Bezdomny, który zawstydził byłego kleryka

(fot. shutterstock.com)

Spotkał bezdomnego Rafała po mszy świętej w Warszawie i zaczęło się coś, czego się zupełnie nie spodziewał.

 

On: bezdomny, ma na imię Rafał i nie posiada nic poza wiarą. Od reszty ludzi odróżnia go wszystko. Nie przeklina swojego losu. Jest szczęśliwy. Dlaczego? Jego kolega: doświadczył przez trzy tygodnie bezdomności, był klerykiem w seminarium, szuka odpowiedzi na wiele pytań. Spotyka Rafała po mszy świętej w Warszawie i zaczyna się coś, czego się zupełnie nie spodziewał.

 

Jak wyglądałby dziś święty Franciszek? Byłby sierotą, bezdomnym? Śmierdzącym włóczykijem, odrzuconym żebrakiem czy szalonym kaznodzieją, od których aż roi się na ulicach Nowego Jorku? Kto potraktowałby go poważnie i dostrzegłby w tym ubogim bracie — dotkniętym trądem, ślepotą, stygmatami, cierpiącym chłód, głód i samotność — człowieka wiary zdolnej góry przenosić?

 

Niedawno wpadł w moje ręce tygodnik, tworzyłam go na stronie z publikacją byłego alumna, człowieka, który przez trzy tygodnie był bezdomnym. Jego mocne świadectwo wbiło mnie w fotel. Czułam zażenowanie, słuchając historii bezdomnego Rafała, którego poznał autor. I nie była to wiara niedzielna czy na pokaz, skupiona na tradycji chodzenia do kościółka dla "Bozi".

 

To była wiara świętych, zaufanie niemal ślepe, jak zaufanie dziecka wobec matki. Pierwsze o co zapytał Rafała, to czy jest szczęśliwy i jak udaje mu się znosić paraliżujący chłód, głód, zgryzotę samotności, braku domu i rodziny.

 

A on z prostotą odpowiedział: Jestem szczęśliwy, bo wierzę w obietnicę Jezusa Miłosiernego, wiem że moje cierpienie potrwa tylko chwilę, a potem otrzymam nagrodę. Czuję też, że to Jezus we mnie i ze mną cierpi głód, zimno, osamotnienie i brak rodziny.

 

Po czym wyjął z kurtki obrazek Jezusa Miłosiernego, z którym nie rozstawał się nigdy. Dodał, że brak i tęsknotę za rodziną wypełnia mu miłość do Jezusa, to On jest teraz jego rodziną i wszystkim co ma.


Po kilku latach Rafał zmarł na rozległy zawał serca, w niedzielę miłosierdzia Bożego… Jezus spełnił wobec niego swoją obietnicę i z pewnością zabrał swojego przyjaciela ze sobą.

 

Wzruszyłam się i od razu zadałam sobie pytanie, jaka jest moja wiara. Czy nie narzekam na swoje życie, nie dostrzegając ogromu darów i łask jakie otrzymuję? Czy ufam Jezusowi, że przygotował specjalne miejsce dla mnie w raju i chce dla mnie dobrze nawet jeśli nic z tego nie rozumiem?


To wszystko czasem brzmi jak film fantasy. A tu bezdomny, odrzucony przez świat, spisany na straty, człowiek bez twarzy i przyszłości, bez sukcesów i awansów, niedomyty i odrzucający nosi w sobie potężny skarb, jakiego pozazdrościłby nawet kapłan schludnie odziany i pobożnie żyjący.

 

Czułam wstyd. Odjęło mi mowę. Tak prosta historia człowieka, któremu życie odebrało wszystko, a który żył nadzieją, pokojem i zaufaniem. Cóż on miał do stracenia? Cóż mógł oddać Jezusowi, jeśli nie swoje nędzne życie, w którym w beznadziei dostrzegł Boga uzdrawiającego. I tutaj się ocknęłam, nędzne?

 

Przecież bogacz pławiący się w pieniądzach, wiedzie nierzadko życie nędzne duchowo, puste wewnętrznie, wyzbyte metafizyki i kontaktu z Bogiem, który jest jak tlen, otacza nas zewsząd, rozbawia kolorami, pierwiosnkami i zielenią, a każdy wschód słońca Go zapowiada.

 

Życie tego bezdomnego wszystko sprowadza na ziemię. Wątpliwości, z jakimi borykamy się jako wierzący, nikną w świetle potęgi jego wiary. Czemu on ją miał? Czemu ja tak nie wierzę? Czemu autor przyznał, że jego wiara jako byłego kleryka jest dużo mniejsza niż wiara Rafała i poczuł wstyd?

 

Przecież tyle otrzymaliśmy. Dom, rodzinę, zdrowie, pracę. A może jest tak, że im mniej mamy tym łatwiej żyć i pójść za Jezusem? Jedni przeklinają imię Boga za niepowodzenia, dramaty, choroby, inni go uwielbiają i błogosławią jego Imię. Każdy jednak cierpi po swojemu, każdy otrzymał te same szanse i startował z tego samego punktu. Tylko jedno dzieli człowieka wiary, od człowieka ufającego tylko sobie, swoim pieniądzom, znajomościom i układom. Wybór.

