O dzieciach, bojących się własnego imienia

Życie Duchowe

Mamy też dzieci, które boją się rodziców. Wspomnienie domu jest dla nich bolesne i trudne. Czasem wręcz proszą: „Niech siostra nie wpuszcza tu moich rodziców…”. Nie tęsknią za domem i nie opowiadają o nim. Obraz domu i rodziców skrywają gdzieś w sobie.

 

Z s. Danutą Filemoną Rapacz BDNP, dyrektorką Domu Dziecka w Tupizie w Boliwii, rozmawia Józef Augustyn SJ.

 

W jaki sposób dzieci trafiają do Domu Dziecka, który Siostry prowadzą?

 

Bywa różnie. Czasem sami rodzice czy krewni przyprowadzają do nas dzieci, zwłaszcza z odległych, górskich wiosek, gdzie niemożliwa byłaby edukacja dziecka. W wielu wioskach dzieci nie potrafią nawet mówić po hiszpańsku. Dla nich nasz dom staje się poniekąd internatem na kilka lat edukacji. Zdarzały się też sytuacje, że rodzice przyprowadzili do nas swoje dzieci, prosząc o zaopiekowanie się nimi przez jakiś czas, tłumacząc się na przykład koniecznością poszukiwania przez nich pracy, i już nigdy więcej nie wrócili. Niekiedy sąsiedzi, widząc trudną sytuację dziecka, zgłaszają nam problem. Przykład: sześcioro dzieci mieszkających z matką w małej górskiej wioseczce. Pewnego dnia mama po prostu odeszła. Najstarszy chłopiec miał szesnaście lat, najmłodszy – dziesięć miesięcy. Sąsiedzi przywieźli do nas trójkę najmłodszych, prosząc, byśmy pomogli im przeżyć. Utrzymujemy kontakt z pozostałym rodzeństwem. Niestety, nie udało nam się nawiązać żadnego kontaktu z matką.
 
Bywa też i tak, że same dzieci przychodzą do nas, uciekając przed domowym piekłem. Mamy podopiecznych, którzy zostali do nas skierowani przez pracownika socjalnego, obrońcę praw dziecka, sędziego czy policję. Warto podkreślić, że sytuacji prawnej panującej w Boliwii nie można porównywać z europejskimi standardami. Trudno mówić o kwestiach prawnych w kategoriach znanych nam z Polski. Często same musimy starać się, by mieć jakikolwiek dokument dziecka. Dopiero od niedawna zaczęłyśmy ściślejszą współpracę z sędzią i z obrońcą praw dziecka.

Dodam, że Tupiza i okolice to najbiedniejszy rejon Boliwii. Panujący tu trudny, suchy i zimny klimat oraz brak pracy sprawiają, że ludzie żyją bardzo biednie. W takich warunkach wychowują się dzieci. Często narażone są na choroby, niedożywienie i prace od wczesnych lat. W tym rejonie umieralność dzieci jest znacznie większa niż w innych częściach Boliwii. Do najczęstszych przyczyn zgonów dzieci należy ogólne niedożywienie i brak opieki lekarskiej.

 

Z jakich środowisk i rodzin wywodzą się Wasze dzieci?

 

Przede wszystkim pochodzą one z wiosek, z rodzin zaniedbanych, żyjących w bardzo trudnych warunkach, na przykład bez prądu. Często są to rodziny dotknięte problemem alkoholizmu. Bywa, że dzieci z racji wspomnianych ciężkich warunków nie miały możliwości uczęszczania do szkoły. Dlatego też, trafiając do nas nawet w wieku jedenastu – dwunastu lat, nie potrafią ani pisać, ani czytać. Na początku trudno się z nimi porozumieć, ponieważ niektóre z nich prawie nie mówią po hiszpańsku, posługują się tylko narzeczem Quechua.


Warto wspomnieć, że w Boliwii życie na wsi różni się kolosalnie od życia w mieście. Wioska to często kilka małych domków ulepionych z gliny, najczęściej bez okien. Te lepianki mają chronić mieszkańców od mrozu w zimie, a w lecie od upałów. Bardzo często osiedla te nie posiadają prądu, a niemal zawsze wielkim problemem jest w nich brak wody. Życie tu jest bardzo ubogie i prymitywne. Turystycznie są to rejony bardzo atrakcyjne: krajobrazy jak z bajki. Jednak dla tych, którym przyszło tu żyć, jest to ziemia niosąca trud, zimno i biedę. Dzieci, które z tych rejonów przychodzą do nas, są na początku zagubione i zastraszone. Ich życie jest bowiem naznaczone biedą i nędzą ich rodziców.

