Przedsiębiorstwo: rodzina

Przewodnik Katolicki
(fot. Migraine Chick / flickr.com)

Zacznę matematycznie. Gdy w dzisiejszych czasach pod jednym dachem mieszka czternaście osób, prawie na pewno chodzi o dom wielorodzinny. Na przykład taki, w którym żyją trzy rodziny 2+2 i jedno bezdzietne małżeństwo. W sumie czternaście osób. Tylko że w TYM domu wszyscy noszą to samo nazwisko: mama, tata i dwanaścioro dzieci.

 
W drzwiach powitała mnie 3-letnia Łucja. Za nią wybiegła mama, Katarzyna Kubis, z czerwonymi ustami. Kobieca, zadbana, elegancka pani, o której na pewno nie można powiedzieć, że jest udręczoną matką gromadki dzieci. Tego dnia skończyła tłumaczyć książkę z włoskiego na polski i stąd ta czerwień na ustach. W prezencie i w nagrodę dostała od męża nową szminkę. Ot tak, by wiedziała, że docenia jej umiejętność łączenia kilku ról jednocześnie: żony, mamy, gospodyni, nauczycielki, pielęgniarki, właścicielki prywatnej firmy… Mogę chyba napisać, że spełnia się w tym, co robi. Oprócz prowadzenia domu pracuje zawodowo. Gdy w mieszkaniu panuje względny spokój, siada przed komputerem i tłumaczy książki z włoskiego na polski. Poza publikacjami religijnymi ma na swoim koncie także dwa kryminały.
 
- Jak to ogarniasz? - zapytałam.
- Nie ogarniam - tu uśmiech. - I nigdy nie miałam ambicji, by to ogarnąć, by być idealną matką. Po prostu robię, co do mnie należy.
 

12 razy na porodówce

 
Sebastiana poznała 3 lipca 1990 r. Tak, kobiety mają pamięć do TAKICH dat (na marginesie - Kasia potrafi też bezbłędnie przywołać z pamięci daty urodzin i imienin wszystkich członków rodziny, nie wspominając o PESEL-ach). Spotkali się na egzaminie z języka angielskiego, obydwoje chcieli studiować fizykę na Uniwersytecie Jagiellońskim. Dostali się. Po pierwszym roku zostali parą, ale Kasia zmieniła studia i przeniosła się na filologię włoską. Wkrótce zdecydowali się na ślub. Były pertraktacje z rodzicami i przekonywanie, że sobie poradzą. Pobrali się 3 października 1992 r. W tym roku będą więc obchodzić porcelanowe gody. Swoje szczęście będą dzielić z… dwanaściorgiem dzieci.
 
Kasia, jak przyznaje, nie wyrosła z dziecięcych marzeń. Zawsze chciała być pediatrą lub pielęgniarką na oddziale noworodków i urodzić minimum sześcioro dzieci. Sama wychowała się w rodzinie wielodzietnej - miała czworo rodzeństwa. Sebastian - tylko jedną siostrę, ale w głowie pozytywny obraz licznej rodziny. Dziś jest ojcem 19-letniej Zuzi, Emilii, Franka, Stasia, Marianny, Wiktorii, Krystyny, Magdy, Antosia, Jurka, Jasia i najmłodszej 3-letniej Łucji.
 
- Trzeba być otwartym na to, co daje Pan Bóg. Dzieci pojawiały się w naszym życiu, a my się przed tym nie broniliśmy - mówi, a Kasia dodaje: - Wykorzystywałam naturalne metody planowania rodziny do tego, by wybrać najlepszy moment na poczęcie dziecka, choć po ludzku patrząc, każdy czas był dla nas zły…
 

