Adam Nowak o ojcostwie: nic ciekawszego w moim życiu się nie zdarzyło

Wydawnictwo ZNAK
(fot. Raz Dwa Trzy / youtube.com)

"Myśmy naprawdę byli biedni, ale to była fajna bieda. Bo powodowała, że człowiek nie miał w głowie tych wszystkich rzeczy związanych z pieniędzmi" - mówi znany muzyk.

 

Krzysztof Skórzyński: Czworo dzieci, to robi wrażenie!

 

Adam Nowak: Wszystkie są już dorosłe lub prawie dorosłe. Joszko Broda ma ośmioro czy dziewięcioro.

 

Dziesięcioro. Dziewięciu synów i córkę.

 

Przy tej liczbie to on może być tylko strażnikiem chaosu. Ja to tak nazywam. Bo powyżej jednego dziecka to się jest strażnikiem chaosu.

 

Zadam prywatne pytanie: czy jest pan już po rozwodzie?

 

Zostały nam materialne drobiazgi, ale generalnie tak. Dostałem opiekę nad najmłodszym synem, szesnastoletnim. Jestem ojciec Polek, bardziej ojciec poległ… (śmiech). Trafiłem na sąd, który bierze pod uwagę ojca.

 

To się właściwie nie zdarza.

 

Ale to była decyzja syna, bo on miał głos decydujący. Była małżonka poznała nowego partnera i wyszła za mąż, a syn powiedział, że nie chce mieszkać z nimi, tylko ze mną. Sąd to wziął pod uwagę. Myślę więc, że nie dostałbym tej opieki, gdyby nie zdecydowana postawa syna.

 

Kiedyś przygotowałem duży reportaż na ten temat. W polskich sądach rodzinnych orzeka tylko kilku mężczyzn. Kilku w całej Polsce! W sądach rodzinnych są prawie same kobiety. Hurtem dają prawa rodzicielskie matkom. To nie jest okay.

 

To jest bardzo trudne, ale trafiliśmy na dosyć młodą sędzię - myślę, że miała koło czterdziestu lat, może była trochę po czterdziestce - i widać było, że jest po poważniejszych szkoleniach, bo przeprowadziła wszystko zgodnie z procedurami psychologicznymi i z wielkim spokojem. Byłem pod wrażeniem, moja pani adwokat również. Odbyło się to z największą uważnością na młodego człowieka. To on był na pierwszym miejscu i jego dobro było przez sędzię naprawdę wysoko postawione. Bo my - rodzice - jedno czegoś chce, drugie nie chce… to już nie ma znaczenia.

 

Chce pan w ogóle o tym rozmawiać?

 

Nie wiem. Może to będzie ważne dla innych, którzy mają podobne historie. Zobaczymy, na razie jedźmy dalej.

 

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

"Co dzień, gdy przejdziesz próg, jest tyle dróg co w świat prowadzą I znasz sto mądrych rad co drogę w świat wybierać radzą I wciąż ktoś mówi ci, że właśnie w tym tkwi sprawy sedno Byś mógł z tysiąca dróg wybrać tę jedną Gdy tak zrządzi traf, że świata prawd nie zechcesz zmieniać I gdy kark umiesz zgiąć, gdy siłą wziąć sposobu nie ma Gdy w tym nie zgubisz się, nie zwiodą cię niełatwe cele Wierz mi, na drodze tej osiągniesz wiele Znajdziesz na tej jednej z dróg i kobiet śmiech i forsy huk Choć by cię kląć świat cały miał, lecz w oczy nikt nie będzie śmiał Chcesz łatwo żyć to śmiało idź, idź taką drogą I nim nie raz, nie sto osiągniesz to mój przyjacielu I nim przetarty szlak wybierzesz jak wybrało wielu I nim w świat wejdziesz ten by podług cen pochlebstwem płacić Choć raz, raz pomyśl czy czegoś nie tracisz Bo przecież jest niejeden szlak, gdzie trudniej iść, lecz idąc tak  Nie musisz brnąć w pochlebstwa dym I karku giąć przed byle kim Rozważ tę myśl, a potem idź, idź swoją drogą" I ta pogoda ducha, te teksty, muzyka już tak od ponad 25 lat mi towarzyszą... 🎶🎵😊 #razdwatrzy #adamnowak #koncert #dobremiasto #ckbdobremiasto

