Rodzina na terapii

Życie Duchowe
(fot. shutterstock.com)

Powołaniem małżeństwa jest miłość. Pokochać kogoś oznacza podjąć decyzję. Decyzję na to, by zostać mężem, opuścić swoich rodziców i stworzyć własny dom rodzinny, lub by zostać żoną, odnaleźć swoją kobiecą tożsamość, otworzyć się na drugiego człowieka.

 

"Dzieci, które się obdarza szacunkiem, uczą się szacunku.
Dzieci, którym się służy, uczą się służyć słabszym.
Dzieci, które się kocha takimi, jakimi są, uczą się tolerancji.
Miłość (...) rozwija się jedynie z doświadczenia bycia kochanym"
(Alice Miller)


Miłość jest jednocześnie i źródłem, i celem naszego życia. Jest tą najbardziej podstawową i pierwotną potrzebą, wokół której konstytuuje się wszelkie życie, wszelkie działanie.


W planach stwórczych dziecko rodzi się z podwójnej miłości: miłości Boga do człowieka i miłości ludzkiej - mężczyzny i kobiety: Dlatego to mężczyzna opuszcza ojca swego i matkę swoją i łączy się ze swoją żoną tak ściśle, że stają się jednym ciałem (Rdz 2, 24). Powołaniem pary małżeńskiej jest miłość: nie tylko zakochanie - a więc doświadczanie silnych i przyjemnych uczuć, ale decyzja. Pokochać kogoś oznacza podjąć decyzję. Decyzję na to, by zostać mężem, czyli opuścić swoich rodziców i stworzyć własny dom rodzinny, lub by zostać żoną, a więc odnaleźć swoją kobiecą tożsamość, otworzyć się na drugiego człowieka.

 

Dobrze, gdy dziecko przychodzi na świat w takiej właśnie sytuacji - z radością oczekiwane i przyjęte przez kochających się rodziców, jako owoc ich miłości, zaproszone na ten świat nie dla swoich własnych celów - by wypełnić osobistą pustkę, nadać życiu sens, zabezpieczyć starość - ale z nadmiaru, z miłości. Nasza odpowiedzialność w sprawach związku z drugim człowiekiem i płodności jest dlatego tak ważna, że przez podjęcie tej odpowiedzialności lub jej brak obdarzamy swoje przyszłe dziecko tym, czego na początku życia najbardziej potrzebuje lub je tego pozbawiamy.

 

Czego bowiem potrzebuje dziecko, gdy się rodzi? Miłości. Miłość rzeczywista, ciepła, czuła i bliska - to jego podstawowy pokarm. Ciąża i pierwsze półtora roku życia dziecka to okres jego ogromnej zależności od matki, czas życia w specyficznej, pierwotnej symbiozie z nią. W pierwszych tygodniach życia niemowlę potrzebuje bliskiej, fizycznej obecności matki, kontaktu z jej ciałem, zapachem, odgłosem bicia serca, częstego karmienia piersią.

 

Nie zawsze kobiecie jest łatwo podjąć takie wyzwanie. Nie zawsze młody tato potrafi wspierać swoją żonę w tym okresie i pogodzić się z przejściową zmianą swojego miejsca. Przyjście na świat dziecka jest dla młodej pary małżeńskiej czasem bardzo trudnym - oto z zafascynowanych sobą, zakochanych męża i żony, przyjaciół, kochanków stają się rodzicami. W tym okresie trzeba uwolnić się z zapatrzenia w siebie, skupienia na sobie i podjąć całkiem nowe zadanie. Nie uczymy się bycia rodzicami, często brak nam podstawowej wiedzy psychologicznej, dotyczącej rozwoju człowieka, a wychowanie dzieci to trudna i odpowiedzialna praca. Nieraz przepełnia nas bezradność, niepokój, niepewność, brak wiary we własne siły. Chcemy dobrze - kochamy przecież swoje dzieci - ale brak nam umiejętności i kompetencji, by wypełnić stojące przed nami zadanie.


