Nie o zwycięstwo wcale chodzi

Szum z Nieba
(fot. shutterstock.com)

Bardzo demotywuje, jeśli w grze zespołowej jesteś jedyną osobą, której chce się grać, ale możesz zrobić tak, by innych zapalić. Jeśli trener prowadzi zespół, nie może go pchać przed sobą, ale powinien sprawić, by inni chcieli pójść za nim - mówi Marcin Kochanowski, zakochany w swej pracy psycholog sportowy, doktorant, wykładowca, szkoleniowiec.

 

Na czym polega praca psychologa sportowego? Jaki jest jej cel?


Moim zadaniem jest przygotować zawodnika do zawodów psychicznie, by nauczył się koncentracji i panowania nad emocjami. Siły fizyczne i dobra technika to nie wszystko - trzeba to jeszcze umieć wykorzystać. Obecnie różnica między zwycięstwem a porażką w sporcie często jest minimalna - np. jedna bramka w meczu, ułamki sekund czy kilka centymetrów w innej dyscyplinie. Ktoś, kto przegrywa, może być na równie wysokim poziomie co zwycięzca.

 

I tym trudniej pogodzić się porażką?


Rzecz w tym, że nie chodzi tylko o zwycięstwo. W swojej pracy staram się dbać o to, by zawodnik rozwijał się i miał radość z tego, co robi. Zwycięstwo, czyli medale i nagrody, to jest sprawa drugorzędna. Chodzi też o to, by zawodnik skupił się na grze, by stała się ona jego pasją, by nie spinał się na zwycięstwo - a wówczas ono często samo przychodzi.


Trzeba pamiętać, że sport jest nieprzewidywalny, że nie da się wszystkiego zaplanować - wygrana nie zawsze jest wyrazem starań człowieka lub ich braku. Czasem wygrywa ktoś gorzej przygotowany, i z takimi sytuacjami też trzeba sobie poradzić.

 

Jak najlepiej motywować sportowca?


Ważne, by mówić człowiekowi: nie ma znaczenia, co było przedtem, wiem, że jesteś dobry, wiem, że potrafisz, więc idź i zrób to. Wtedy zabieram jego koncentrację od tego, co było, a pomagam mu się skupić na tym, co jest teraz dla niego najważniejsze - by na boisku pokazał 100 % swoich umiejętności i zdolności.

 

Czy życie osobiste ma duży wpływ na kondycję sportowca?


Nikt nie staje do zawodów bez powiązania z tym, co dzieje się w życiu osobistym. Każdy sportowiec jest przede wszystkim człowiekiem. Trudno jest zrobić z nieszczęśliwego człowieka dobrego sportowca. Dlatego poruszamy również sprawy pozasportowe: rodzinne, osobiste, zdrowotne, zawodowe. Po to, by je poukładać.

 

A po co w ogóle potrzebny jest sport?


Bo jest wspaniały… Dla mnie to doskonałe narzędzie wychowawcze. Straszne by było, gdyby dzieciaki nie miały ruchu fizycznego. Sport uczy relacji społecznych, szacunku do drugiego człowieka. Nie jest sztuką wygrać z kimś słabszym. Jeśli wygrywam z kimś silniejszym - uczę się szacunku do niego. Zasady fair play pokazują, jak nie oszukiwać, nie chodzić na skróty, ale jak być uczciwym, prawdziwym. Trenując jakąś dyscyplinę, uczymy się punktualności, samodyscypliny, wytrwałości i walki do samego końca. Dla ludzi, którzy dużo pracują, jest to też możliwość rozładowania stresu i napięcia. Sport ma też ogromne znaczenie dla zdrowia - dla pracy mięśni, kręgosłupa, serca, krążenia, utrzymania prawidłowej wagi.

 

Jesteś człowiekiem wierzącym, myślisz, że sport pomaga w relacji z Bogiem?