Post udostępniony przez Andrzej Dryzelenko (@andrzejdryzelenko)

 

Powiem panu szczerze, że gdy się czyta pański biogram, no to rockandrollowiec z pana  słaby. Czworo dzieci z jedną żoną to słabiutko. Powinien pan jeszcze o paru  nie wiedzieć.

 

(śmiech) Nie, to tak nie działa. Naprawdę to było dobre dwadzieścia jeden lat. Potem się coś stało.

 

A przypomina pan sobie jakiś najważniejszy moment? Ja na przykład doskonale pamiętam narodziny każdego dziecka, ale wczoraj sobie uświadomiłem, że narodziny pierwszego pamiętam lepiej. Mimo że były najdawniej. Ten moment, kiedy wychodziliśmy z domu i żona powiedziała: "Słuchaj, chyba rodzę, musimy jechać do szpi­tala", po czym gnaliśmy oczywiście niemal na sygnale - to było dla mnie tak silne przeżycie, że zdefiniowało mnie na resztę życia.

 

Ja pamiętam wszystkie porody bardzo dobrze. Tylko przy jednym byłem obecny. Gdy rodziła się Zosia, moje pierwsze dziecko, graliśmy w Łęknicy chyba przy okazji jakichś orkiestralnych rzeczy, wiem, że imprezę  organizował Jurek  Owsiak. To było na granicy polsko-niemieckiej i pędziłem w nocy do domu. To tyle pamiętam... że myślałem, co to teraz będzie, skoro się przytrafiło. Byłem głęboko zaskoczony tym, że córka dzień, dwa dni po narodzinach wyglądała z profilu jak ja, tak jakby ktoś wyciął mój profil, a potem taki sam, tylko o wiele mniejszy. Mam nawet zdjęcia w telefonie. Po prostu patrzyłem na nią z wielkim niedowierzaniem, że jest tak podobna. Trochę się o nią martwiłem, bo jednak… (śmiech)

 

(śmiech) Przeszło jej czy nie?

 

Przeszło jej zdecydowanie. Jest dziś piękną dwudziestopięcioletnią dziewczyną. Zresztą ma już dwoje dzieci, jestem więc też podwójnym dziadkiem. Kiedy rodziło się moje drugie dziecko, Jan Nowak, też grałem gdzieś koncert. Do domu przyjechałem na drugi dzień. I Zosia, i Janek urodzili się w Poznaniu. Obydwa porody były dość trudne. Dopiero potem, po tym drugim porodzie, zmądrzeliśmy zespołowo. Uzgodniliśmy, że dwa tygodnie okołoporodowe oznaczają urlop dla wszystkich i w ogóle nie ma dyskusji na ten temat. To są najważniejsze wydarzenia w rodzinach! Był rok dziewięćdziesiąty czwarty i piąty, więc to był przełom. Basia się urodziła w dziewięćdziesiątym dziewiątym już w Toruniu, bo w dziewięćdziesiątym szóstym chyba przeprowadziliśmy się z Poznania do Torunia. Byłem przy jej narodzinach. To było dla mnie niezwykłe zdarzenie.

 

Bo?

 

Trochę się tego bałem. Pamiętam, że zawiozłem byłą żonę na izbę porodową, ale okazało się, że zapomniała jakichś dokumentów. W związku z tym z wielką ulgą wracałem po te dokumenty do domu w nadziei, że to się odbędzie beze mnie… (śmiech)

 

 

Że jak pan wróci, to już będzie po wszystkim (śmiech).

