To młodość jest zdolnością kochania

(fot. shutterstock.com)

Co to jest młodość? Gładka skóra? Skądże. Młodość jest zdolnością kochania. Zdolnością do tego, aby być wrażliwym. Aby widzieć świat jako wielką możliwość, wielką okazję, wielki dar... Im bardziej zdolność ta w nas zanika, tym bardziej starzejemy się, tym bardziej zaczynamy być podobni do kamieni i przestajemy być podobni do ludzi.

 

"Moja matka", opowiadała pani K.K., "miała szwagierkę, znacznie od niej młodszą i należącą do tego typu kobiet, które swoją młodość wobec tych starszych chętnie podkreślają. Szwagierka owa mówiła chętnie o "naszym pokoleniu", wyrażała się z lekceważeniem o pokoleniu starszym i zachowywała się tak, jakby ona sama była wcieleniem młodości, a inni tylko jakimiś historycznymi przeżytkami.


Zapewne znacie ten rodzaj kobiet...


Czym jest właściwie młodość?


Mój spowiednik mówi, że młodość jest tylko okazją do tego, aby być użytecznym swoim bliźnim w inny sposób niż ten, w jaki możemy im być użyteczni, kiedy się zestarzejemy.


Owa ciocia nie była użyteczna nikomu, chyba tylko swojej cerze i włosom, którym nie wahała się poświęcać bez ograniczeń czas i pieniądze. Są tacy ludzie, skupieni całkowicie na materii, a nie na duszy.


Nigdy jej nie polubiłam, podobnie jak nigdy nie ceniłam osób, które ze swych przemijających walorów czynią zasługę. Każdy powinien wybrać, czym przede wszystkim jest. Ona najwyraźniej podświadomie wybrała, że jest włosami i cerą.


Ciocia paliła jednego papierosa po drugim, głośno się śmiała i starała się zawsze być w centrum towarzystwa, co jej się, dopóki była naprawdę młoda, całkiem dobrze udawało. Dzisiaj jest już inaczej, ale to zupełnie inny rozdział, nie należący do mojej opowieści. Podobnie jak nie należy do niej to, jak się zachowywała wobec mojej babci, swojej teściowej, i jak do niej nie należy jej triumfalny złośliwy śmiech, który brzmi w moich uszach jeszcze teraz, po latach, kiedy go sobie przypominam.


Pewnego razu wybraliśmy się razem do krewnych: moja matka, ciocia i ja, piętnastoletnie dziewczę. Ciocia przez całą drogę paliła, trzymając jedną ręką kierownicę, w drugiej papierosa, prezentowała drwiące gesty i usta jej się nie zamykały.


Dojechałyśmy do krewnych i zostałyśmy zaproszone do ogrodu na podwieczorek. Moja matka wręczyła dziecku gospodarzy, pięcioletniemu chłopczykowi, prezent, a ciocia nie dała mu nic. O ile wiem, nigdy nikomu nic nie dawała. Kiedyś ktoś jej powiedział, że mogłaby ludziom, do których jechaliśmy, przynieść coś, jakiś prezent. Roześmiała się: »Niech się cieszą, że tam przyjadę«. Po prostu darem, prezentem była ona sama.


Siedzieliśmy przy ogrodowym stole i pili herbatę, a pięcioletni chłopczyk, cały szczęśliwy, jeździł po trawniku autkiem, które mu podarowała moja matka. Jesteśmy dużą rodziną, dlatego przy stole siedziało nas wielu i była to jedna z tych miłych chwil, jakich mamy w życiu niemało i o jakich z reguły szybko zapominamy. Chyba że się coś stanie. A wtedy stało się coś, co wspominam przez całe lata.


Przyjechał dziadek, patriarchalna głowa rodziny. Przyjechał na koniu - pomimo swych osiemdziesięciu lat stale jeszcze jeździł konno - podjechał aż do stołu i zszedł z konia. Wiedziałam, że zrobił to dla mnie. Bardzo go kochałam, a on mnie - swojej ulubionej wnuczce - za każdym razem pozwalał cwałować po łąkach dokoła posiadłości. Była to scena niczym z amerykańskiego filmu: do stołu w ogrodzie podjeżdża majestatyczny starzec, siwowłosy i siwowąsy, za nim widać łańcuch górski i świeci słońce... Pięcioletni prawnuczek biegnie do pradziadka, wymachuje autkiem...
- Popatrz, to mi dała! Dziadek wziął do ręki autko.
- Kto ci je dał?
- Ciocia.
- Która ciocia?
W naszej rodzinie - i przy tym stole - było cioć kilka.
- Ciocia młoda.
Dziadek obrócił się w stronę »młodej cioci«, chcąc jej coś powiedzieć, ale chłopiec odezwał się, i to głośno: - Nie ciocia stara, tylko ciocia młoda!
I pobiegł do mojej matki, usiadł jej na kolanach, przytulił się do niej.
- Ciocia młoda?
Miałam wtedy piętnaście lat i uświadomiłam sobie, że młodość jest czymś innym niż kilka cyfr w dowodzie osobistym, że młodość, tak jak ją widzą dzieci - i jak jest rzeczywiście - jest czymś więcej: że jest to postawa duchowa. Była to dla mnie lekcja, której nigdy nie zapomnę.


