Mam lata praktyki w strzelaniu focha

(fot. shutterstock.com)

Ja ci jeszcze pokażę. Chcesz, żebym wróciła wcześniej z pracy? Guzik! Wrócę później. Nie lubisz kaszy? To zamiast schabowego będzie krupnik. I kaszanka na drugie danie. Zaraz, zaraz… a jakby jednak zrobić tego schabowego? Jakby złości zrobić na złość?

 

Tu nic nie jest proste - bo w związku mężczyzny i kobiety łatwo o komplikacje. Miłość łączy, ale tym, co dzieli, bywa bagaż doświadczeń przeszłości i (czasem jeszcze większy) ciężar oczekiwań związanych z przyszłością. Dzielą różnice charakterów i zasady ustalania priorytetów, dzieli spojrzenie na rozkład codziennych obowiązków i tak banalne kwestie jak sposób spędzenia weekendu czy wakacji. Gdy dojdzie do tego jeszcze zmęczenie, niewyspanie, marudzenie dzieci czy ciężki dzień w pracy, kłótnia wisi w powietrzu. I czasem wybucha niespodziewanie, prowadząc albo do ostrych dyskusji, albo do cichych dni.

 

Nie mam na to recepty - bo tu nic nie jest proste. Mam za to lata praktyki - w upieraniu się przy własnym zdaniu, strzelaniu focha i robieniu na złość. W wyciąganiu wniosków z tego, jak mało konstruktywne są to rozwiązania. W poszukiwaniu innych dróg łagodzenia małżeńskich sprzeczek i konfliktów. A że w moich poszukiwaniach często towarzyszy mi jeden z moich ulubionych świętych, Ignacy z Loyoli, pomyślałam niedawno, że on być może umiałby dobrze doradzić w tak delikatnej kwestii jak małżeńska codzienność?

 

Dziękuj

 

Wyliczamy: ja zrobiłam to, a ty nie zrobiłeś tego. Tyle a tyle razy zapomniałaś, a ja musiałem robić coś za ciebie. Stąd już tylko krok do znanego: "ty nigdy" i "ty zawsze", czyli do niebezpiecznego generalizowania. Od niego można bardzo szybko dojść do nucenia pod nosem: "co ja w tobie widziałam, oczy, usta czy nos?"  Ile kłótni rozpoczyna się w ten sposób?

 

Wypowiadane w ich czasie gorzkie słowa nie biorą się znikąd - dojrzewają wraz z poczuciem niesprawiedliwości, które w sobie nosimy (pewnie nie zawsze w pełni uzasadnionym). Przeżuwamy nasze żale, tłumimy je i nosimy w sobie, aż w pewnym momencie pojawia się kropla, która przepełnia czarę - i wielkie bum.

 

Gdyby czara pełna była nie żalu i pretensji, może wszystko działoby się inaczej. Pomyślałam o tym w czasie ostatnich małżeński sprzeczek. Może zamiast wyliczać sobie wzajemnie braki i niedociągnięcia - docenić dobro i podziękować?  Według świętego Ignacego, najgorszym grzechem, jaki możemy popełnić, jest właśnie niewdzięczność. Kto wie, może jest ona również źródłem części małżeńskich problemów?

 

Nie każdy z nas jest w stanie usiąść ze współmałżonkiem i szczerze powiedzieć: dzisiaj, zamiast wyliczać to, co nas w sobie irytuje i przeszkadza, porozmawiajmy o tym, za co jesteśmy wdzięczni. Taka rozmowa z narzuconym (i niełatwym, wbrew pozorom!) tematem może wydawać się sztuczna. Nie trzeba jednak aranżować nienaturalnych sytuacji - wystarczy przemycić w codzienności kilka razy słowo "dziękuję". I przede wszystkim - poczuć tę wdzięczność w sercu.

 

Podziękować Bogu za konkretne dobro, które otrzymuję od męża czy żony - doceniając przy tym takie drobiazgi jak dobry obiad czy zadbanie o stan techniczny samochodu. Poświęcić chwilę czasu na refleksję i przygotować sobie - spisaną na papierze lub tylko w głowie - listę rzeczy, za które jestem wdzięczna i za które chciałabym drugiej osobie podziękować. Zauważyć dobro, które nie zawsze rzuca się w oczy i do którego łatwo się przyzwyczajamy. Po co? Bo wtedy dużo trudniej się kłócić i złościć, dużo łatwiej natomiast - wspólnie szukać kompromisu.

 

Rób złości na złość

 

Ja ci jeszcze pokażę. Chcesz, żebym wróciła wcześniej z pracy? Guzik! Wrócę później. Nie lubisz kaszy? To zamiast schabowego będzie krupnik. I kaszanka na drugie danie.