 

Rafał też miał wybór, mógł przeklinać Boga, odwrócić się od Niego, bo żył ogołocony z wszelkich dóbr, ale wybrał Jezusa na towarzysza niedoli. Dla nas zasypiających w ciepłych pieleszach to zjawisko nie do pojęcia, tym bardziej nie do pojęcia była postawa Rafała, który niezłomnie trwał przy Jezusie, gdy trząsł się z zimna wieczorem, gdy zasypiał na ławce, jadł ze śmietnika, przemywał rany w ośrodku pomocy, znosił wyśmiewanie, pogardliwe spojrzenia i poniżające przytyki ze strony ludzi.

 

Dla wielu z nas bezdomny to ktoś komu się nie udało, bo w kategoriach światowych, życie ma sens tylko wtedy, gdy jest pozbawione bólu, cierpienia i biedy. Pierwsze pytanie jakie się pojawia, to ilu bezdomnych przekreślamy od razu? Ilu z nich pomogliśmy? Ilu z nich nauczyło nas czegoś w kwestii pomocy słabszemu?

 

Często spisujemy na straty tego typu ludzi, bo w świadomość katolika, mamy wpojone jedno — dobrobyt to rodzaj błogosławieństwa, poukładane życie to objaw miłości Boga, zdrowie to największy dar, rodzina i dorobek to cel, dobra praca to znak inteligencji, a chodzenie do kościoła to wyraz wiary.

 

W rzeczywistości jest inaczej, cierpienie to droga do życia, śmierć to tylko przejście, ból może być narzędziem zbawienia, ciało jest tylko tymczasowe, cierpienie chwilowe, bogactwo kończy się w trumnie, a z chodzenia do kościoła dla tradycji nie wynika dla rozwoju nic.

 

Wiara nie jest wymalowana na twarzy, nie wybiera bogatych, przystojnych, ludzi sukcesu, trzeba ją dostrzec w słowach, czynach i w życiu codziennym. Rafał uczepił się tej jednej obietnicy jak Maria Magdalena krzyża i jak ona — nie puścił jej do samego końca. Jezus z pewnością zapytał go — kto z moich wierzących podał ci rękę, wysłuchał, przytulił, pocieszył, ukoił, dał schronienie, jedzenie, a kto napoił?

 

Kto z moich wiernych był przy tobie w smutku i samotności, kto zadbał o mnie w tobie? W raju nie będzie już podziałów, kast, ról społecznych, nie będzie śmierdzących i pięknisiów, nabotoksowanych i odrażających, możnych i biedaków, wielkich posiadaczy i bezdomnych. Zastanów się czy napotkany bezdomny brat lub siostra, nie nosi w sobie największego skarbu, jakim może cię pobłogosławić, czy nie jest kolejnym biedaczyną jak Franciszek z Asyżu, którego wiara przemieniała każdego z kim przystał.

 

Przeczytaj też: Prawie wszystko o bezdomności >> i Bóg kopnięty życiem >>

 

 

Wspomóż Nas

Twoja ocena:

Średnia ocen:

5

Liczba głosów:

10

 

 

Komentarze użytkowników (5)

Sortuj według najnowszych

Zgłoś do moderacji

Noe.D 16:42:08 | 2018-04-17
To nie ośmioletnie rządy Platformy, Agamemnonie, nie masz racji. Wcześniej też tak było. I teraz jest. I właściwie jest zawsze i w każdym kraju. Nawet Jezus Mówił "ubogich zawsze będziecie mieć między sobą, ale Mnie nie zawsze macie". Rzecz w tym, żeby nie dać się znieczulić i samemu też robić, co się da. Zapraszam do posłuchania kazania-świadectwa abpa Konrada Krajewskiego, jałmużnika papieskiego: www.youtube.com/watch?v=_87y1Hn1CcA

Oceń 5 1 Pokaż odpowiedzi odpowiedz

Zgłoś do moderacji

Agamemnon 11:40:11 | 2018-04-17
Po to mamy organizację zwaną państwem byśmy się w jej ramach mogli zająć takimi jak powyżej problemami. Jest niedopuszczalne by ktoś  nie miał dachu nad głową i nie miał co jeść. Ośmioletnie rządy Platformy Obywatelskiej doprowadziły miliony Polaków do podobnego stanu rzeczy. Zapychanie się wiarą w tej sytuacji jako namiastką odpowiedzi na zaistniałą sytuację, nie spowoduje normalności w jakiej powinniśmy żyć. Ale Autorka tekstu tego, nie bagatelizuje. Wskazuje na uniwersalność wiary w Chrystusa w każdej okoliczności.

Oceń 7 4 odpowiedz

Facebook @portalDEONTwitter @deon_plYouTube @portalDEONplInstagram @deon_plKontakt

Logowanie

 
Opcja umożliwiająca automatyczne logowanie w serwisie przy kolejnej wizycie. Jest aktywna do momentu wylogowania.
zarejestruj się zapomniałeś hasła?
Zaloguj przez Facebook