Bóg jest pro-life

 
Długo zmagali się z kłopotami lokalowymi i zdrowotnymi. Zanim skończyli studia, zostali rodzicami trzy razy. Mieszkali w akademiku na 14 metrach kwadratowych - pokój plus kuchnia. Z domu studenckiego przenieśli się do wynajmowanego dwupokojowego mieszkania. Wtedy Kasia zaczęła chorować. We wrześniu 1999 r. dostała wylewu krwi do mózgu. Powodem okazał się tętniak, o którego istnieniu nikt wcześniej nie wiedział. Po wylewie przyplątała się padaczka pourazowa i lekarska diagnoza: żadnych dzieci i tylko antykoncepcja, najlepiej spirala (która ma przecież działanie wczesnoporonne). Na domiar złego, zaczął się pogarszać wzrok Kasi. Na skutek porażenia nerwu ocznego po operacji tętniaka nie domykała się jej powieka, co doprowadziło do bardzo poważnej infekcji rogówki. Małżeństwo spodziewało się wówczas kolejnego dziecka - pod sercem matki rosła już Wiktoria. Gdy okulistka poradziła "rozważyć zasadność utrzymywania ciąży", więcej do niej nie poszli. Znajomi rodziców Kasi dali kontakt do dobrego specjalisty w Wenecji, który chciał ją leczyć, jednocześnie walcząc o życie nienarodzonego dziecka. - Po dwóch dniach od wizyty u lekarza nastąpiła znaczna poprawa. Poza tym dzięki moim dolegliwościom spędziliśmy w 2000 r. cudowny karnawał w Wenecji - wspomina przytulona do ramienia męża żona. - Dla nas lekarze proponujący aborcję czy antykoncepcję nie byli autorytetami. Przecież żona urodziła pięcioro dzieci, mając tętniaka w głowie, o którym nikt nie wiedział! To Bóg decyduje o ludzkim życiu. Jesteśmy pewni, że jeśli On daje życie, to stanie po jego stronie - podsumowuje Sebastian.
 

"Domy przychodzą z ósmym dzieckiem"

 
Kasia i Sebastian Kubisowie z dziećmi mieszkają w centrum Krakowa. Okolice Ronda Grunwaldzkiego to najważniejsze szlaki komunikacyjne, widok na Wisłę i Wawel, drogie hotele i apartamentowce. Pośród nich stoi "Boży znak", czyli ich zabytkowy domek, który dostali w prezencie, gdy urodziło im się ósme dziecko. - Zapisał nam go starszy pan, odkrywca dymarek świętokrzyskich, profesor archeologii. Nazywał się Kazimierz Bielenin. Jego żona zmarła w 1998 r., byli bezdzietnym małżeństwem. Nie chciał sprzedawać tego domu ani go burzyć - opowiadają małżonkowie.
 
Myśl, by przekazał go rodzinie wielodzietnej, podsunęła panu Bieleninowi znajoma Kubisów. Dom wpisany do rejestru zabytków jest w tej okolicy jednym z trzech, które pamiętają czasy, gdy ta część Krakowa Krakowem jeszcze nie była, ale podmiejską wsią Zakrzówek. Może dlatego - z sentymentu do historii - wolą ofiarodawcy było, aby nie przerabiać chatki na luxurious apartments.
 
- Było nam to na rękę, bo nie zamierzaliśmy spekulować nieruchomościami, choć wiele osób mówiło, że ze sprzedaży nawet bardzo starego domu, ale w tak dobrej lokalizacji, mielibyśmy tyle pieniędzy, że byłoby nas stać na zakup trzech mieszkań - wspomina Kasia. - Poza tym bardzo się zaprzyjaźniliśmy z panem Kazimierzem. Często opowiadał nam o wojnie i odkryciach na wykopaliskach - szukał dzwonów zarekwirowanych przez hitlerowców. I właściwie to on zatrzymał nas w Polsce. Mieliśmy dwupokojowe mieszkanie i nie było w nim miejsca na wstawienie siódmego łóżeczka. Nawet gdy jego nowy właściciel pozwolił przebić się przez ścianę do sąsiedniego pokoju, zamiast trzech dwupiętrowych łóżek dla dzieci ustawiliśmy dwa trzypiętrowe, by zaoszczędzić na metrażu… Wtedy Sebastian dostał propozycję naukowego wyjazdu do Triestu. Mniej więcej w tym samym czasie poznaliśmy pana Kazimierza, który ofiarował nam dom. Ostatecznie pojechaliśmy do Włoch, ale tylko na pół roku, mimo że rozważaliśmy ewentualność przeprowadzenia się tam na stałe. Wróciliśmy do tego domu, który udało nam się wyremontować, który jest dla nas jednym z wielu "Bożych znaków", że Opatrzność nad nami czuwa. Nasz dobroczyńca zmarł w listopadzie ubiegłego roku w wieku 88 lat.
 

"Nigdy nie ginęliśmy z głodu"

 
Każda gospodyni domowa wie, ile kosztuje zaopatrzenie lodówki dla standardowej czteroosobowej rodziny. Koszty,  jakie w każdym miesiącu muszą ponieść rodzice dwanaściorga dzieci, by zaspokoić ich podstawowe potrzeby, są nieporównywalnie większe.
 
