Masz już dość swojego małżeństwa?

(fot. shutterstock.com)

Małżeństwo układa się dobrze tylko wtedy, gdy oboje partnerzy gotowi są do współdziałania - do tego, by wspólnie pracować nad wzajemnym zaspokajaniem swoich potrzeb i tworzeniem klimatu, w którym oboje mogą się rozwijać, dojrzewać, żyć. Jedna strona nie może podjąć tego sama, ani narzucić partnerowi takiej współpracy siłą.

 

To z partnerów, które zdało sobie sprawę, że coś się w związku popsuło, powinno podjąć próbę jego naprawy nie z dnia na dzień, ale poprzez powolne i cierpliwe działanie.

 

Inaczej mówiąc, skoro zdecydowałeś się na zmianę, to musisz się o nią zatroszczyć. Inicjatywa zmiany wychodzi od ciebie, ale proces przeobrażeń przebiega przez związek jako całość. Czy często miewasz wrażenie, że konflikt w waszym związku stał się już oczywistością, jak gdyby wtargnęła w niego jakaś zdradziecka siła z zewnątrz, usiłująca, zawładnąwszy waszym życiem, zniszczyć miłość między wami? Normalną reakcją w takiej sytuacji jest popłoch i ucieczka, a jeśli rzecz dzieje się wewnątrz związku - staranie o zdławienie konfliktu.

 

Gdybyśmy jednak, zamiast unikać konfrontacji z konfliktem, spróbowali przyjrzeć mu się dokładniej? Kto wie, czy nie dostrzeżemy w nim wtedy integralnego elementu zdrowego związku. Może konflikt dostarcza istotnych informacji, potrzebnych partnerom do wzmacniania związku i osobistego rozwoju każdego z nich? Może nie jest wcale śmiertelnym wrogiem, ale przyjacielem w przebraniu?

 

Różnic między partnerami nie da się uniknąć; są oni przecież, jak każdy człowiek, niepowtarzalnymi indywidualnościami. Przez jakieś dwadzieścia lat lub dłużej żyli osobno, nie znając się, i wtedy wykształcili w sobie własne gusty, skłonności, przyzwyczajenia, normy, systemy wartości. Byłoby zupełnie nierozsądne zakładać, że dwoje takich ludzi, którzy od dawna dobrze wiedzą, co lubią, a czego nie, będzie nagle - tylko dlatego, że się kochają - chciało zawsze dokładnie tego samego i w tym samym momencie.

 

Pomyśl przez chwilę, jak bardzo różnisz się od swojego partnera. Różni was oczywiście biologia; do tego - być może - nie wywodzicie się ze środowiska identycznego pod względem kulturowym, etnicznym czy religijnym. Uczyliście się w różnych szkołach, może nie tak samo byliście wychowywani. Z tych różnic wynika odmienność stylu życia poszczególnych osób. To, co różni twego partnera od ciebie, może zarazem twoje życie wzbogacić. Najpierw, kiedy powstaje więź, szukamy podobieństw, które wydają się podstawą bliskości. Okazuje się, że oboje te same rzeczy lubimy, mamy podobne ambicje, jednakowe gusty, wspólnych przyjaciół, takie same nadzieje i marzenia. Jakie to cudowne, prawda?! Są chyba ludzie, których przez całe życie może utrzymywać razem wspólnota podobieństw. Zostają na tym etapie i to jest w porządku. Innym jednak, w miarę rozwoju ich związku i przekształcania się potrzeb, podobieństwa przestają wystarczać. Już ich to nie cieszy, że łączy ich jakieś "tak samo", zaczynają porównywać się ze sobą, chcą konkurować. "Osiągnąłeś to i to? Więc ja osiągnę więcej" - w ten sposób uruchamiają potężną, działającą ponad nimi siłę, i pojawia się niebezpieczeństwo.

 

Bob i Jean lubili podczas weekendów grać w tenisa. Zabawy przekształciły się w zawody, w których każde ze wszystkich sił pragnęło wygrać. Bob grywał też z kolegami w racquetball, odmianę squasha, był więc znakomitym tenisistą, i to on zwykle wygrywał. Jean myślała: "Mógłby mi czasem pozwolić na zdobycie kilku gemów". Doszło do tego, że nie chciała już właściwie grać ze swoim partnerem, a jej rozczarowanie nieuchronnie odbiło się na innych dziedzinach wspólnego życia.

 

Mark i Cathy byli w tym, co lubili, a czego nie, podobni jak dwie krople wody. Oboje przepadali za zwierzętami, każde z nich miało kota. Gdy rozpoczęli wspólne życie, zachwycało ich, że oba koty zamieszkają wraz z nimi w nowym domu; traktowali je jak swoje dzieci. Kiedy jednak osłabły pierwsze romantyczne uniesienia, zajmowanie się kotami również przestało dawać im taką radość, jak dotychczas. Głównymi obowiązkami młodej pary była pielęgnacja kotów i wożenie ich do weterynarza. Pojawiła się kwestia, które z nich w jakiej części jest za to odpowiedzialne. Coraz częściej się o to sprzeczali, oddalając się od siebie i pogrążając we wrogim milczeniu.