Znam takich sportowców, dla których obecność Ducha Świętego i aniołów w trakcie zawodów jest bardzo ważna. Znam zawodnika, który modli się przed każdym meczem, który wychodząc na boisko, prosi o wsparcie aniołów, a później mówi: "Czułem je". Myślę, że wiara w sporcie pomaga, a sport w tym, by zbliżyć się do Boga.

 

Wierzącym sportowcom jest łatwiej?


W ogóle ludziom wierzącym jest łatwiej (co nie oznacza, że mają lżejsze życie). Myślę, że są spokojniejsi, bo ufają, że Ktoś nad nimi czuwa, że nawet jak coś złego się stanie, to świat się nie zawali.

 

Da się uniknąć porażek?


Wydaje mi się, że nie. W sporcie porażki mogą być bardzo (wbrew pozorom) pozytywnym doświadczeniem, bez nich sport nie byłby piękny. Powodują, że człowiek nie może spoczywać na laurach, że nabiera dystansu do siebie. Porażki wzmacniają, bo trzeba włożyć więcej wysiłku i pracy w treningi, spojrzeć na to, co się robi, z innej perspektywy. Za przykład mogę podać Roberta Korzeniowskiego - w Barcelonie przeszedł 49,5 kilometra. Do mety zostało mu 500 metrów. Był bliski spełnienia marzeń o zwycięstwie medalu olimpijskim. W tym momencie zdyskwalifikował go sędzia, uznał, że Robert podbiegał. Ten jednak nie przelał swojej złości na sędziego, nie buntował się, nie wypominał. Skupił się na poprawieniu techniki chodu. Cztery lata później zdobył złoty medal. Przegrana zmotywowała go do bardziej wytężonej pracy i do rozwoju. W życiu też tak jest - po przegranej mogę spuścić głowę, zejść z boiska, załamać się i odejść - wtedy przegrywam podwójnie. Ale mogę też zastanowić się, gdzie popełniłem błąd, podpatrzeć, w czym przeciwnik jest ode mnie lepszy, co mogę poprawić i ulepszyć, a przez to wzrosnąć - być lepszym niż wcześniej.

 

By zwyciężać trzeba mieć wolność do tego? Nie czuć, że się musi?


Zwyciężać nie muszą zawodnicy z podwórka albo szkolnego klubu. Inaczej jest z zawodowcami. Oni są zależni finansowo, muszą zarabiać na życie, ma się wobec nich określone oczekiwania. Jednak od strony psychologicznej słowo "muszę" należy pomijać, bo ono wywołuje dodatkową presję. Dobrze jest mieć postawę: "jak nie wygram, przeżyję to".

 

Wygrana i przegrana to największy problem sportowców?


Będąc bliżej tych ludzi, widzę, że to są przede wszystkim ludzie. Np. brak koncentracji często wynika z osobistych, życiowych problemów. Sportowiec rzadko może to okazywać, bo zazwyczaj jest osobą medialną. Ma poczucie, że nie może okazywać słabości, wywlekać osobistych porażek. Trudno jest przyznać sobie prawo do popełniania błędów, do bycia nieidealnym, kiedy wszyscy patrzą i śledzą życie takiego człowieka. Prawdziwe problemy zazwyczaj są ukryte.

 

Myślisz, że do tego, by być dobrym sportowcem, potrzebne jest powołanie?


Wiem to. Kiedyś przeprowadzałem badania, pytając juniorów i zawodników drugoligowego zespołu i kadry Polski, dlaczego trenują? 90% kadrowiczów odpowiedziało: bo to kocham, bo to jest moja pasja. Wiem, że jeśli ktoś ma taką motywację (nie ćwiczy dla sławy, splendoru, bo ktoś mu to narzucił), to zachodzi bardzo daleko. Wielu medalistów to pasjonaci. Mają wewnętrzną motywację do tego, co robią - powołanie. Dlatego im się chce. Nawet, jeśli to boli, jeśli upadają, czy przegrywają - wracają, by kontynuować to, co zaczęli. Szukają sposobu, by robić lepiej to, co robią, wchodzić wyżej. Jeśli nie nastawiają się na wynik - mogą dziękować Bogu za to, co już osiągnęli, czego już się nauczyli, że nie ulegli kontuzji. I następnego dnia z wdzięcznością wrócić na trening.