Na szczęście tak życzliwych ludzi jak pan Kazimierz, Kasia i Sebastian spotkali o wiele więcej. W czasach studenckich żyli na garnuszku rodziców i do dziś są im za to bardzo wdzięczni. Gdy na świecie pojawiały się ich kolejne dzieci, poznawali osoby chętne do bezinteresownej pomocy materialnej lub finansowej. - Na przykład po narodzinach Marianny pewna staruszka przyniosła nam w kopercie paręset złotych. Od znajomej z neokatechumenatu, do którego należymy, dostajemy za darmo warzywa, ktoś inny sprezentował nam dwa worki ziemniaków. Korzystaliśmy z programu Caritasu "Skrzydła", w ramach którego prywatni darczyńcy wspierali finansowo edukację naszych dzieci, płacąc za zajęcia muzyczne czy szkołę baletową. Natomiast od kilku lat nie zwracamy się o pomoc do opieki społecznej - mówi Sebastian. - Kasia prowadzi działalność gospodarczą, więc w MOPS-ie musi wykazać się dochodami nie za poprzedni miesiąc, jak ja i inni zatrudnieni na umowę o pracę, ale za cały poprzedni rok. W związku z tym jej działalność musi przynajmniej przez jeden cały rok podatkowy podupadać, żeby przepisy to zauważyły.
 
Żona: - Kiedyś, dawno temu, chyba przy siódmym dziecku, jedna pani z MOPS-u powiedziała do mnie z pretensją w głosie: "Pani Kubisowa, no i przyjdę do pani za rok i znowu będzie pani w ciąży…". To na jakiś czas zniechęciło mnie do tej instytucji, ale potem doznaliśmy i stamtąd wiele życzliwości. Jednak w tej chwili (dzięki Bogu!) nie łapiemy się na kryteria pomocy społecznej.
 
- Ktoś mógłby pomyśleć, że tak w ogóle to jesteśmy bardzo bogaci - kontynuuje Sebastian, który jest etatowym pracownikiem naukowym w Instytucie Fizyki Jądrowej Polskiej Akademii Nauk. - Mamy przecież dwa samochody, w tym jeden bus, pianino cyfrowe, dwa piekarniki… Tylko że u nas z jednym autem niczego się nie zorganizuje, pianino dostaliśmy, a dwa piekarniki są potrzebne choćby po to, by Kasia nie musiała całych nocy spędzać w kuchni, chcąc upiec na niedzielę i mięso, i ciasto. Do pokoju, w którym teraz siedzimy, kupiliśmy tylko lampę z Ikei i krzyż. Stół, krzesła, fotele, telewizor i DVD podarowali nam życzliwi ludzie.
 
Pytam zatem małżonków o ich ocenę prorodzinności państwa polskiego. Uśmiechają się z przymrużeniem oka. Ich zdaniem reformę przepisów trzeba zacząć do zmiany mentalności: by pracodawcy zrozumieli, że bardziej opłaca im się zatrudnić ojca trójki dzieci niż kawalera, bo to ojcu, który ma do wykarmienia rodzinę, będzie bardziej zależało na utrzymaniu się na stanowisku. - Mamy wrażenie, że naszemu państwu jest wszystko jedno - dzielą się doświadczeniem. - Nasze dzieci są fajne i Polsce opłaca się mieć takich obywateli. Takie przedsiębiorstwo jak nasza rodzina wymaga jakiegoś zaangażowania, a tu nic… Sam VAT za towary i usługi w czternastoosobowej rodzinie jest tak wysoki, że żaden zasiłek tego nie zwróci.
 

"Eksperyment" na Panu Bogu

 
Być może dlatego, że obydwoje przez rok wspólnie studiowali fizykę, a teraz Sebastian zajmuje się nią "na serio", uważają, że ich życie to eksperyment? - Fajnie nam, gdy tak razem tu wszyscy jesteśmy - mówią na zakończenie naszego spotkania. - To wszystko wiąże się z wiarą. Naszego bycia rodzicami nie traktujemy jak poświęcenia, mimo że mamy dwanaścioro dzieci. To taki "eksperyment" na Panu Bogu. Jeśli On istnieje, to przecież nie da nam zginąć. 
 

 

Wspomóż Nas

Twoja ocena:

Średnia ocen:

4.55

Liczba głosów:

22

 

 

Komentarze użytkowników (21)

Sortuj według najnowszych

Zgłoś do moderacji

~Człowiek naprawdę myślący 10:29:56 | 2015-04-16
Brawo! Dzięki takim ludziom nasz naród nie zginie.
...a krytycy tej rodziny są zwykłymi egoistami i pasożytami państwa, bo zainteresowani są tylko napychaniem swoich brzuchów. Ciekawe czy będą tak się mądrzyć na starość ...wtedy brzuszki będą puste, ...no bo kto będzie pracował na ich emerytury...