 

Kością niezgody są dla wielu par różnice religijne. Póki w małżeństwie trwa sielanka, partnerzy w pełni respektują nawzajem swoje odmienne wyznania, gdy jednak z drobnych spięć rozwijają się konflikty, często pada czyjeś oskarżycielskie zdanie: "Nie doszłoby do tego, gdybyśmy byli jednej wiary". Druga strona zaczyna się wtedy bronić i wkrótce związek staje się zagrożony.

 

Powszechne i oczywiste różnice mogą tymczasem być dla związku cennym wzbogaceniem, jeśli tylko obie strony nawzajem akceptują i szanują ich źródła. Osoby wchodzące w związek, dumne z wartości, w których wyrosły, mogą oczywiście starać się zasilić nimi wspólne życie, byle robiły to z taktem, bez wpadania w ton wyższości. Nie wolno mówić "moja kultura, moje środowisko są lepsze od twoich" czy "tylko moja wiara jest prawdziwa". Pierwiastki odmiennych kultur powinny być wprowadzane w życie związku w dobrej wierze, z zamiarem wzbogacenia drugiej strony, a nie po to, by nad nią dominować.

 

Jako terapeuta zauważyłem - nie ja pierwszy zresztą - że przyczyna konfliktów, obcości w związku, w końcu separacji czy rozwodów - nie leży w układzie podobieństw i różnic. Jest nią raczej niezdolność partnerów do dostrzegania tkwiącego w związku dobra i ponownego wzięcia odpowiedzialności za jego funkcjonowanie.

 

Sama odmienność partnerów nie stanowi problemu; istotne jest dopiero to, jak wpływa ona na związek. Jak, na przykład, wygląda wasza wymiana myśli? Jak informujesz partnera o swoich potrzebach i życzeniach? To, co teraz odpowiesz, jest bardzo ważne. Może jesteś żoną przytłoczoną nadmiarem obowiązków - pracą zawodową i jednoczesnym wypełnianiem wszystkich zadań związanych z prowadzeniem domu, sprzątaniem, opieką nad dziećmi, zakupami, płaceniem w terminie rachunków? Powiedz w takim razie, w jaki sposób przedstawiasz stan swoich uczuć twemu mężowi, najwyraźniej obojętnemu na trud, który ponosisz.

 

A może jesteś ciężko pracującym dla siebie i rodziny mężem, odnoszącym w pracy czy interesach sukcesy, ale straszliwie zagonionym? W takim razie jest zrozumiałe, że po powrocie do domu chcesz usiąść przed telewizorem i odprężyć się. Tylko czy umiesz o tej potrzebie odpowiednio powiedzieć żonie?

 

Jeśli oboje partnerzy zbliżają się do siebie stale sfrustrowani, ich działania zetrą się w końcu ze sobą, wywołując kłótnię i walkę:

"Siedzisz i oglądasz te głupie zawody, kiedy ja wychodzę z siebie, żeby podać kolację! Dzieci nie mają jeszcze odrobionych lekcji".

"Czy po całym dniu pracy człowiek nie może trochę odpocząć?"

"Proszę cię bardzo. Patrz sobie w telewizor. Nie zamierzam się w to wtrącać. Nic mi po tobie".

 

Oskarżenia wyrażane agresywnym czy wrogim tonem prowadzą tylko do jednego - do rozbicia związku. Brak porozumienia zostaje wprawdzie stwierdzony, lecz droga do rozwiązania jest odcięta. Partnerzy nawiązują niby dialog w jakiejś kwestii, lecz załamuje się on u samej podstawy. Rezultatem jest alienacja i partnerzy, nieszczęśliwi i ogarnięci zwątpieniem, kwestionują sam sens związku: "Czy popełniłem błąd, że poświeciłem tej osobie życie? Myślałem, że się kochamy".

 

Załóżmy, że w chwili przypływu gwałtownych emocji dokonasz takiej wizualizacji konfliktu, jakbyś był przyjacielem patrzącym z boku na oboje partnerów. Nie rzucasz się wtedy do walki, ale przyglądasz się niejako z boku rozpętanym emocjom i w rezultacie próbujesz zrozumieć to, co jako strona konfliktu czujesz. Zadajesz sobie pytania: Czemu tak się gniewam? Dlaczego ta sprawa jest dla mnie tak ważna? Dlaczego przestałem trzymać fason?

 

Kiedy zrozumiesz, w jaki sposób sam przyczyniasz się do rozpętania konfliktu, będziesz też w stanie zrozumieć reakcje twojego partnera. Dopiero wtedy będziecie mogli wspólnie coś zrobić, by przezwyciężyć - przez porozumienie lub kompromis - tę przeszkodę i stanąć przed perspektywą rozwiązania konfliktu. Oczywiście upraszczam - często różnic dzielących partnerów nie da się uzgodnić, wtedy trzeba je tolerować.