Wychowywanie własnych dzieci staje się szczególnie trudne, gdy w dzieciństwie zostaliśmy zranieni przez naszych rodziców. Nie chodzi tu oczywiście o popełnianie błędów wychowawczych. Wszyscy rodzice od czasu do czasu je popełniają. Nie sposób być cały czas otwartym emocjonalnie, zawsze cierpliwym, zawsze znajdującym wyjście z każdej sytuacji. Chodzi o te sytuacje, w których negatywne wzorce zachowań dorosłych w sposób stały i systematyczny oddziałują na dziecko, oraz o takie dramatyczne wydarzenia, które nawet będąc jednorazowe, ranią głęboko i trwale. Nikt z nas, dorosłych, nie jest odpowiedzialny za swoje zranienie. Na początku, czyli w dzieciństwie, zawsze jesteśmy ofiarami. Nie możemy się obronić. Ale miejsce zranienia w nas, jeśli pozostaje nierozpoznane lub nieuświadomione, jeśli jest zastępczo kompensowane - staje się miejscem "chorym".

 

Możemy sobie tego dawnego cierpienia i związanych z nim uczuć lęku, buntu, smutku, rozpaczy, nienawiści nie uświadamiać, ale to niestety nie oznacza, że tych uczuć w nas nie ma. Są i działając niejako z ukrycia, niszczą nasze dorosłe relacje - te najbliższe, a więc właśnie małżeńskie i rodzicielskie.


Taki jest psychologiczny punkt widzenia. Patrząc z perspektywy duchowej, można powiedzieć, że miejsce zranienia staje się miejscem grzechu. To tam bowiem, gdzie zostaliśmy skrzywdzeni, w najgłębszym miejscu naszej istoty, w bólu, rodzi się chęć odwetu, niszczenia, dominacji, przywłaszczania itd. Cytowana na wstępie Alice Miller mówi: "Przychodzimy na świat z jakimiś skłonnościami, talentami, mamy też za sobą historię dziewięciu miesięcy, ale to, co się dzieje z nami dalej, zależy od środowiska, czyli na początku - od rodziców. Ja im chcę pomóc, a nie oskarżać. Próbuję ich informować, żeby im dać szansę. Tylko muszą przejść przez ból
ujawnienia tego, co sami przeżyli w dzieciństwie i co oddają swoim dzieciom".


Niedawno zgłosiła się do mnie na terapię pewna trzydziestoletnia kobieta. Poszukiwała pomocy, ponieważ często i w sposób gwałtowny złościła się na swoją trzyletnią córeczkę. Miewała potem poczucie winy, oskarżała się, postanawiała zachować spokój, ale nic nie pomagało. Nadal niemal wszystko w jej małej córeczce ją denerwowało. Kiedy jej powiedziałam, że nie ma na to "cudownej tabletki" oraz że musiałybyśmy przyjrzeć się jej dzieciństwu i spróbować przypomnieć sobie, przyjąć i zrozumieć to, co zdarzyło się w jej własnym życiu - zgodziła się, chociaż początkowo z niechęcią i niedowierzaniem. Podjęłyśmy terapię. Okazało się, że pacjentka od wielu lat starała się zapomnieć o swojej przeszłości, lecz nigdy z nikim o niej nie rozmawiała. Była córką alkoholika. Ojciec na zewnątrz spełniał swoje życiowe role: pracował, był szanowanym obywatelem, a w domu po pijanemu ubliżał swojej żonie i bił ją. Pacjentka od najmłodszych lat uczestniczyła w tych awanturach, odciągała ojca, ratowała matkę, a potem długie godziny ją pocieszała. Nigdy nie mogła tak naprawdę być dzieckiem.