Oceń 3 2 Pokaż odpowiedzi odpowiedz

Zgłoś do moderacji

~czlowiek myślący 22:26:30 | 2015-04-14
"Domy przychodzą z ósmym dzieckiem"  /cytat/ - na ten brak odpowiedzialności po prostu szkoda słów. Jeśli ktoś chce mieć gromadę dzieci, to najpierw powinien usiąść z kalkulatorem w ręku, czy go na to stać. Dlaczego inne rodziny mają do nich dopłacać? W życiu nie należy skupiać się tylko na seksie. Trzeba też pracować na utrzymanie rodziny.

Oceń 4 5 Pokaż odpowiedzi odpowiedz

Zgłoś do moderacji

~fr 12:22:24 | 2015-04-14
Wiecie co, nie doczytałam do końca, bo to jakaś żenada. Ja rozumiem, że ktoś chce mieć gromadę dzieci, ale jak można się na nie decydować, nie mając względnego zabezpieczenia finansowego ani zdrowia? Czy nie o tym papież mówił, gdy przytaczał, jak upomniał matkę wielodzietnej rodziny, w kolejnej ciąży - że Bogu nie rzuca się wyzwań? Sama współpracowałam z kilkoma rodzinami wielodzietnymi. Jedni mieli dzieci ośmioro, ale oboje byli świetnie wykształceni i bardzo dobrze zarabiali, byli w stanie samodzielnie się utrzymać i opłacić pomoc przy dzieciach. W domu zawsze porządek, dzieci miały pokoje dwójkami, dyżury, kto dzis gotuje, kto nakrywa, kto wiesza pranie - pełna organizacja, a dzieci zaradne i zadbane. Drudzy mieli czworo dzieci i "zatrudnili" mnie do pomocy. Byłam na I roku studiów, przychodziłam 3 razy w tygodniu, zajmowałam się dziećmi i gotowałam obiad. Przez pare miesięcy nie zobaczyłam złamanego grosza, choc potrzebowałam tych pieniędzy i sie o nie upominałam, bo utrzymywali mnie rodzice i sama czasem nie miałam do pierwszego. Rodzina mieszkała w bloku w 2 maleńkich pokoikach, przez tych parę miesięcy, gdy u nich bywałam, nie byli w stanie nawet wstawić szyby w oknie, którą wybiły dzieciaki - zima, a okno zaklejone kartonami.

Rodzenie dzieci w nadziei, że ktoś pomoże nam je utrzymac, jest dla mnie nieodpowiedzialnością i żadna "ufność", że "Bóg dał dzieci, da i na dzieci", mnie nie przekonuje. Wiara nie polega na tym, by być ślepym i rezygnować z rozumu na rzecz swoich wyobrażeń. To jest ewidentne zrzucanie z siebie odpowiedzialności za własne decyzje na Boga, społeczeństwo itd. 

Oceń 9 7 odpowiedz

Zgłoś do moderacji

~mur beton 03:54:43 | 2012-04-12
a tak wogle, to mialem za mało mózgu w alkoholu, żeby zrozumieć co czytam. Jak zwykle zresztą.

Oceń 1 1 odpowiedz

Zgłoś do moderacji

~Ewa 07:08:38 | 2012-04-11
 a.l.
 "Otóż droga Ewo, nie kasa jest najważniejsza tylko twoje człowieczeństwo, solidarność z drugim człowiekiem i altruizm, pojęcia zdaje się obce takim jak ty. Sama chętnie pomagałabym takim rodzinom, nie licząc ile dałam i ile moge sobie dzięki temu odpisać od podatku."

Kasa nie najwazniejsza ale w tym artykule właśnie calutki czas mówi się o kasie. O pomocy materialnej dla ich od innych. Nie mówi sie o usmiechu i dobrym słowie ale o domu, finansowaniu lekcji itp. Do tego się właśnie odniosłam.
Jezeli masz na tyle, że możesz pomagac - to tylko się ciesz. Są tacy co nie mają. A jezeli chodzi o odpis od podatku to nie Ty dajesz ale państwo z Twojego podatku, który to podatek trafiłby do państwowej kasy.
Poza tym nikogo nie oskarzam. Zapytałam tylko czy JEST DOJRZAŁE I ODPOWIEDZIALNE rodzenie dzieci aby finansowali je inni.