 

Właśnie. Ale żona była cierpliwa. Zresztą zawsze przy porodach towarzyszyli nam świetni lekarze, z wyjątkiem pierwszego razu. Wtedy przy żonie była moja siostra i o mało co by osiwiała. W każdym razie do Basi zdążyłem wrócić. Był taki zwyczaj, że w jednej z lokalnych gazet umieszczano fotografie nowo narodzonych. Jak się Basia urodziła, zepsuł się aparat (śmiech). Jako jedynemu dziecku nie zrobiono jej zdjęcia. To zupełnie niezwykłe zdarzenie.


A na narodziny Staszka jechałem z Jeleniej Góry. Mieliśmy wszystko tak zaplanowane, że mogłem być przy tym porodzie, ale byłem tak zmęczony po trasie koncertowej, że zawiozłem byłą żonę na porodówkę i lekarz powiedział mi:


"Jedź pan do domu, bo to będzie długo trwało. Proszę chwilę odpocząć i wrócić". Kiedy wróciłem do domu, usiadłem na kanapie i z tego zmęczenia i stresu zasnąłem.

 

I obudził się pan po?

 

Obudził mnie telefon, że już jest po.

 

To spory sukces.

 

Ale byłem gotów być także przy porodzie Staszka. Oczywiście pojechałem do szpitala od razu, jak się urodził. To był dwa tysiące drugi rok.

 

A tak uczciwie: miał pan kiedyś potem wyrzuty sumienia, że nie było pana przy wszystkich porodach?

 

Tak, tak, miałem. Byliśmy nieświadomi tego, jakie to istotne.

 

Przy pierwszym dziecku był pan młodym facetem…

 

Dziewięćdziesiąty czwarty rok… Miałem trzydzieści jeden lat.

 

Jak na dzisiejsze standardy, to jest taki moment, gdy dopiero się zaczyna myśleć o dziecku.

 

Tak. Ożeniłem się, będąc w tym samym wieku co mój tata, kiedy się ożenił z mamą. Poszedłem w jego ślady. W tamtych czasach wielu moich znajomych zostawało rodzicami, mając dwadzieścia, dwadzieścia jeden, dwadzieścia dwa lata. To było na porządku dziennym. Ja nawet planowałem kiedyś taki wczesny ślub, ale nie doszedł do skutku.

 

Ile pan miał lat, kiedy wzięliście ślub?

 

Braliśmy ślub w dziewięćdziesiątym drugim roku. Dwadzieścia dziewięć. Znaliśmy się wcześniej, ale zaczęliśmy się spotykać półtora roku przed ślubem.


Miałem w głowie ustalone - już po tym pomyśle pierwszego teoretycznego związku - że nie będę się żenił. I że z dziećmi jest mi zupełnie nie po drodze. Potem więc było dla mnie ogromnym zaskoczeniem, że chcę się żenić (śmiech). To było dość dziwne.

 

A potem, że będzie pan ojcem?

 

Tak, że zostałem tatą - po raz pierwszy, po raz drugi. Później była chwila przerwy i po czterech latach urodziła się Basia, a po kolejnych trzech Staszek. Mieliśmy więc takie dwie grupy rówieśnicze. Z perspektywy czasu i doświadczenia stwierdzam, że do tej pory nic ciekawszego w moim życiu się nie zdarzyło. Oczywiście mam pracę, którą kocham, i robię to, co sobie wymarzyłem, ale tego w ogóle nie można porównać. Dla zajęcia, które wykonuję, nie zrobiłbym wszystkiego. Nie zrobiłem wszystkiego, co powinienem, żeby przejść do historii. Natomiast dla dzieci jestem w stanie zrobić absolutnie wszystko.

 

No, dobra. Ale tak  uczciwie. Taki  rachunek sumienia, który ja sobie też w pewnym momencie zrobiłem. Gdy się dowiedziałem, że będę ojcem po raz pierwszy, byłem przerażony. Oczywiście bardzo się cieszyłem, udawałem przed żoną, że przerażony nie jestem,  bardzo chcieliśmy mieć to dziecko.  Ale wie pan, sam  sobie zadawałem pytanie, czy ja w ogóle wiem, z czym to się je.

