Przekleństwo czy błogosławieństwo?

Być dla innych

Mateusz był dzieckiem chcianym. Ja kończyłam studia, mąż dobrze zarabiał, byliśmy pełni zapału. Rzeczywistość okazała się jednak trudna. Mały płakał nocami, mąż uspokajał go na rękach czasem do czwartej rano (po szóstej wstawał do pracy...), ja traciłam pokarm, ale uporczywie chciałam go karmić naturalnie. Rodzina stała z boku. „Musicie jakoś przetrwać te pierwsze miesiące” – słyszeliśmy na prawo i lewo. Jednym słowem – koszmar.

 

Po kilku miesiącach nasze życie się ustabilizowało. Nie wyobrażałam sobie jednak, żeby ten koszmar przeżywać jeszcze raz. A jednak stało się. Nie mogłam uwierzyć, że na pasku testu ciążowego znów widzę dwie wyraźne kreski! „Jak Pan Bóg może mi to robić?!” – pytałam sama siebie i dwa dni trwałam w depresji. Potem pogodziłam się. A gdzie w tym wszystkim miejsce na miłość do tego maleństwa, które rozwijało się we mnie? Przyszła później, tak jakbym musiała do niej sama dojrzeć. Sara urodziła się dokładnie rok i 3 miesiące po Mateuszu. Przeprowadziliśmy się z wynajmowanego mieszkania do babci, bo wiedzieliśmy, że wnoszenie dwójki dzieci i zakupów na trzecie piętro przekroczy moje możliwości.


Przyznaję, było ciężko. Jedno dziecko budziło w nocy drugie, trudno było wyjść samemu na spacer, nie mieliśmy podwójnego wózka. Musieliśmy liczyć na pomoc innych. To był pierwszy dialog, jaki Pan Bóg z nami przeprowadził – proszenie o pomoc nie przychodziło mi bowiem łatwo. Musiałam jednak trochę nagiąć swój dumny kark i otworzyć się na innych, choć nie zawsze postępowali tak, jakbym chciała. Kiedy Sara miała kilka miesięcy zaczęliśmy dostrzegać nietypowe zachowanie Mateusza. Sara zaczęła mówić – Mati wciąż milczał. Ona chętnie się przytulała – on „wisiał” w ramionach, prawie nie oddawał uścisku. Ona rozrabiała - on układał zabawki w rządku, podnosił je do okna i oglądał pod światło. Ona płakała, gdy się przewróciła, oczekiwała, że ją pocieszymy - on prawie nigdy nie płakał. Zatykał uszy przy niektórych dźwiękach, niekoniecznie najgłośniejszych. Kiedy przechodził koło młodszej siostry, jakby od niechcenia, dla zabawy, popychał ją lekko. Ale ona się nie przejmowała. Ledwo chodziła, a już nauczyła się odpowiednio manewrować ciałem, by go ominąć. To ona przejmowała inicjatywę w zabawie i mówiła do niego, mimo że on nie odpowiadał. I wtedy zrozumieliśmy, że Sara okazała się dla nas prezentem, którego nie planowaliśmy i który tak trudno było nam przyjąć. To ona okazała się najlepszym terapeutą brata – przy niej nauczył się bawić, zaczął mówić. Wszystkie te jego dziwne, autystyczne zachowania były wypierane przez te normalniejsze, zrozumiałe. Po dwóch latach znowu zaszłam w ciążę. Mimo dobrych doświadczeń, nie byłam gotowa na ponowne macierzyństwo. Kiedy już zaakceptowaliśmy tę nową sytuację – Pan Bóg zabrał nam to dziecko, ciąża okazała się martwa. Ja jednak byłam spokojna, choć widok małego embrionu na monitorze USG, jakby obejmującego się ramionami, pewnie zostanie ze mną na zawsze... Urodziłam jeszcze dwoje dzieci: dziewczynkę i chłopca. Jako nauczycielka języka angielskiego nie mam problemów ze znalezieniem pracy, którą mogę dostosować do potrzeb i konieczności opieki nad dziećmi. To one modliły się z nami o wyjście z długów, własne mieszkanie.


