Motorniczy ustawia lodówki na osiedlu i rozdaje jedzenie. Mówią na niego "Jan serce"

(fot. facebook/wezpomoz/ Łukasz Giza/wysokieobcasy/ aj)

"Mają po 30, 40 lat i stoją z nami. Niech się do roboty wezmą" - słyszy często. Sam nikogo nie ocenia. Czasem sypia tylko 3 godziny. Mówi, że są tacy, co zdobywają szczyty, on chce zdobywać ludzi.

 

Na paczki z żywnością, które rozdaje pan Jan razem z wolontariuszami, w poniedziałki i piątki czeka ponad 400 osób. To bezdomni, emeryci, samotne matki i homoseksualiści. Najbardziej biedy wstydzą się ludzie młodzi, bo ich najłatwiej jest oceniać.

 

"Niech wezmą się do roboty"

 

- Słyszałem, gdy ktoś starszy komentował: "Patrzcie, mają po 30, 40 lat i stoją z nami. Niech się do roboty wezmą" - opowiada pan Jan w wywiadzie dla Wysokich Obcasów. Dodaje, że mają wyższe wykształcenie, ładne ubrania i dzieci. Nie spodzewali się, że będą zmiuszeni prosić o jedzenie. On stara się pomagać, nie ocenia. 

 

Emeryci przynoszą odcinki emerytury, bo chcą być wiarygodni. Pokazują mu, ile zarabiają i jakie kwoty wydają na lekarstwa. 

 

Żywność pochodzi od zaprzyjaźnionych hoteli i restauracji: - Akurat dzisiaj najwięcej otrzymałem od restauracji i hoteli. Jeden z nich obliczył nawet, że goście zjadali tylko połowę posiłków, że miesięcznie wyrzucano tonę jedzenia! Aby tego uniknąć, hotel zgłosił się do mnie - mówi pan Jan. 

 

Ludzie zostawiają sobie liściki

 

Ludzie, którzy przychodzili po paczki, opowiadali mu, że nie raz jedzenia szukali w śmietnikach i znajdowali tam na przykład 5 kg cukru albo nieprzeterminowane konserwy. - To też jedzenie, ale sposób jego zdobywania uwłaczał godności. Więc pod koniec tamtego roku wszedłem na portal aukcyjny, poszukałem lodówki za tysiąc złotych. Chciałem kupić ją za własną kasę i postawić w mieście.

 

Kiedy pani sprzedająca lodówkę, dowiedziała się, jaki jest cel jej zakupu, oddała za darmo. Pierwszą lodówkę pan Jan umieścił na swoim osiedlu. Nikt jej nie niszczył, nikt nie kradł jedzenia, ludzie zostawaili sobie listy:  - Na przykład pan, który oddawał grochówkę, umieszczał na słoiku datę przygotowania. Potem potrzebujący zostawiał mu odpowiedź: "Dziękuję, bardzo mi smakowało".

 

Dzisiaj na osiedlu jest już 6 "lodówek społecznych".

 

Jeździ 200 km, żeby pomóc

 

Każda z nich ma swojego opiekuna, który dba o czystość. Pan Jan z wolontariuszami wieczorami zaopatrują lodówki w jedzenie. Często ludzie potrzebujący czekają na żywnośc już od godziny 23.00.

 

Przy rozdawaniu również pomagają wolontariusze, często są to samotne matki, które nie wierzą w swoją wartość. Od pana Jana mogą usłyszeć: "Jesteście mi bardzo potrzebne". 

 

Ludzie chętnie uzupełniają lodówki. - Pewnego razu zauważyłem matkę z dzieckiem, która wkładała żywność. Zapytałem, skąd są. Odpowiedziała, że z Kujaw. Czyli jeździli ponad dwieście kilometrów w jedną stronę! "Wie pan, dlaczego to robię? Bo nie chcę, by moje dziecko było bezdusznym trollem. Niech się uczy pomagania", dodała kobieta. I zatkało mnie.

 

"Ksywa miła, ale zobowiązuje"

 

"Jan Serce" - tak ludzie we Wrocławiu mówią o panu Janie, a on komentuje, że to miłe, ale też zobowiązujące. Ciągle zastanawia się, co mógłby robić inaczej i lepiej. 

 

Gdy kończy swoją zawodową pracę, zaczyna inne życie. Odbiera żywność, pakuje ją i umieszcza w lodówkach. Zdarza się, że wraca do domu o północy i śpi trzy godziny. Mówi, że ma wspaniałą żonę i dzieci. Choć czasem nawet oni pytają go, skąd bierze tyle energii. - Są tacy, co zdobywają szczyty. Ja wolę zdobywać ludzi - odpowiada. 

 

 

 

Wspomóż Nas

Twoja ocena:

Średnia ocen:

4.75

Liczba głosów:

40

 

 

Komentarze użytkowników (0)

Sortuj według najnowszych

Facebook @portalDEONTwitter @deon_plYouTube @portalDEONplInstagram @deon_plKontakt

Logowanie

 
Opcja umożliwiająca automatyczne logowanie w serwisie przy kolejnej wizycie. Jest aktywna do momentu wylogowania.
zarejestruj się zapomniałeś hasła?
Zaloguj przez Facebook