 

Rozumiem pana doskonale.

 

Jeszcze przed trzydziestką miałem poczucie, i wciąż trochę je mam, że jestem nadal dzieciakiem, który o życiu wie niewiele. Cały czas mnie coś zaskakuje. Pamiętam, że bałem się nie tego, czy sobie poradzę z przewijaniem, tylko czy będę w stanie dać temu dziecku dokładnie to, na co zasługuje.

 

Na co zasługuje albo co sobie sami wyobrażamy, że moglibyśmy mu dać. Bo być może rodzice, część rodziców, mają takie marzenia, że dziecko będzie tym a tym albo zrobi czy osiągnie w życiu to a to.

 

A pan tego nie miał?

 

No, miałem, miałem. Ale potem przyszedł moment, kiedy Zosia zaczęła dojrzewać. Już po okresie dojrzewania pierwszego i drugiego, i trzeciego dziecka przeczytałem kilka książek na ten temat. Teraz Staszek jest w środku tego czasu. Gwoli przypomnienia zerknąłem więc do różnych mądrych książek, w których jest napisane, że dziecko się przeciska przez to ucho igielne dojrzewania, wchodzi jedną osobą, a wychodzi drugą. I możemy sobie mieć świetny kontakt z dzieciakiem do momentu rozpoczęcia tego okresu, a potem dzieją się rzeczy różne, niebywałe i skandaliczne, tak ze strony rodziców, jak i ze strony nastolatka, które skutkują wielką weryfikacją naszych planów i ich planów. Bo oni mają prawo do próbowania wielu rzeczy i muszą się nauczyć pociągać za wiele różnych sznurków, żeby zobaczyć, co ich w życiu zaciekawi. Po pierwszym dziecku wiem już więc, że to jego wybory są najważniejsze. A nie to, co ja bym sobie wymyślił.

 

Cofnijmy  się  do  momentu, kiedy była żona przychodzi i mówi: "Jestem w ciąży". Zaraz pojawi się dziecko. Dla pana to było czymś naturalnym? Nic się nie zmieni czy też wszystko się zmieni? "Jestem w końcu muzykiem, prawda? Jestem bożyszczem tłumów!"

 

(śmiech) Wtedy jeszcze nie byłem.

 

 

Okay, ale dzisiaj ma pan drugie pokolenie słuchaczy. Chyba jeszcze nie trzecie, ale drugie na pewno. I dla tego pokolenia jest pan bożyszczem. Gdybym był takim gościem i rodziłoby mi się dziecko, tobym sobie pomyś­lał: cholera jasna, co dalej? Czy ta bańka nie pryśnie nagle? Mój piękny świat…

 

Między nami była niepisana umowa, że  ten, kto pracuje i utrzymuje rodzinę, musi to dalej ciągnąć, bo trudno było rezygnować. Gdybym to zrobił, został w domu i był na tacierzyńskim, to wtedy małżonka musiałaby wziąć na siebie utrzymanie rodziny. Ona rzeczywiście musiała zrezygnować ze swoich marzeń aktorsko-teatralnych, no bo siłą rzeczy była mamą. Nie chcę tutaj wchodzić w szczegóły innych związków, ale wiem, że ludzie dookoła jakoś sobie z tym radzą. Do pewnego momentu, co widzę, patrząc teraz na córkę, mamą się jest jednak dwadzieścia cztery godziny na dobę, ale przychodzi taki czas, w którym już mniej. Wszystko to da się więc poukładać.

 

Żłobek?