 

Zaraz, zaraz… a jakby tak jednak zrobić tego schabowego? Z chrupiącą panierką, kapustą i ziemniakami z koperkiem? I ciasto na deser? Gdyby zamiast zrobić na złość, pójść w przeciwnym kierunku i na złość zrobić złości? 

 

Gdyby udało się tak zrobić, poszłoby się drogą wskazaną kilka wieków wcześniej przez świętego Ignacego. To bardzo proste i niesamowicie trudne jednocześnie - działać przeciwnie. To nielogiczne, gdy patrzymy na sprawy stosując zasadę "oko za oko, ząb za ząb". Gdy jednak staramy się przyglądać swojemu życiu w świetle Ewangelii, okazuje się, że to naprawdę działa. I nie chodzi tu o magię dobrze usmażonego schabowego, chociaż na pewno jest sporo prawdy w twierdzeniu, że droga do serca może wieść przez żołądek. Chodzi o zrobienie złości na złość. O "zgaszenie żarzących się pocisków Złego" (Ef 6, 16). I o odpowiedzenie miłością wobec kogoś, komu przecież ślubowaliśmy miłość.

 

(Pomijam fakt, że mina męża przygotowanego na najgorsze, a zastającego tego typu niespodziankę, jest bezcenna)

 

Ucz się siebie i tego kto jest obok

 

Lata praktyki - tak jak pisałam na początku. To mój dorobek, pewnie niechlubny, bo zapisany niekiedy słowami i decyzjami, które nie prowadziły do dobrego. Traktowałam je jednak i nadal traktuję jak lekcję. Uczę się siebie i drugiego człowieka. Uczę się nas i uczę się miłości, która odmienia się przez przypadki, życiowe wypadki, choroby, wyjazdy, radości i troski.

 

Fajnie jest do tej nauki zapraszać Jezusa. Dzięki temu można zapytać Kogoś, kto widzi więcej i wie lepiej.  Można zapytać, w jaki sposób - popełniając po raz setny ten sam błąd- wyciągnąć wnioski, by w kolejnej podobnej sytuacji postąpić już inaczej. I można doświadczyć tego, że na stu błędach świat się nie kończy, bo nawet jeśli oznacza to sto kłótni, to oznacza to też sto przeprosin. I sto lekcji pokory.

 

To nie jest recepta i nie jest poradnik. Powiedziałabym nawet, że to "nieporadnik od nieradzenia sobie". To po prostu kilka moich refleksji, dotyczących - zaznaczę to jeszcze -  związku, w którym mamy do czynienia z dwójką kochających się, dojrzałych, zdrowych psychicznie osób.  Związku, w którym nie ma miejsca na przemoc, nadużycia i wykorzystanie. I może to niepotrzebny dopisek, ale wiem, że życie pisze różne scenariusze i czasem, zamiast smażyć schabowego, trzeba ruszyć po prawdziwą pomoc, a teksty takie jak ten, powodują jedynie frustrację i poczucie winy.

 

Dopowiadam też od razu, że czasem trzeba się pokłócić, podyskutować, pokrzyczeć i poprzepraszać się. To też część związku i uczenia się siebie nawzajem - tak długo przynajmniej, jak służy komunikacji, a nie ją utrudnia. I nudno by było bez tego, prawda?

 

 

Wpis pierwotnie ukazał się na blogu Chrześcijańska Mama.

 

 

Wspomóż Nas

Twoja ocena:

Średnia ocen:

5

Liczba głosów:

4

 

 

Komentarze użytkowników (1)

Sortuj według najnowszych

Zgłoś do moderacji

dotoressa 10:47:12 | 2016-05-23
Taka sytuacja: mąż pół popołudnia grał w grę komputerową. Dla mnie to strata czasu, wiec z każdym kolejnym kwadransem byłam coraz bardziej zdenerwowana. Potem była przerwa na kolację. A po kolacji sobie myślę: "Niech tylko włączy znów tę grę, to mu powiem, że jak nie ma nic ważnego do robienia, to niech zmyje naczynia". Ale coś tam jeszcze musieliśmy sklepie internetowym, okazało się, że togo co wybrałam wcześniej nie było i musiałam wybrać coś innego i jak się tym zajęłam usłyszałam, że mąż zmywa naczynia...

Oceń 4 odpowiedz

Facebook @portalDEONTwitter @deon_plYouTube @portalDEONplInstagram @deon_plKontakt

Logowanie

 
Opcja umożliwiająca automatyczne logowanie w serwisie przy kolejnej wizycie. Jest aktywna do momentu wylogowania.
zarejestruj się zapomniałeś hasła?
Zaloguj przez Facebook