 

Dzieciństwo zostało jej okrutnie odebrane. Dźwigała na swoich dziecięcych barkach ciężar odpowiedzialności za rodziców i za ich relacje. W czasie sesji terapeutycznych, opowiadając o tym, przeżywała - ale teraz już nie w samotności - smutek, rozpacz, wściekłość. Z czasem uświadomiła sobie, że to, co tak bardzo utrudniało jej relację z własną córeczką - to nagromadzony gniew w stosunku do swoich własnych rodziców: do brutalnego ojca i bezbronnej matki; gniew, który uruchamiał się w różnych drobnych sytuacjach i wybuchał z niekontrolowaną siłą. Kobieta uświadomiła sobie także, że była po prostu zazdrosna - zazdrościła córce szczęśliwego i spokojnego dzieciństwa, a więc tego, z czego ją samą kiedyś okradziono. W miarę postępowania terapii jej relacja z córeczką stawała się spokojniejsza. Mogła odczuwać mocniej i wyraźniej miłość do niej, a zdenerwowanie czy złość stawały się adekwatne do realnych sytuacji.


Wielu z nas ma do przebycia taką drogę bądź przez podjęcie terapii psychologicznej bądź w aspekcie bardziej duchowym niż psychologicznym: przejście drogi uzdrowienia wewnętrznego. "Różnie reagujemy na zranienia: te, które potrafiliśmy odpowiednio przeżyć, pozwalają nam wzrastać; skrywane pozostają aktywne bez naszej wiedzy i wypaczają nasze zachowanie; zakażone prowadzą w złym kierunku". "Uleczenie wymaga powrotu do przeżyć z dzieciństwa i uświadomienia sobie sposobu, w jaki mogło dojść do zakażenia. Dopiero wówczas możliwe będzie odrzucenie fałszywych poglądów i przygotowanie miejsca na przyjęcie Słowa".


Podjęcie psychoterapii jest niejednokrotnie niezbędne, by zrozumieć siebie, rodziców, swoje relacje, by oddzielić przeszłość od teraźniejszości, uwolnić się od jej negatywnego wpływu, nadać sens swojemu życiu.
Pozostając w kręgu tematyki zranionego i skrzywdzonego dziecka, spróbujmy - nie ograniczając się tylko do oczywistej patologii - prześledzić główne rodzaje źródeł zaburzeń relacji rodzice - dziecko, główne obszary, w których dzieci mogą zostać zranione.


Zależność, nadopiekuńczość, kontrola

 

W pierwszym okresie życia dziecko potrzebuje bardzo bliskiego, opartego na pełnej zależności, opiekuńczego związku z matką. Dzieci, które tego nie zaznały, które nie mogły przywiązać się do jednej osoby, które np. były w okresie pierwszego roku życia pod opieką wielokrotnie zmieniających się opiekunek, jako osoby dorosłe będą wykazywały wiele zaburzeń. Mogą mieć przede wszystkim trudności z budowaniem stałych relacji, pragnąc ich i jednocześnie się ich lękając.


Z kolei jednak tak bliski, symbiotyczny związek z matką trwający zbyt długo i zbyt intensywnie staje się również źródłem poważnych zaburzeń. Dziecko bowiem nie może się wtedy rozwijać, usamodzielniać, zdobywać potrzebnych rozwojowo doświadczeń. Przesadna opiekuńczość, a co się z tym łączy przesadna kontrola sprawia, że dzieci stają się bezradne i bojaźliwe oraz pozostają w ścisłej zależności od rodziców. Taka nadopiekuńczość jest w istocie dominacją i niezgodą na to, że dziecko nie jest moją własnością i że zadaniem rodziców jest wychowanie człowieka niezależnego, który ma ich kiedyś opuścić. Otaczane nadopiekuńczością dziecko tłumi, a z czasem nie rozpoznaje już swoich pragnień, tracąc oparcie w sobie i nie budując własnej tożsamości. O takich dorosłych mówimy czasem, że mają "nie odciętą pępowinę".


