagram @deon_plKontakt

Logowanie

 
Opcja umożliwiająca automatyczne logowanie w serwisie przy kolejnej wizycie. Jest aktywna do momentu wylogowania.
zarejestruj się zapomniałeś hasła?
Zaloguj przez Facebook