 

Jak zdefiniować pasję?


To miłość do tego, co robię, i czerpanie z tego radości. Jak chcę sprawdzić, czy jakiś sportowiec (np. siatkarz) jest pasjonatem, to pytam po prostu, co lubi robić. Pasjonat odpowiada: "Grać w siatkówkę". A gdy pytam, co lubi robić w wolnym czasie, odpowiada: "Grać w siatkówkę". Pasjonaci nie mają zbyt wiele wolnego czasu. Ale nie mówią tego z wyrzutem, ale z radością, bo im tego czasu nie żal.

 

Co w twojej pracy najbardziej cię pociąga?


Najpiękniejsze chwile przeżywam wtedy, gdy przychodzi do mnie jakiś zawodnik i mówi: "To, co mi powiedziałeś, działa" albo: "Rozmowa z tobą bardzo mi pomogła". Dawanie komuś wsparcia, pomaganie, by zawodnik lepiej się skoncentrował, panował nad emocjami, by spełnił swoje marzenia - to w mojej pracy lubię najbardziej.

 

Czyli można powiedzieć, że twoją pasją jest zapalanie do pasji i pomoc w spełnianiu marzeń?


Tak. Pomagam ludziom spełniać marzenia i osiągać wyznaczony cel albo w ogóle taki cel odnaleźć.

 

Od czego to się zaczęło?


Wiele zawdzięczam salezjanom. Spotkałem ich na mojej drodze, gdy miałem kilkanaście lat. Rozpierała mnie energia, a oni ukierunkowali ją we właściwą stronę, by pracować z młodzieżą i pomagać innym. Grałem też w siatkówkę i piłkę ręczną, gdy byłem na studiach. Wiem, co się czuje, gdy piłka nie wpada do bramki, gdy się przegrywa, choć człowiek dał z siebie wszystko, gdy długo przygotowywał się do meczu. Teraz te doświadczenia wykorzystuję, by lepiej rozumieć tych, z którymi pracuję.

 

Pracujesz też z osobami niepełnosprawnymi. Czy widzisz różnicę w ich postawie i nastawieniu do sportu?


Na pewno są to osoby niezwykłe, wyjątkowe. Niepełnosprawność fizyczna to dla nich próba charakteru, coś, co motywuje do cięższej pracy. Często zaskakuje mnie, jak ogromne pokłady siły w sobie mają. Ułomność nie zatrzymuje ich w drodze. Pasja pozostaje pasją.

 

Przez sport można ewangelizować?


Jasne. Jeśli Jezus jest celem życia jakiegoś sportowca, może on pokazać, że to właśnie dla Niego gra coraz lepiej. Jak dobry sportowiec, który jest idolem dla młodych ludzi, nie wstydzi się swojej wiary, potrafi pokazać krzyż na szyi - to robi wrażenie. Lub gdy na wyjeździe, na zgrupowaniu szuka kościoła, chce być na Mszy, daje świadectwo swoją postawą np. jest uczciwy, nie bierze dopingu, jest wierny w małżeństwie.

 

Wiara pozwala lepiej się skoncentrować?


Koncentracja w sporcie jest sprawą fundamentalną. Zakłada, że trzeba być "tu i teraz". Że nie można myśleć o popełnionych błędach (i w sporcie, i w życiu), że trzeba się skupić np. na odbijaniu piłki, na odpowiednim ustawieniu ciała, na celnym odbiciu. To jest czasem kwestia sekund. Trudno, by ktoś to wtedy odnosił do wiary, by miał w myśleniu przestrzeń na to.