Kiedy jedynaki znajomych wieszają się na rękach rodziców: „mamo, nudzi mi się”, moje dzieci są samowystarczalne. Natalka (4-lata) jest jak zabawka interaktywna dla Sary (8): można ją przebierać, odgrywać różne role i obie są szczęśliwe. Jeremi (3) stoi na ustawionej z krzeseł bramce, gdy Mateusz (9) strzela, obaj krzyczą: goooool, i też się dobrze bawią. Oczywiście nie zawsze jest różowo. Dorastające dzieci nie zawsze chcą zrozumieć, że nie dostaną od babci (tak jak koledzy – jedynaki) po „dwie stówki” na urodziny ani najnowszej gierki na PSP, że czasami maluchy im coś zgubią lub zniszczą. Ale uczą się też dzielić, rozumieć, wybaczać, przeboleć straty. I oto jesteśmy – rodzice z czwórką małych dzieci, od kilku tygodni we własnym mieszkaniu. Owszem – zapracowani, zagonieni, ale z doświadczeniem, że w trudnych chwilach jesteśmy dla siebie wsparciem.

 

 

Wspomóż Nas

Twoja ocena:

Średnia ocen:

4.3

Liczba głosów:

46

 

 

Komentarze użytkowników (43)

Sortuj według najnowszych

Zgłoś do moderacji

brat_robot 11:02:29 | 2010-02-24
@joan Ja nie jestem zwolennikiem zniesienia celibatu (głównie ze względów ekonomicznych), ale chciałem tylko zwrócić uwagę na pewien problem. 

Oceń odpowiedz

Zgłoś do moderacji

~joan 22:44:27 | 2010-02-23
Czasem wydaje mi się, że zniesienie celibatu miałoby przynajmniej jeden pozytywny efekt. Celibatariusze w końcu dowiedzieliby się, jak naprawdę wygląda wychowanie dziecka

Brat robot, ja myślę, że aby kogoś zrozumieć nie trzeba mieć identycznych doświadczeń- potrzebna jest wrażliwość i empatia. Pisałeś, że łatwo teoretyzować z ambony- oj, łatwo, też tego nie lubię. Jednak jeżeli ktoś potrzebuje rady osoby duchownej, to w rozmowie indywidualnej jest całkiem inaczej, można liczyć na zrozumienie. Ludzie nie dzielą się na tych z dziećmi i tych bez dzieci. W Polsce start dla młodych jest bardzo trudny, różnie się układa w zależności od zdrowia, wsparcia ze strony rodziny itd, więc trud wychowania dzieci w jednej rodzinie nierówny trudowi w innej i też niełatwo pomiędzy nimi o zrozumienie. Czasami mam wrażenie, że księża łatwiej porafią zrozumieć, że mogą wystąpić problemy, a inne rodziny bazują tylko na własnych doświadczeniach i nie rozumieją np. tego jak ciężko radzić sobie bez pomocy rodziny albo, że mogą wystąpić inne trudności jakie akurat ich nie spotkały. Myślę zatem, że zniesienie celibatu nie jest potrzebne aby księża rozumieli problemy ludzi żyjących z małżeństwie.

Oceń odpowiedz

Zgłoś do moderacji

Jadwiga 15:40:28 | 2010-02-18
brat robot
"Czasem wydaje mi się, że zniesienie celibatu miałoby przynajmniej jeden pozytywny efekt. Celibatariusze w końcu dowiedzieliby się, jak naprawdę wygląda wychowanie dziecka i codzienne życie rodziny."

Moze i dobrze by było gdyby sie dowiedzieli. Ale kto by utrzymywał te dzieci i te rodzinę? My podatnicy?

Oceń odpowiedz

Zgłoś do moderacji

~Aura 09:49:16 | 2010-02-18
Nie wierzę, że to byłby efekt pozytywny.
Najpewniej sami przestaliby mieć czas na zaangażowanie
się w podjętą funkcję.