 

Pamiętaj jednak - jeśli dopuścisz do siebie myśl, że z każdego konfliktu jest jakieś wyjście, o tyle łatwiej będzie ci wyzyskać to, co w twojej więzi jest pozytywne. Jeśli szczerze pragniesz ją odtworzyć, masz wtedy w rękach klucz do porozumienia. Podejdź zatem do swego partnera z sercem i umysłem gotowym do pojednania i wybaczenia, z wiarą w to, że możesz osiągnąć, co zamierzyłeś, i że twoje dobre intencje mogą wiele zdziałać. Wyobraź sobie przez chwilę taką scenę: ty i twój partner siedzicie naprzeciwko siebie swobodni i odprężeni, i nic wam nie przeszkadza odnosić się do siebie i porozumiewać w sposób otwarty, uczciwy, harmonijny i pełen miłości. Powiesz, że to może się nigdy nie udać. Masz rację - może się nie udać, jeśli nie zechcesz zaryzykować próby. Przypuśćmy jednak, że wciągnęła cię ta wizja, szczerze pragniesz jej urzeczywistnienia i zastanawiasz się, jak to osiągnąć.

 

Skupmy się na początek na twojej mocy - skąd ją możesz brać, co ją zwiększa, a co osłabia. Wiesz w końcu, kim jesteś - dorosłym, dojrzałym człowiekiem, który, jeśli czegoś chce, to zdecydowanie i konsekwentnie. Załóżmy, że chcesz, aby twój związek odżył. Jeśli gotów jesteś w tym celu coś w sobie zmienić, na początek zabroń sobie posunięć niedojrzałych, dziecinnych. Wracając myślą do błędów dnia wczorajszego, na pewno nic nie osiągniesz. Taka myśl to groźna, podstępna pokusa; lubię ją personifikować, nazywając J.B. NAG (Judgment, Blame, Negativity, Anger and Guilt - Osąd, Oskarżenie, Odrzucenie, Gniew i Wina). Jeśli nie zabijesz w sobie tego pięciogłowego potwora, wyssie z ciebie całą moc. Nie będziesz wiedział, co robić, a każdy krok stanie się dla ciebie zbyt ciężki. Błędy popełniamy wszyscy. I co z tego?! Do diabła z nimi! Jeśli czujesz chęć, by w życiu osobistym dokonywać osądów, oskarżać, odrzucać, gniewać się, przeprowadzać rachunki win - po prostu usuń to z siebie, wyrzuć pana J. B. NAG za drzwi. Nie dyskutuj z nim - jest irracjonalny, a w dodatku niszczący.

 

Zdecyduj się wziąć pełną odpowiedzialność za to, co zdarzyło się w twoim życiu, i nie wiń nikogo z zewnątrz. Pomyśl, że jeśli twojemu związkowi nie uda się ocaleć, to i ty będziesz "nieudacznikiem". Weź pod uwagę, że ilekroć myślisz o drugiej osobie negatywnie, może to być projekcją twojego umysłu; może myślisz tak w gruncie rzeczy o sobie. Jesteś zdolny - i wiesz już, że powinieneś - zastąpić te negatywne myśli pozytywnymi. W miarę jak będziesz robił w tym postępy, zauważysz zdumiewającą zmianę w swych uczuciach.

 

Pozbądź się myśli o tym, że ratunek jest nierealny czy nieprawdopodobny; powiedz sobie, że jesteś wolny, że możesz robić to, co chcesz, i ponów próbę, mobilizując do tego całą dostępną ci energię. Nie wyobrażaj sobie, że możesz zmienić drugą osobę. Jeśli ta zmiana jest pożądana, musisz pozwolić, by partner sam do niej dojrzał i sam do niej doprowadził. Nie troszcz się o akceptację innych, nawet samego twojego partnera; cudze poglądy, choćby były głębokie i rozsądne, przecież nie są twoje. Jeśli dostrzegasz w nich istotną wartość - owszem, możesz je przyjąć za własne. Ale przede wszystkim myśl o swoim celu. Pamiętaj, co powiedział Victor Frankl: "Być człowiekiem znaczy ze swej istoty sięgać poza siebie, sięgać ku czemuś innemu niż "ja", czemuś lub komuś, po to, by spełnić siebie, a czasem, by to inne - drugą osobę - kochać".

 

Więcej w książce: Odbudowywanie związków - Peter M Kalellis

 

 

Wspomóż Nas

Twoja ocena:

Średnia ocen:

4.33

Liczba głosów:

9

 

 

Komentarze użytkowników (0)

Sortuj według najnowszych

Facebook @portalDEONTwitter @deon_plYouTube @portalDEONplInstagram @deon_plKontakt

Logowanie

 
Opcja umożliwiająca automatyczne logowanie w serwisie przy kolejnej wizycie. Jest aktywna do momentu wylogowania.
zarejestruj się zapomniałeś hasła?