"AAA Adwent. Korzystaj, póki możesz!". Bóg się tak nie ogłasza, On działa inaczej

Maja Moller
(fot. shutterstock.com)

Bóg nie reklamuje Adwentu w najpopularniejszej z gazet, nie wypisuje czerwonymi literami, że u Niego "najtaniej w mieście" albo że masz "najlepszą i ostatnią szansę, nie przegap". On ma dla ciebie inne "naj".

 

AAA ogłoszenie drobne: tylko u nas niesamowita promocja, oferta ograniczona czasowo. Jestem niekiedy zasypywana tego rodzaju wiadomościami. Rzadziej niż kiedyś zaglądam już do gazet i działu z ogłoszeniami, ale wystarczy zajrzeć do skrzynki mailowej czy przejrzeć kilka stron internetowych, by zauważyć, jak wiele technik marketingowych nieświadomie testujemy codziennie na sobie i swoim portfelu.

 

Bóg działa inaczej. Nie ogłasza się w najpopularniejszej z gazet, nie wypisuje czerwonymi literami "AAA Adwent, korzystaj, póki możesz!". Owszem, Jan Chrzciciel zapewniał całkiem spory rozgłos dwa tysiące lat temu. Dzisiaj jednak muszą wystarczyć nam te same słowa, które wtedy wypowiedział (i Słowo, którego moc nie może się przeterminować).

 

Bóg stawia na naszej drodze różnego rodzaju posłańców, mówiących o Jego miłości i pomagających nam odnaleźć drogę, gdy się pogubimy. Do niczego jednak nie zmusza. Nie stosuje tanich chwytów marketingowych żeby sprzedać bilety na miejsca w pierwszym rzędzie, w miejscu gdzie będzie można stać się świadkiem cudu. Wręcz przeciwnie.

 

Każdego dnia, w każdym kościele jest obecny tak samo, jak kiedyś w Galilei. Jest na wyciągnięcie ręki. Nie wytyka palcami tych, którzy chowają się za filarem. Nie patrzy z pogardą na tych, którzy w czasie komunii zostają w ławce, niezdolni do wykonania kroku ani w stronę ołtarza, ani w stronę konfesjonału. Nie rozświetla kościoła boską poświatą, nie każe chórom anielskim śpiewać doniosłym głosem, a żadnego ludzkiego serca nie zmusza do wiary. Po prostu jest. Kto zauważa ten cud?...

 

Wtedy, w Betlejem, urodził się wśród nocnej ciszy, w dodatku gdzieś na głębokiej prowincji. Przypomina mi o tym każdy Adwent.  Pokazuje mi Boga większego niż wszechświat, a jednocześnie tak delikatnego i pokornego, że swoją wielkością nie chce przytłoczyć nawet najmniejszego z nas. To historia, która zaczęła się wtedy - dwa tysiące i siedemnaście lat temu (plus minus parę lat w którąś stronę, jeśli wierzyć historykom) - a która nie tylko trwa do dzisiaj, lecz wypełnia się w jakiś sposób w życiu każdego, kto zechce wejść w relację z Miłością. On wtedy przyszedł na świat po cichu i dzisiaj przychodzi tak samo. Delikatnie, czule i z zaproszeniem, a nie nakazem rewizji. Nie po to, by wywrócić życie do góry nogami (choć owszem, zdarzają się i takie małe rewolucje), lecz by prześwietlić wszystko swoją obecnością. Bo "Światło przyszło na świat…" (J 3,19).

 

Naj

 

Naj. U nas najtaniej w mieście. Tam z kolei kupisz to, co najlepsze albo najbardziej oryginalne. Nikt nie ogłasza się: zapraszam na przeciętną pizzę. Nikt nie powie: oferujemy ubrania, które są bardzo zwyczajne albo co gorsza - byle jakie. Przywykliśmy do tego i wiemy, że reklama jest dźwignią handlu, a w świecie, w którym za wszystko można zapłacić (niekoniecznie w złotówkach, bo walutą bywa też popularność czy dobra opinia wśród innych), nagminnie mylimy te dwa słowa: cena i wartość.

 

Choć czasem wszystko w nas krzyczy: "nie wyszło mi, znowu nie wyszło!", ćwiczymy perfekcyjny uśmiech i nie tylko ludziom, ale i samym sobie próbujemy udowodnić, że jesteśmy naj. Jesteśmy najlepsi, a jeśli nie, to zaharujemy się niemalże na śmierć, by udowodnić innym, że przynajmniej nie gorsi od ogółu. I nieprzeciętni.

 

Przed Bogiem też czasem stajemy ze swoim "naj". Czasem to próby pokazania Mu, jak doskonale sobie radzimy. Czasem przedstawiamy Mu długą listę dokonań, starań i usprawiedliwień, by pokazać, że jesteśmy godni Jego miłości. Czasem to "naj" ma zupełnie inne barwy - bo zamiast po prostu przyznać się do słabości, wpadamy w drugą skrajność: jesteśmy najgorsi, niegodni miłości i spotkania z Nim na modlitwie.

 

Lepiej więc uciec, zabarykadować się przed całym światem i rozdrapywać rany, płacząc nad tym, ile w nas ciemności. A tymczasem - On niezmiennie przychodzi jako Światło. I nawet ciemność nie jest ciemna, a noc jak dzień jaśnieje (Ps 139). Nie tylko w tę jedną, wigilijną noc.

 

Bóg też staje przed nami ze swoim "naj", ale wypowiada to słowo w zupełnie inny sposób. Tego też uczy mnie Adwent - że nasza wartość niewiele ma wspólnego z wyliczankami, którymi zasypuje nas świat i w które dajemy się wciągnąć. To nie lista naszych osiągnięć sprawia, że Bóg zwraca na nas uwagę i nagradza nas swoją miłością. Nie musimy pracować w pocie czoła (jak starszy brat z przypowieści o miłosiernym Ojcu), by wymienić owoce naszych dobrych uczynków na jedno życzliwe spojrzenie Pana Boga.

 

On patrzy na nas bardziej niż życzliwie - patrzy nieustannie i z miłością, jakiej nie jesteśmy w stanie pojąć. W żadnym z nas nie widzi kogoś, kto jest zwyczajny, przeciętny czy byle jaki. W każdym dostrzega cud. Każdym się zachwyca. I wydaje mi się, że w relacji z Nim jest obecne jedno "naj". Nie ma ono jednak nic wspólnego z naszymi staraniami, by być "najlepszym i perfekcyjnym". To raczej Jego słowo skierowane do nas. Dla Niego jesteśmy naj - najcenniejsi. Czy mógłby o nas myśleć inaczej, skoro mówi o tym całe Jego życie, śmierć i zmartwychwstanie?...

 

Majka Moller - aktywna zawodowo mama dwójki dzieci, na co dzień dentystka i magister psychologii. Od lat zakochana w swoim mężu, od zawsze i chyba z wzajemnością - w życiu i górach. Autorka bloga Chrześcijańska Mama

 

 

Wspomóż Nas

Twoja ocena:

Średnia ocen:

4.33

Liczba głosów:

6

 

 

Komentarze użytkowników (0)

Sortuj według najnowszych

Facebook @portalDEONTwitter @deon_plYouTube @portalDEONplInstagram @deon_plKontakt

Logowanie

 
Opcja umożliwiająca automatyczne logowanie w serwisie przy kolejnej wizycie. Jest aktywna do momentu wylogowania.
zarejestruj się zapomniałeś hasła?