 

Próbowaliśmy z Zosią ze żłobkiem, ale to jest katorga. Chyba rzeczywiście lepiej zatrudnić kogoś do opieki lub poprosić o pomoc rodzinę. Dlatego rodziny są ważne. Aczkolwiek znam ludzi, którzy nie są ściśle związani z rodzinami. Radzą sobie, wynajmują ludzi, więc to jest akurat okay. Ale odbiegliśmy od tematu. Pamiętam chwilę, kiedy usłyszałem, że była żona jest w ciąży. Radość dla mnie. Ja...

 

Mój syn mówił zawsze w takich momentach: "Tato, efekt łał", czy raczej: "Efekt o­o­oł"…

 

Byłem trochę przećwiczony przez siostrę, z którą mam świetny kontakt do dzisiaj, bo wszyscy - i my, i siostra z mężem - mieszkaliśmy razem z naszymi rodzicami, zajmowałem się więc starszą córką siostry. Dla mnie to było zupełnie naturalne: przewijanie, spacer z wózkiem, opiekowanie się dzieckiem, bo siostra jeszcze studiowała, spędzenie kilku godzin na zabawach pod tytułem "przynieś, podaj, pozamiataj" i tak dalej. Tak więc wewnętrzny imperatyw bycia tatą miałem, ale świadomie do dwudziestego szóstego czy siódmego roku życia niespecjalnie się do tego paliłem, bo mi się wydawało, że coś ważniejszego jest przede mną. I tego nie ukrywam.

 

Ale w sensie zawodowym?

 

Kompletnie nie wiedziałem co. Myśmy, by tak rzec, macali własne życiorysy. Niech to się tak brzydko nazywa. I ten początek był dość trudny. Pamiętam, że pierwsze Boże Narodzenie przeżywaliśmy w taki sposób, że znaleźliśmy w jakimś płaszczu powieszonym w szafie dwadzieścia złotych (śmiech). I to był początek naszych świąt. Naprawdę więc była bida z  nędzą, ale była to samodzielna bida z nędzą. I to było fajne, że jak pracowaliśmy, tak żyliśmy - ile zarabialiśmy, na tyle nas było stać.


Przepraszam, że znów wracam do moich doświadczeń, ale też się zastanawiam, czy nie byłem najszczęśliwszy wtedy, kiedy nie miałem grosza przy duszy, chodziliśmy z żoną, z którą studiowaliśmy na jednym roku, do baru mlecznego i braliśmy porcję na pół - ale życie braliśmy całymi garściami. Mój  dziadek,  który był nastolatkiem w czasie wojny, najfajniej wspominał ten właśnie okres.

 

No, tak.  Bo to jest doświadczenie właśnie tego okresu i wspominamy to, co wtedy było dookoła nas ciekawego.

 

A ciężko wam było z pierwszym dzieckiem? Ogarnąć to wszystko, poradzić sobie?

 

Myślę, że nie. Ja wtedy aż tak dużo nie grałem. Sporo czasu spędzałem z Zosią, chodziłem z nią na spacery, śpiewałem jej wtedy piosenki. Przeglądałem ostatnio takie fajne zdjęcia. Myśmy naprawdę byli biedni, ale to była fajna bieda. Bo powodowała, że człowiek nie miał w głowie tych wszystkich rzeczy związanych z pieniędzmi, które się potem pojawiły: budowania domu i tak dalej.

 

Dylematów, gdzie pojechać na wakacje…

 

Tak, właśnie.

 

Bo i tak nie mam na to pieniędzy.

 

Tylko płaszczyk, pożyczony wózek, spacer, dużo czasu. To jest też moje doświadczenie poprzedniego systemu: że tam, gdzie jest bieda, ludzie mają dużo czasu. I wtedy jest większa szansa, jeśli się potrafi to sobie wypracować, na dobre relacje z najbliższym otoczeniem, z rodziną, z przyjaciółmi. Moje doświadczenie wczesnej młodości jest takie, że myśmy wszędzie coś robili razem. Nie było tych wszystkich zabawek, które są teraz, ale te relacje były naprawdę dobre. A teraz jest inaczej (śmiech).