 

Kontemplacja chrześcijańska także zakłada bycie "tu i teraz", jakaś zbieżność jednak jest.


To się zgadza. W kontemplacji jest się całym dla Boga, tak jak na meczu piłkarz jest cały dla piłki. Dla Boga nie są ważne kiedyś popełnione grzechy, ale obecne zaangażowanie. Podobnie na boisku - nie myśli się o przegranym kiedyś meczu, ważny jest ten mecz. Przed Bogiem staję taki, jaki jestem, przed Nim niczego nie ukryję. Na boisku także - mam takie przygotowanie, jakie mam, takie umiejętności, a nie inne - nie da się udawać, że jest lepiej. Jednocześnie - wchodzę cały w to, co robię, z tym, co mam. I w kontemplacji, i na boisku - reaguję na to, co dzieje się na bieżąco, rozwiązuję problemy, które się nasuwają, nie minione. Tylko tak można pójść do przodu. A jeśli upadnę, coś zepsuję, to idę do Boga, który mi przebacza i pozwala się podnieść i wrócić. Taka jest też idea sportu - umieć się podnieść.

 

Co w twoim odczuciu w sporcie najbardziej demotywuje?


Bardzo demotywuje, jeśli w grze zespołowej jesteś jedyną osobą, której chce się grać, kiedy dajesz z siebie wszystko, 100%, a inni np. 30% lub 50%. To podcina skrzydła. Chociaż z drugiej strony, jeśli ktoś nie ustanie w gorliwości, to jednym zagraniem, jedną akcją może uratować mecz, może zapalić pozostałych. Demotywujące jest też, gdy ktoś klepie zawodnika po plecach i mówi: "musisz wygrać" - wtedy wkłada dodatkowy ciężar na jego ramiona - to go spina, utrudnia start. Często trenerzy robią to nieświadomie, a przez to zakłócają zawodnikom koncentrację, bo zamiast na grze, skupiają się na wygranej. Jednym słowem pasja rozbudza pasję, jej brak ją gasi, ale nie zawsze pokonuje. Jeśli coś robię, bo to kocham, to mało kto może mi to przyćmić, zabrać. Człowiek, który ma w sobie pasję, charyzmę, będzie ciągnął za sobą innych. Jeśli trener prowadzi zespół, nie może go pchać przed sobą, ale powinien sprawić, by inni chcieli pójść za nim, pociągnąć ludzi swoją postawą. Jeśli trener przychodzi na trening przygotowany, odpowiednio ubrany, pokazuje wtedy młodym zawodnikom, że jest zaangażowany w to, co robi. I wtedy te dzieciaki będą poważnie podchodzić do treningu. Jeśli się spóźnia, przychodzi nieprzygotowany, to ich zniechęca. Najważniejsze są chęci, to, czy kocha to, co robi, czy jest z tego powodu szczęśliwy. Jeśli nie - szybko się wypala.

 

W pracy zawodowej też tak jest?


Jeśli kochasz swoją pracę, to nie czujesz, że jesteś w pracy. Ja bardzo lubię to, co robię, i mogę o tym opowiadać godzinami. Przykłady, które podaję, wynikają z życia, z przeżyć, a nie tylko z książek. Z ludźmi w Kościele jest podobnie. Jeśli jakiś ksiądz wpycha na siłę ludzi do kościoła - nie osiągnie dobrego efektu. Ale jeśli pokaże swoim słowem i zachowaniem, jak wielkie jest miłosierdzie Boga, to ludzie sami przyjdą. Taką postawę powinien mieć nie tylko ksiądz, ale każdy chrześcijanin. Jeśli ktoś chce ewangelizować, to czymś musi pociągać. Wcale nie swoją doskonałością, ale tym, że upada, ale umie powstać, że jest autentyczny w poszukiwaniu prawdy, że ma cierpliwość do drugiego człowieka, że umie słuchać, że kocha to, co robi. Że - tak jak sportowiec idzie grać, nawet kiedy jest zimno - on także jest zawsze na swoim miejscu, mimo nie zawsze sprzyjających warunków. Wcześniej czy później inni to zauważą i docenią.