Trafiają też do nas dzieci z Tupizy. W kilku wypadkach powodem przekazania nam dzieci na wychowanie był alkoholizm rodziców. W lutym 2006 roku policja przyprowadziła do nas czteroletniego Cristiana. Jego mama ma dwadzieścia lat. W czasie karnawału zniknęła z domu na kilka dni. Chłopiec przez cały czas był w domu sam. Sąsiedzi zaprowadzili go na policję i w ten sposób trafił do nas. Okazało się, że jego mama bez przerwy piła. Obecnie sprawa jego pobytu w domu dziecka jest w sądzie. To jeden z nielicznych przypadków, kiedy mogłyśmy porozumieć się z sędzią i próbujemy uregulować sytuację prawną dziecka. W Tupizie, jak też w całej Boliwii, bardzo wiele matek samotnie wychowuje swoje dzieci. Małżeństwa, a tym bardziej związki partnerskie są bardzo nietrwałe. Jest to niestety częsty i bolesny problem, który dotyka w szczególny sposób dzieci pozbawionych prawdziwej rodziny.

 

Czy Wasze dzieci nie tęsknią za domem rodzinnym i rodzicami?

 

Z tym jest bardzo różnie. Jeśli rodzice oddają do nas dzieci ze względu na ubóstwo, w jakim żyją, bo chcą dzieciom zapewnić ukończenie szkoły i dobre wychowanie, to ich dzieci mają zazwyczaj dobry obraz rodziców i domu. Te tęsknią. One wiedzą, że oddano je do domu dziecka dla ich dobra. Wiedzą też, że są u nas tylko na jakiś czas. Wierzą, że po skończeniu szkoły ponownie zamieszkają z rodzicami. One mówią często o swoich rodzicach, czekają z utęsknieniem na spotkanie, cieszą się, kiedy bliscy ich odwiedzają.
Są też dzieci, które nigdy nie poznały swoich rodziców. W niektórych wypadkach są prawdziwymi sierotami, bo oboje rodzice nie żyją. Bardzo wielu podopiecznych z naszego domu to dzieci opuszczone przez rodziców. Jednak nawet wówczas, gdy wiedzą, że zostały porzucone przez rodziców, to w ich wyobraźni tata i mama jawią się jako cudowne osoby. śnią o nich, marzą o spotkaniu z nimi i całe życie na nich czekają. Najczęściej są to oczekiwania bezskuteczne.
 
Mamy też dzieci, które boją się rodziców. Wspomnienie domu jest dla nich bolesne i trudne. Czasem wręcz proszą: „Niech siostra nie wpuszcza tu moich rodziców…”. Nie tęsknią za domem i nie opowiadają o nim. Obraz domu i rodziców skrywają gdzieś w sobie.

 

Czy rodziny utrzymują kontakty z dziećmi, które wychowują się u Was?

 

Bardzo rzadko. Na sześćdziesięcioro podopiecznych przebywających w naszym domu tylko kilkanaścioro odwiedzają krewni. W czasie ostatnich wakacji tylko dwanaścioro dzieci pojechało do swoich bliskich na kilka dni. Pozostałe są okrągły rok z nami. Myślę, że duży wpływ na taki stan rzeczy mają bieda, wielkie odległości i brak dobrych dróg. Do wielu miejsc położonych w górach nie dociera żaden środek lokomocji, a dojście do większego miasta na piechotę wymaga kilku dni. Do wielu wiosek leżących w głębi kraju, w górach, dojeżdża czasami jakaś ciężarówka, wtedy istnieje okazja wyjazdu do miasta, by załatwić jakieś sprawy. Tak się tu podróżuje. Trudno więc wymagać, by rodzice odwiedzali swoje dzieci. Myśląc kategoriami warunków polskich, trudno sobie wyobrazić, że istnieją miejsca, gdzie nie dociera żadna poczta, nie funkcjonują telefony, nie ma po prostu żadnego kontaktu ze światem.


Jednak są wyjątki. Na przykład do dwójki dzieci, które przybyły do nas z górskiej wioski położonej na wysokości ponad czterech tysięcy metrów, przynajmniej dwa razy w roku przyjeżdża w odwiedziny starszy brat. Na tę podróż poświęca jednak miesiące. Ponieważ nasze pociechy rzadko są odwiedzane przez swoich bliskich, dlatego też z wielką radością przyjmują każdą wizytę. Chcą zwrócić na siebie uwagę. Zarówno maluchy, jak też nastolatki, mają ogromny głód miłości i potrzebę, by być dla kogoś kimś ważnym. Nasze dzieci mają te same oczekiwania, marzenia i tęsknoty, co wszystkie dzieci na całym świecie. Niczym się od nich nie różnią.

1 2 3  
Wspomóż Nas

Twoja ocena:

Średnia ocen:

5

Liczba głosów:

10

 

 

Komentarze użytkowników (0)

Sortuj według najnowszych

Facebook @portalDEONTwitter @deon_plYouTube @portalDEONplInstagram @deon_plKontakt

Logowanie

 
Opcja umożliwiająca automatyczne logowanie w serwisie przy kolejnej wizycie. Jest aktywna do momentu wylogowania.
zarejestruj się zapomniałeś hasła?
Zaloguj przez Facebook