Autorytet, dominacja, zawładnięcie

 

Jeden z moich pacjentów, czterdziestokilkuletni mężczyzna, który osiągnął wysoką pozycję w życiu zawodowym i dobry status materialny oraz szczęśliwie się ożenił, jest wciąż niespokojny, pełen obaw i nigdy nie odczuwa zadowolenia. O swoim ojcu mówił zawsze, że ojciec bardzo go kochał - tak mówiła mu mama. Ale kiedy zaczęliśmy rozmawiać o tym więcej, opowiedział mi kilka wstrząsających historii. Oto jedna z nich: kiedyś jako dwunastolatek, startując w zawodach pływackich, przeszedł aż do eliminacji wojewódzkich i w zawodach finałowych zajął drugie miejsce. Szczęśliwy i radosny wracał do domu. Reakcja ojca była krótka: "Dlaczego nie pierwsze?". Podobne sytuacje zdarzały się wielokrotnie.

1 2  
Wspomóż Nas

Twoja ocena:

Średnia ocen:

4.29

Liczba głosów:

24

 

 

Komentarze użytkowników (10)

Sortuj według najnowszych

Zgłoś do moderacji

~AceCraft 20:32:12 | 2014-03-15
,,Oczywiście, że było to powiedziane w dobrej wierze, by zaoszczędzić dziecku bólu, ale mój pacjent, rzeczywiście nigdy aż do czasu swojej terapii nie uronił żadnej łzy z powodu swojego sieroctwa.'' - nie wierzę, że z dobrej wiary może wyniknąć zło. Jest tak tylko w przypadku wiary (przekonań) złej, chorej. Poprawnie zdanie to powinno brzmieć:
,,Oczywiście, że było to powiedziane w ZŁEJ wierze, by zaoszczędzić dziecku bólu, WIĘC mój pacjent, rzeczywiście nigdy aż do czasu swojej terapii nie uronił żadnej łzy z powodu swojego sieroctwa.''

Nikt rodzicom nie dał prawa odbierać dziecku możliwości przeżywania bólu. Swoim zachowaniem (wstrzymując się od grzechu) możemy co najwyżej starać się nie powodować niepotrzebnego cierpienia. W opisanym w artykule przypadku sytuacja była niezależna od woli rodziców (wypadek samochodowy i śmierć matki), więc ból po nagłej stracie jednego z rodziców był konieczny i jak najbardziej wskazany. Szkoda, że nikt z rodziny pacjenta nie pozwolił mu wyrazić tego uczucia.

Oceń odpowiedz

Zgłoś do moderacji

~Hlc 15:15:53 | 2014-03-15
Duże w tym artykule Besserwisserstwa, politpoprawnych stereotypów, a mało rzetelnej nauki, statystyki i faktów. Uważam też, że zamieszczeni zdjęcia sugerujacego zachowanie pedoflskie w kontekście tytułu o rodzinie jest po prostu odrażającą manipulacją. Rozumiem, że teraz trzeba rodzinę piętnować w imię engeslistowskich koncepcji, ale można to robić na portalach feministycznych, Krytyki Politycznej, GW, ... , a nie na katolickimprzynajmniej z założenia, .

Argumenty w artykule też są co najmniej wątpliwe. Np w sprawie dawania klapsa dzieciom. Może i brzmi on dobrze, ale z naukową rzetelnością nie ma nic wspólnego. A przecież autorka w stopce przedstawia się jako wykładowca. Tak samo nieuzasadnione jest negatywne ocenianie czyjegoś ojcostwa na podstawie faktu, że chciał, żeby motywował swego syna, by był najlepszy. Może nie było to najszczęśliwsze, ale wcale nie świadczy, że ktoś był "złym ojcem". Za to wmówienie pacjentowi czegoś takiego zakrawa na psychomanipulację.

Ciekaw też jestem, czy szanowna autorka jest lub była mężatką, czy wychowała dzieci i kim ewentualnie zostały.

Oceń 3 Pokaż odpowiedzi odpowiedz

Zgłoś do moderacji

~Andrzej 14:40:13 | 2014-03-15
Ciekawy Artykuł jeżeli chodzi o informacje zaburzeń relacji reszta to niestety polityczna poprawność i pobożne życzenia. A szkoda chodzi tu mi przede wszystkim o stereotypy ról kobiety i mężczyzny, chciałbym pani profesor przypomnieć że emancypacja narobiła wiele bałaganu także w konieczność życiowych i zasadach pełnienia ról społecznych, i jak czytam taki chłam jak początek tego artykułu to mam zdecydowaną chęć na powrót do średniowiecza z jasno przypisanymi rolami i z niewielką możliwością ich manipulacji.