 

Kiedy, pana zdaniem, buduje się właściwe relacje ojca z dziećmi? Ja uważałem, że przez pierwszych osiem, dziewięć miesięcy, nawet rok, życia moich dzieci jestem dodatkiem. Przyniesie, poda, wyjmie z łóżeczka, poda do piersi, ale czy ojciec jest, czy go nie ma, to bez znaczenia, prawda? Bo jest matka.

 

Nie mamy narzędzi do niezbędności, że tak powiem.

 

No właśnie.

 

Ale jesteśmy tłem, które jest bardzo ważne i dla mamy, i dla dziecka. Ja akurat taką świadomość miałem od samego początku: że to pozorne "przynieś, podaj, przewiń, zrób herbatę" i tak dalej, to tło, które jest istotne. Jeżeli część kobiet tego nie docenia - tego poczucia bezpieczeństwa, że jesteśmy na każde ich wezwanie - no to mamy kłopot. Ale ta wyjątkowa więź, która jest między mamą a małym dzieckiem, jest tylko ich, tak naprawdę. My nie mamy narzędzi do takiej więzi. Jesteśmy dla dziecka tak zwanymi wrażliwymi troglodytami, ale ta czułość troglodyty jest dla niego bardzo ważna. Widzę to teraz po wnuczce, która ma pół roku. Ona się zaczęła uśmiechać, śpiewać i tak dalej. Przypomniał mi się kontakt z moimi dziećmi, gdy były małe. To jest to coś, co uzupełnia wrażliwość mężczyzny. Że się patrzy w oczy małemu dziecku, ono się śmieje i my też się śmiejemy. Albo my się śmiejemy i ono też się śmieje. Kiedy wracam teraz z koncertów i nie było mnie trzy, pięć dni, już wiem, że pamięć długotrwała zaczęła u wnuczki trochę działać, ona mnie rozpoznaje, patrzy na mnie - wtedy mam po raz kolejny powtórkę z tego, czego doświadczałem od pierwszego dziecka: codziennych relacji z małym człowiekiem. Pozornie nic nie możemy, ale możemy wziąć na ręce, możemy przewinąć - i to jest super.

 

 

Wspomóż Nas

Twoja ocena:

Średnia ocen:

5

Liczba głosów:

1

 

 

Komentarze użytkowników (2)

Sortuj według najnowszych

Zgłoś do moderacji

strzelec514 15:11:30 | 2019-07-10
Wychowywanie jedynaka, to sama patologia. Przede wszystkim egoista, nie potrafiący się z nikim podzielić i uważa, że wszysko mu się należy w domu i w szkole. Nadopiekuńczy rodzice, trzęsą się nad każdym katarkiem i każdą chwilą poza domem.  Gdy dorośnie i założy takie coś rodzinę, to z miejsca są problemy, bo to nie ono jest już pępkiem świata. Prawdziwy chaos. Dwójka od biedy może być, ale gdyby się coś stało, to patrz wyżej. Trójka dzieci, to zaledwie jakaś zastępowalność pokoleń. Czwórka to bardzo niewielka nadliczbówka, w której dzieci prawidłowo się rozwijają, wygładzając się między sobą, jak okrąglaki w Dunajcu, a rodzice mają pragnienia zgodnie z mozliwościami. No ale, jak taki zdrowo zmęczony rodzic, przeczyta mądrego redaktora, że powyżej jednego zaczyna sie chaos, to może mu coś odbić..., więc składam wyrazy współczucia.

Oceń 11 odpowiedz

Zgłoś do moderacji

Udana 08:52:54 | 2019-07-10
Szkoda, Panie Adamie, że się nie udało uratować małżeństwa.

Oceń 1 1 odpowiedz

Facebook @portalDEONTwitter @deon_plYouTube @portalDEONplInstagram @deon_plKontakt

Logowanie

 
Opcja umożliwiająca automatyczne logowanie w serwisie przy kolejnej wizycie. Jest aktywna do momentu wylogowania.
zarejestruj się zapomniałeś hasła?