 

Jak pomóc dzieciom odkrywać pasje?


Zobaczyć, co lubią robić, i pomóc się im w tym rozwijać. Można dziecku coś podpowiedzieć, ale nie popychać na siłę. Chce grać na pianinie, niech gra na pianinie, chce pływać, niech pływa. Dziecko samo metodą prób i błędów odkrywa, czy woli grać na skrzypcach, czy biegać, czy grać w koszykówkę. Dlatego trzeba mu pozwolić, by samodzielnie wybrało. A nie dlatego, że tak chce mama czy tata. Spotykam często sportowców, którzy realizują pasje swoich rodziców, czyli nie lubią tego, co robią. Mam poczucie, że w dzisiejszych czasach ważne jest kontynuowanie rodzinnych tradycji. I nie jest złe, gdy człowiek idzie już wydeptanymi ścieżkami, ale nie może to być wymuszone - np. ojciec jest prawnikiem albo lekarzem, to dziecko też musi. Taka postawa rodziców zabija w dzieciach radość. Później stają się one niewolnikami własnej pracy, chodzą do niej ze spuszczoną głową, czekają, kiedy z niej wyjdą. Warto się zastanowić, co umiem i co lubię robić, bo to nie zawsze się ze sobą pokrywa.

 

Ale z drugiej strony z czegoś trzeba żyć…


Owszem, żyjemy w świecie, gdzie np. jedzenie musimy kupować za pieniądze, dobrze jest więc zarabiać te pieniądze, ale wychodzę z takiego założenia, że żeby być dobrym w tym, co się robi, trzeba mieć pasję, bo ona popycha do ciągłego rozwoju, do stawania się coraz lepszym. Aż przyjdzie taki moment, że za to, że jesteś dobry w tym zawodzie, dostaniesz dobre pieniądze. To tak jak w sporcie, jeśli jesteś dobry, przykładasz się na treningach, pracujesz, robisz krok naprzód, to w końcu trafiasz do takiego klubu, gdzie zapłacą ci dużo.

 

Nie masz wrażenia, że współczesny sport jest machiną nakręconą na zwycięstwo, korzyści materialne, sukces? Że to zabija ducha sportu?


Taka dyskusja toczy się od wielu lat. Mówi się, że ideały gdzieś się gubią. Jednak jestem przekonany, że jeśli znajdzie się choć jeden człowiek, który będzie trenował z pasją, z sercem, to inni patrząc na niego, zachwycą się, zechcą iść w jego ślady, zobaczą, że warto go naśladować. Nie tylko w sporcie, ale i w innych dziedzinach życia. Pewnie, że trafiają się ludzie, którzy chcą chodzić na skróty, np. biorą doping. To szczególnie boli, kiedy ktoś jest idolem, autorytetem, wydaje się, że jest w porządku, a później okazuje się, że jednak nie jest. Ale wtedy zazwyczaj traci się wiarę w takiego człowieka, a nie w sport. W takich sytuacjach potrzeba poszukać w sobie motywacji, by iść dalej drogą, którą się wybrało.


 

Wspomóż Nas

Twoja ocena:

Średnia ocen:

5

Liczba głosów:

7

 

 

Komentarze użytkowników (0)

Sortuj według najnowszych

Facebook @portalDEONTwitter @deon_plYouTube @portalDEONplInstagram @deon_plKontakt

Logowanie

 
Opcja umożliwiająca automatyczne logowanie w serwisie przy kolejnej wizycie. Jest aktywna do momentu wylogowania.
zarejestruj się zapomniałeś hasła?
Zaloguj przez Facebook