Jestem DDA. I alkoholiczką, przy okazji

(fot. shutterstock.com)

Ta wizyta była początkiem zmian. "Jesteś DDA, a alkoholizm to tylko tak przy okazji" - usłyszałam. Zapamiętałam - "Przestań pić, przestaniesz cierpieć". Wierzyłam, że panuję nad tym, że teraz, kiedy już wiem, jak bardzo mi szkodzi, nie będę w to brnąć.

 

Diagnoza - choroba alkoholowa - była dla mnie tragedią nie tylko z powodu miłości do alkoholu i przeczuwanej już, trudnej lub jak sądziłam niemożliwej do uniesienia, straty. Łączyła się z niewiarygodnym wprost wstydem. I ogromnym poczuciem zawodu. Że oto ja, ja, która miałam być wspaniała, idealna, mądra, podziwiana, po to, by wreszcie zasłużyć na miłość, żeby wreszcie być chcianą, straciłam wszelka szansę. Okazałam się tak mała, niegodna, zła, głupia, brudna. Okazałam się alkoholiczką. Wyrzutkiem społecznym, takim nikim, którego można nie szanować. Z definicji można. Alkoholik się nie liczy. Alkoholik jest obrzydliwy. Alkoholik jest godny pożałowania. Jest niechciany, niepożądany. A alkoholiczka jest kimś znacznie gorszym.

 

Twój problem to syndrom DDA

 

Na szczęście pani psycholog wskazała mi fosforyzującą zieloną tabliczkę z napisem "wyjście bezpieczeństwa", uchyliła furtkę, skierowała moją uwagę na coś, co mogło zgrabnie przykryć nieładną, wstydliwą dolegliwość. Skorzystałam z tej okazji z niezwykłą skwapliwością, jak mała wieśniaczka (za którą tak czy owak się uważałam), która ma szansę dostać się do lepszego świata, do roziskrzonego kolorowymi światłami miasta. Nawet jeśli to zaledwie przedmieścia, i to te najgorsze ich fragmenty, gdzie nikt myślący rozsądnie się nie zapuszcza, a już na pewno nie kupuje tam domu.

 

Psycholog powiedziała wprawdzie, że jestem uzależniona od alkoholu i że żeby z czymkolwiek ruszyć muszę przestać pić, raz na zawsze, ale dodała też, że moim podstawowym problemem jest syndrom DDA, dorosłego dziecka alkoholików. OK., może to niezbyt dobre rozwiązanie, bo umówmy się, naprawdę nie ma się czym chwalić, to przecież i tak cholerna patologia, ale… jednak lepiej niż pijaczka, nie? Mój umysł pracował gorączkowo, choć czoło pozostało gładkie, jakbym spała, jakby tam w środku nic się nie działo, nie zachodziła żadna aktywność. Lepiej być ofiarą, lepiej być niewinną ofiarą okoliczności i bezmyślności, a może i podłości rodziców, niż sprawcą, niż katem własnego dziecka i męża. I siebie.

 

Fałszywe koło ratunkowe


To było fałszywe koło ratunkowe, które zamiast unosić mnie na wodach obłędu, powolutku (co tym gorsze, bo niezauważalnie) nasiąkało wodą i wciągało pod jej taflę, uniemożliwiając uwolnienie. A ja nie umiałam pływać. A ja bałam się wody, od dziecka się bałam. Od chwili, gdy bawiąc się w miejskiej parkowej sadzawce, wyłożonej oślizłym zielonkawym betonem naszpikowanym czarnymi tasiemkami pijawek, straciłam grunt pod nogami i rozpaczliwie próbowałam pozostać przy życiu, przy powietrzu, i przerażona nie byłam w stanie słyszeć nawoływań matki, jej przestraszonego chyba głosu każącego mi odbić się od tego ohydnego oślizłego dna stopami. A może od tego zdarzenia, gdy ojciec wtargnął do mnie bezbronnej, bo uwięzionej w czeluści babcinej blokowej wanny, i próbował udowadniać swoje pijackie racje. Nie mam pojęcia o co chodziło, tak jak nie mam pojęcia, dlaczego moja głowa uwięziona w kleszczach jego silnej ręki znalazła się pod wodą. Jak on by to wytłumaczył? Jakie wyjaśnienie znalazłby dla tego czynu?


No więc, jesteś DDA, a alkoholizm to tylko tak przy okazji. Może i prawda, tylko co z tego? Na przykład to, że taka gra słów, mało istotny drobiazg dla racjonalnie myślących ludzi, nieobciążonych uzależnionym umysłem, dla mnie oznaczały kolejne lata błądzenia. Nie, nie winię pani psycholog. Prawdopodobnie w tamtym czasie uchwyciłabym się czegokolwiek, wszystkiego (nieszczęśliwie się zakochałam, prawda?). Po prostu skorzystałam z tylnego wyjścia i wskoczyłam na inne tory, mogłam ciągle szukać i robić po swojemu. Nawet to, czego zupełnie nie potrafiłam objąć wzrokiem i pojmowaniem, próbowałam rozwiązywać po swojemu.

 

Początek zmian

 

Problem w tym, że łatwiejsza droga zwykle wcale nie prowadzi do celu. I tak musiałam wrócić na właściwy szlak, bo tylko on mógł mnie uratować. Zajęło mi to po prostu więcej czasu. Kosztowało więcej otarć na stopach. W przestrzeni leczniczej dostępnej dla ludzi dotkniętych krzywdą pijanego domu nie znalazłam ratunku, choć szukałam go uważnie, bo bardzo mi zależało, żeby już nie bolało. Jednak niczego tam nie było, żadnych rozwiązań, a pławienie się w ranach z dzieciństwa - teraz wspólnie z innymi nieszczęśnikami - jakoś mnie nie pociągało, bo nie załatwiało problemu, nie sprawiało, że postępowałam mądrzej i sensowniej dla siebie i bliskich. Przestrzeń dla alkoholików okazała się dużo bardziej pomocna. Choć to stało się dużo później.


W każdym razie, ta wizyta, która była początkiem zmian, wyjaśniła mi parę rzeczy. Najważniejsze było to, co usłyszałam, choć niekoniecznie właśnie w taki sposób, w jaki zostało to wypowiedziane. Może pani psycholog powiedziała, że muszę przestać pić, bo inaczej cierpienie się nie skończy? Ja zapamiętałam: Przestań pić, przestaniesz cierpieć. Phi, tylko tyle? Zrobię to! Jasne, że zrobię, bo to łatwe, bo przecież czułam, że alkohol wcale nie jest mi niezbędny (pamiętam, że bredziłam coś o mało znaczącej roli alkoholu w moim życiu, porównując go do słodyczy: OK., lubię to, czasem bardzo, ale potrafię żyć bez czekolady! I naprawdę w to wierzyłam.), że panuję nad tym, że teraz, kiedy już wiem, jak bardzo mi szkodzi, nie będę w to brnąć.

 

To fragment książki "Alkoholiczka"  autorstwa Miki Dunin.

Tytuł, lead i śródtytuły zostały zredagowane przez redakcję.

 

 

Wspomóż Nas

Twoja ocena:

Średnia ocen:

5

Liczba głosów:

1

 

 

Komentarze użytkowników (0)

Sortuj według najnowszych

Facebook @portalDEONTwitter @deon_plYouTube @portalDEONplInstagram @deon_plKontakt

Logowanie

 
Opcja umożliwiająca automatyczne logowanie w serwisie przy kolejnej wizycie. Jest aktywna do momentu wylogowania.
zarejestruj się zapomniałeś hasła?
Zaloguj przez Facebook