Oceń 1 1 odpowiedz

Zgłoś do moderacji

~Hastatus 13:08:58 | 2014-03-15
"Wychowywanie własnych dzieci staje się szczególnie trudne, gdy w dzieciństwie zostaliśmy zranieni przez naszych rodziców."

Myślę, że wielkim nieszczęściem naszego kraju jest nadprodukcja psychologów, najczęściej psycholożek, i wszelkiej maści psychoterapeutów. Ci wszędzie widzą jakieś zranienia psyche, chcą stosować swoje terapeutyczne metody tam, gdzie trzeba rozsądnej porady dotyczącej sytuacji ekonomicznej, podejmowania decyzji życiowych, gdzie trzeba pomocy finansowej, prawnej,. lekarskiej itp. To oderwanie od rzeczywistości różnych pań psycholog jest porażające - znam takich parę. One nie odróżniają świata realnego, świata rzeczy, zdarzeń, procesów, działań i instytucji od ludzkich doznań, doświadczeń i przeżyć z dzieciństwa. Na wszystko mają jedną radę: psychoterapia i to często w stylu Freudowskim. We wszystko chcą włazić, wszystko interpretować. To oderwanie od rzeczywistości jest szkodliwe i niebezpieczne.

Oceń 3 odpowiedz

Zgłoś do moderacji

~osoba po terapii 12:50:25 | 2014-03-15
Fałszywe przekonania dotyczące terapii
dorosłe dzieci alkoholików, dorosłe dzieci dysfunkcyjne

„Na terapię idą tylko ci, którzy nie dają sobie rady”

„Terapia dotyczy tylko tego, co już minęło”

„Dostanę „receptę” na to, co robić i jak żyć”

„Po terapii moje życie będzie bezproblemowe”

http://malzenstwojestdobre.pl/falszywe-przekonania-dotyczace-terapii/

Oceń 2 odpowiedz

Zgłoś do moderacji

~dzieci 10:48:10 | 2012-05-08
Dzieci

Dorastają przez miłość, i potem tak nagle dorośli
trzymając się za ręce wędrują w wielkim tłumie -
(serca schwytane jak ptaki, profile wzrastają w półmrok).
Wiem, że w ich sercach bije tętno całej ludzkości.

Trzymając się za ręce usiedli cicho nad brzegiem.
Pień drzewa i ziemia w księżycu: niedoszeptany tli trójkąt.
Mgły nie dźwignęły się jeszcze. Serca dzieci wyrastają nad rzekę.
Czy zawsze tak będzie - pytam - gdy wstaną stąd i pójdą?

Albo też jeszcze inaczej: kielich światła nachylony wśród roślin
odsłania w każdej z nich jakieś przedtem nie znane dno,
Tego, co w was się zaczęło, czy potraficie nie popsuć,
czy będziecie zawsze oddzielać dobro i zło?

Karol Wojtyła

Oceń 1 odpowiedz

Zgłoś do moderacji

~link do ulubionych 09:10:56 | 2012-05-08
z tekstu:
Ale miejsce zranienia w nas, jeśli pozostaje nierozpoznane lub nieuświadomione, jeśli jest zastępczo kompensowane - staje się miejscem "chorym"


http://www.se.neteasy.pl/index.php?option=com_wrapper&Itemid=108

Oceń odpowiedz

Facebook @portalDEONTwitter @deon_plYouTube @portalDEONplInstagram @deon_plKontakt

Logowanie

 
Opcja umożliwiająca automatyczne logowanie w serwisie przy kolejnej wizycie. Jest aktywna do momentu wylogowania.
zarejestruj się zapomniałeś hasła?
Zaloguj przez Facebook