Czasami przypominam sobie ten letni, rozświetlony słońcem ogród. Widzę dziadkowe figlarne spojrzenie przebiegające po zebranym przy stole towarzystwie i słyszę głosik mego małego krewniaka. To prawda, moja matka była młoda - tak, młoda, chociaż mogła być matką »starej cioci«.


Co to jest młodość? Gładka skóra? Skądże. Młodość jest zdolnością kochania. Zdolnością do tego, aby być wrażliwym. Aby widzieć świat jako wielką możliwość, wielką okazję, wielki dar... Im bardziej zdolność ta w nas zanika, tym bardziej starzejemy się, tym bardziej zaczynamy być podobni do kamieni i przestajemy być podobni do ludzi.


Młodość polega nie na dacie urodzenia, lecz na bliskości sprawom Bożym. I myślę, że co do tego, co się przez te »sprawy Boże« rozumie, jesteśmy zgodni i nie musimy na ten temat długo mówić. Zgodzimy się również z ateistami, którzy tego wprawdzie tak nie nazwą - po namyśle określą to inaczej, ale treść tego innego słowa będzie ta sama. Jakże młody był przy tym stole mój dziadek, chociaż według daty urodzenia był najstarszy.
Nie miałam w wieku piętnastu lat nikogo bliższego - może oprócz matki - od niego, jej ojca. Jeździliśmy konno po zboczach wzgórz, zwiedzaliśmy ruiny zamków, pokrzykiwali radośnie, opowiadali sobie... Wiedziałam, że mu mogę wszystko powiedzieć, ze wszystkiego się zwierzyć. Podobnie jak matce.


Byli młodzi, strasznie młodzi, przedziwnie młodzi, jak gdyby różnica pokoleń była czymś po prostu nieistotnym. Jakże starzy w przeciwieństwie do nich wydawali mi się niektórzy moi zgorzkniali rówieśnicy albo »stara ciocia«.
Zdawało mi się wtedy, że do ludzkich skór wszywane są dusze i że jest obojętne, czy te ciała, ta skóra są według metryki młode czy stare, a jedyną istotną rzeczą jest wiek owych dusz. Tak, jedynym, co ważne, nie jest wiek ciała, lecz wiek duszy.


Na nagrobkach pisze się zwykle, kiedy zmarli zostali pochowani. A tu chodzi o coś innego. O to, kiedy przestali żyć. Ilu z tych pochowanych na cmentarzach przestało żyć dawno przed tym, zanim zmarli, a ilu tych martwych żyje - żyje w nas nadal...


Co to jest młodość? Jest to zdolność do tego, by już dzisiaj żyć w dniu jutrzejszym. W tym momencie, kiedy przestajemy stać jedną nogą w teraźniejszości, a drugą w dniu jutrzejszym, w tym momencie przestajemy być młodzi. W tym momencie przestajemy żyć. My o tym nie wiemy, ale nasi bliscy... Nasi bliscy wiedzą. Dzieci zaś są najlepszymi sędziami tego, kto jest, a kto nie jest młody. Ci, których kochają dzieci, są młodzi.

 

Wiecej w książce: Radości dla duszy - Eduard Martin

 

 

Wspomóż Nas

Twoja ocena:

Średnia ocen:

4.85

Liczba głosów:

13

 

 

Komentarze użytkowników (3)

Sortuj według najnowszych

Zgłoś do moderacji

~Taj-Mahal 23:30:47 | 2013-09-20
Świetne, wiem o co chodzi:) Zostałam wychowana przez osoby takie, jak opisany tutaj dziadek, o pokolenie starsze od moich rodziców, ale mentalnie młodsze od moich najmłodszych znajomych. Arcyciekawe rozmowy i śmiech najlepszy z możliwych, taki jak nigdy z nikim przedtem i nigdy z nikim potem, bo od kilku lat nie żyją. Figlarne spojrzenie i kpiący uśmieszek obowiązkowe:)

Oceń odpowiedz

Zgłoś do moderacji

~Bogusia 20:35:10 | 2013-09-20
@basia
Pani nie zrozumiała właśnie ci "starsi" co kochać umieją są tak naprawdę młodzi.
Przecież o tym właśnie jest ten artykuł:))

Oceń odpowiedz

Zgłoś do moderacji

~basia 11:03:38 | 2013-09-19
a starsi to juz kochac  ie umieją? bzdura

Oceń odpowiedz

Facebook @portalDEONTwitter @deon_plYouTube @portalDEONplInstagram @deon_plKontakt

Logowanie

 
Opcja umożliwiająca automatyczne logowanie w serwisie przy kolejnej wizycie. Jest aktywna do momentu wylogowania.
zarejestruj się zapomniałeś hasła?