Męskość radykalnie wywołana do tablicy

(fot. petar c / flickr.com)

Codziennie, tuż nad ranem, mówię córce, że jest mądra, piękna i dobra. Podkreślam jak wiele osób kocha ją tylko dlatego, że jest. Bez warunków dodatkowych. Ma zaledwie sześć miesięcy i choć wszystko wskazuje na to, że mógłbym mówić cokolwiek, trzymam się tej reguły z konsekwentnym uporem.

 

Dla mężczyzn bycie tatą jest, a z pewnością może być, punktem granicznym. Kamieniem milowym w osobistym, wewnętrznym rozwoju. Ojcostwo to męskość radykalnie wywołana do tablicy.

 

Nie dlatego, że świat nagle staje na głowie. Rezygnacja z własnych planów i projektów, mimo zakorzenionego w naszej kulturze egoizmu, nie stanowi wyzwania ponad siły. Ten egzamin przebiega w zupełnie innej przestrzeni. I właśnie z tego powodu oblewamy go tak często.

 

Nagle stajemy przed absolutną, bezwarunkową, niezasłużoną miłością małego człowieka. A więc przed czymś zupełnie nowym. W świecie, który znamy wszystko jest umowne, warunkowe i możliwe do zdefiniowania. Tutaj możemy odpowiedzieć albo tym samym, czyli zaangażowaniem i troską, albo uciec.

 

Te ucieczki przybierają różne formy: aktywności zawodowej ponad miarę, wiecznego zmęczenia, czasem zdawkowej niekompetencji (nie potrafię - nie chcę zaszkodzić). Wszystkie mają wspólny mianownik: pod tanim pretekstem unikamy bliskości z własnymi dziećmi. Po jakimś czasie dławią nas wyrzuty sumienia, a więc uciekamy jeszcze bardziej. Błędne koło zostaje zamknięte.

 

Dzieje się tak, bo towarzyszy nam destrukcyjne, sabotujące przekonanie o byciu nie dość dobrym. Jestem przekonany, że dotyczy to większości mężczyzn w naszym kręgu kulturowym. Ktoś, zwykle nasi  nieobecni ojcowie, zapomniał nam powiedzieć, że wszystko jest tak, jak trzeba. Bywa, że w społeczeństwie przesiąkniętym złością i bólem, przez lata słyszeliśmy coś zupełnie przeciwnego.

 

W konsekwencji dotkliwie wdarło się w nas przekonanie, że nie zasługujemy na miłość. A tu nagle, bez słowa ostrzeżenia, pojawia się ktoś, kto nie tylko tę miłość daje, ale jednocześnie domaga się jej z całą stanowczością. W przeciwieństwie do relacji z dorosłymi, bycie tatą nie pozostawia przestrzeni do negocjacji.

 

Wpływ rodziców wobec dzieci jest niepodważalny. Jak żadna inna więź rzutuję na wszystko, co później. Z jednej strony niesiemy za sobą bagaż własnego dorastania, z drugiej sami przygotowujemy podobną wyprawkę.

 

Dobrze pamiętam paraliżujące uczucie, kiedy wiedza o tym, że dzieci bezkrytycznie i totalnie przyjmują swoich rodziców, stała się faktem mojego życia. Dzień, może dwa dni po powrocie ze szpitala trzymałem Lilę na rękach. Spała. Patrzyłem na bezbronność i absolutną zależność tego ważącego niespełna cztery kilogramy, małego człowieka. Z każdą sekundą coraz bardziej docierało do mnie, że to wszystko dzieje się naprawdę. Że już za moment w jej świadomości moje ucieczki, brak zaangażowania, będą powodem do poczucia, że to nie ja popełniam błąd, ale ona. Dzieci nie wątpią w rodziców. Wątpią tylko w siebie.

 

Ta świadomość, namacalna i intensywna, jest wyzwaniem. Wielką odpowiedzialnością. W gruncie rzeczy dobrą przygodą życia, bo w większości przypadków - pomimo tego, co mówi własna głowa - posiadamy wszystko, co potrzeba, żeby temu wyzwaniu sprostać. Nie perfekcyjnie, ale wystarczająco.

 

Nikt z nas nie chce oblewać tego egzaminu. Nie chcemy wpadać w błędne koło oddalania się od najbliższych. Moment, w którym stajemy się ojcami, jest jednocześnie dobrym czasem na domknięcie chłopięcego rozdziału własnej historii.

 

W praktyce, każdy wchodzi w dorosłość z bagażem tego co dobre, ale i z jakimś niezałatwionym bólem. Różnią nas tylko proporcje. Ktoś mądrzejszy ode mnie uświadomił mi, że nie jesteśmy za ten ból odpowiedzialni. To uwalniające. Jednak dojrzałość polega na wzięciu odpowiedzialność za siebie. Za to, co z tym bólem zrobimy tu i teraz.

 

Dzieci potrzebują ojcowskiej obecności. Bezwarunkowej i pełnej. Ta bliskość jest wpisana w naszą męską tożsamość. Wzorce i cywilizacyjne naleciałości nie są w stanie tego zatrzeć. Wystarczy, że przestaniemy uciekać i pozwolimy inspirować się naszym bliskim.

 

Nie uciekać, znaczy tyle co pozwolić być bliżej. Najpierw bliżej samego siebie.


 

Konrad Kruczkowski - mąż i ojciec. Niedoszły teolog. Bloger. Tekst ukazał się pierwotnie na jego prywatnym blogu - haloziemia.pl

 

Wspomóż Nas

Twoja ocena:

Średnia ocen:

4.74

Liczba głosów:

19

 

 

Komentarze użytkowników (4)

Sortuj według najnowszych

Zgłoś do moderacji

Miłosz Skrodzki 14:40:01 | 2016-03-10
Nie wolno przeceniać oddziaływania rodziców - ani w trybie deskryptywnym, ani normatywnym. Wiele innych rzeczy ma i powinno mieć wpływ na ludzi: przyjaciele, przechodnie, przygody, podróże, przyroda, sztuka, reklamy, komputer, a nade wszystko sakramenty i wolny wybór. Osoba to podmiot. Także dziecko.

Oceń 3 3 odpowiedz

Zgłoś do moderacji

~Gertruda 21:03:52 | 2014-03-25
bardzo piękny tekst

Oceń 5 1 odpowiedz

Zgłoś do moderacji

~m 15:23:40 | 2014-03-25
Kapitalny tekst!

Oceń 3 1 odpowiedz

Zgłoś do moderacji

~Janek www.operator-paramedyk.pl 09:17:53 | 2014-03-25
"Jednak dojrzałość polega na wzięciu odpowiedzialność za siebie. Za to, co z tym bólem zrobimy tu i teraz." - całkowicie się zgadzam. Niedługo na www.operator-paramedyk.pl też będę pisał o odpowiedzialności.

Oceń 5 odpowiedz

Facebook @portalDEONTwitter @deon_plYouTube @portalDEONplInstagram @deon_plKontakt

Logowanie

 
Opcja umożliwiająca automatyczne logowanie w serwisie przy kolejnej wizycie. Jest aktywna do momentu wylogowania.
zarejestruj się zapomniałeś hasła?
Zaloguj przez Facebook