Oceń 2 1 odpowiedz

Zgłoś do moderacji

~mur beton 23:10:38 | 2012-04-10
Sorki... "a.l." ta odpowiedź nie była okazuje się do Ciebie - :D - tylko do innego internatuty/tki :)))).... no ale cóż, za szybko czytam i za szybko odpisuję widać - jeszcze raz przepraszam - :D

Oceń odpowiedz

Zgłoś do moderacji

~mur beton 22:52:28 | 2012-04-10
do a.l. i wpisu: "Wszystko pieknie, ładnie, ale....to małżeństwo żyje kosztem innych. Ktoś podarował dom, ktos przyniósł pieniadze, ktoś inny podarował jakieś inne rzeczy.Inny KTOS wspiera finansowo edukację dzieci, leczenie w Wenecji. Nie wiem czy to jest takie dobre rozwiazanie rodzic kolejne dzieci, będąc chorą i w sumie swoje zycie opierać na finansowej pomocy innych dobrych ludzi. Czy to jest dojrzałe i dorosłe?"

Po pierwsze: wiara, po drugie - z artykułu nie wynika żeby "żabrali" czy naciągali kogokolwiek na pomoc - pomoc niejako "sama" (dla mnie - od Pana Boga) przychodziła w konkretnym momencie ich życia; po trzecie: gdyby pojechali do któregokolwiek państwa europejskiego (tego takiego baaardziej europejskiego), nie tylko Pan Kubis mógłby utrzymać swoją nawet liczną rodzinę, ale przede wszystkim polityka takiego państwa wobec rodzin posiadających dzieci i to w większej ilości jest o wiele lepsza. Przykład - oto znajomi, posiadający szóstkę dzieci, zastanawiają się, a właściwie już prawie ostatecznie zdecydowali o wyjeździe do Anglii, bo tu - mimo pracy obojga oraz dobrych warunków finansowych - nie dają rady.
To są po prostu realia - czy Pan?Pani wie o czym piszę?

Oceń 2 odpowiedz

Zgłoś do moderacji

a.l. 17:14:37 | 2012-04-10
Wszystko pieknie, ładnie, ale....to małżeństwo żyje kosztem innych. Ktoś podarował dom, ktos przyniósł pieniadze, ktoś inny podarował jakieś inne rzeczy.Inny KTOS wspiera finansowo edukację dzieci, leczenie w Wenecji. Nie wiem czy to jest takie dobre rozwiazanie rodzic kolejne dzieci, będąc chorą i w sumie swoje zycie opierać na finansowej pomocy innych dobrych ludzi. Czy to jest dojrzałe i dorosłe?


Po pierwsze, to ich sprawa i ciesz się, że naszemu społeczeństwu przybędzie dzięki temu nowych osób, po drugie, niektórzy ludzie przeżywają swoje życie wydawałoby się z monetami na oczach, pieniądze przesłaniają im całą rzeczywistość. Otóż droga Ewo, nie kasa jest najważniejsza tylko twoje człowieczeństwo, solidarność z drugim człowiekiem i altruizm, pojęcia zdaje się obce takim jak ty. Sama chętnie pomagałabym takim rodzinom, nie licząc ile dałam i ile moge sobie dzięki temu odpisać od podatku.

Oceń 2 odpowiedz

Zgłoś do moderacji

~wdzięczna 09:23:53 | 2012-04-10
Ewo, piszesz, że "to małżeństwo żyje kosztem innych". A mnie ten obraz pięknie pokazuje, że wszyscy jesteśmy od siebie zależni, od początku do końca życia, choć na pewnym etapie może nam się wydawać, że jesteśmy samowystarczalni, niezależni itp. We współistnieniu nie chodzi przecież o uzależnienie, ale o poczucie wdzięczności, że jesteśmy sobie nawzajem potrzebni.
Podobają mi się te "eksperymenty" na Panu Bogu, to piękne świadectwo zaufania Panu Bogu, życia w bliskości z Nim w środowisku.
Kasiu i Sebastianie, dziękuję Wam!!!

Oceń 1 odpowiedz

Zgłoś do moderacji

~Wojtek 08:53:48 | 2012-04-10
 @Ewa: A później inni będą żyć na koszt tego małżeństwa: ich dzieci będą płacić podatek, składki rnetowe i upezpieczenie społeczne, bądą generować PKB... jeżeli już podchodzimy do rodziny jako kapitału materialnego (z czym sie niezgadzam; ontologicznie to kapitał jest dla człowieka, a nie człowiek dla kapitału) - to weźmy już całość pod uwagę, a nie wyrywek z ich życia.

Oceń 1 1 odpowiedz

Pokaż więcej komentarzy

Facebook @portalDEONTwitter @deon_plYouTube @portalDEONplInstagram @deon_plKontakt

Logowanie

 
Opcja umożliwiająca automatyczne logowanie w serwisie przy kolejnej wizycie. Jest aktywna do momentu wylogowania.
zarejestruj się zapomniałeś hasła?