Przecież księża i siostry zakonne wywodzą się z rodzin,
mają rodzeństwa zmagające się z problemami, często
służą im nie tylko pomocą modlitewną.. A niejednokrotnie
najbardziej bolesne są doświadczenia wywiedzione z dzieciństwa.
Obserwuje się przecież zmagania rodziców, wujków, sąsiadów..
Do tego dochodzą niejednokrotnie lekcje katechezy w szkołach,
i jeszcze sakrament spowiedzi - wyobrażam sobie,
że to aż nadto, by wiedzieć o skali problemów związanych
nie tylko z wychowaniem..

Oceń odpowiedz

Zgłoś do moderacji

brat_robot 09:40:20 | 2010-02-18
Ale niech Ci będzie trwajmy przy opinii że wychowywanie dzieci to czysta przyjemność. I tak się rodzą mity...


Czasem wydaje mi się, że zniesienie celibatu miałoby przynajmniej jeden pozytywny efekt. Celibatariusze w końcu dowiedzieliby się, jak naprawdę wygląda wychowanie dziecka i codzienne życie rodziny. Spowiedź to średnie źródło doświadczenia w tym zakresie. Mit ciąży i rodzicielstwa ma w swobie wiele dobrego (ja też wolę pamiętać i myśleć tylko o dobrych chwilach), ale to zafałszowanie obrazu - ból, stres, zniechęcenie,  obawa, czy sobie poradzę, zmęczenie - z ambony łatwo teoretyzować i narzekać na rodziny nie decydujące się na większą liczbę dzieci.

Oceń odpowiedz

Zgłoś do moderacji

~Ojciec jedynaczki :) 08:56:06 | 2010-02-18
Pewnie tak jak wszyscy opiekujemy się dzieckiem, biegamy na kolanach pod stołem rechocząc jak żaby, kiedy jest chora tez ją noszę na rękach. Moja córka jest całym moim życiem. I nie roztkliwia mnie to o czym piszesz, jest to naturalne. "kobieta z potem na plecach" i "ojciec co nosi do rana dziecko na rękach" - to tylko synonimy bohaterów artykułu. Dziwne bo nie doczytałem się w tekście że oni poświęcenie, a reszta luksus. Ale niech Ci będzie trwajmy przy opinii że wychowywanie dzieci to czysta przyjemność. I tak się rodzą mity...

Oceń odpowiedz

Zgłoś do moderacji

~es 18:29:34 | 2010-02-17
Ojcze jedynaczki, wszyscy nosimy nasze dzieci i o nie dbamy- to i obowiązek i przyjemość, a Ty tego nie robisz? Nie muszą mieszkać w zagrzybionym pokoju ale mieć świadomość, że inni mają trudniej bo bez pomocy a oni ja wynika z artykułu przekonani, że to cała reszta ma luksus, a u nich poświęcenie. Autorka nie pisze tylko, że jej dzieci nie dostają prezentów, ale jest przekonana, że inni dostają. Ciekawa jestem ja Wy dbacie o Wasze rodziny skoro tak Was roztkliwia,że inni noszą w nocy płaczące dziecko.

Oceń odpowiedz

Zgłoś do moderacji

~Ojciec jedynaczki :) 18:12:31 | 2010-02-17
Ludziska kochani ale się czepiacie, babka mówi jedynie, że jej dzieci nie dostają pieniędzy albo drogich prezentów, nie kładzie nacisku na to że jedynacy są rozpuszczeni i dostają co chcą. Nie sądzę żeby chciała generalizować czy upraszaczać. Jak czytam te posty to mam wrażenie że myślicie, że żeby ich przykład był wiarygodniejszy to powinni mieszkać w jednym zagrzybionym pokoju, spać na kupie i jeść odpadki...
A nie nie moi drodzy...
Pełen szacunek dla "kobiety z potem na plecach" i ojcu co nosi do rana dziecko na rękach. Fajna z Was rodzina!

Oceń odpowiedz

Zgłoś do moderacji

salome 13:56:05 | 2010-02-17
Własnie dodałam komentarz do artykułu "Dziecko potrzebuje Boga", ale zniknął i zniknął też napisek "dodaj komentarz". Czy tam się coś zepsuło?
Powtórzę go tutaj:

Cyt.Jeden z błędów w wychowaniu religijnym małego dziecka polega na tym, że zbyt szybko i za wcześnie przekazuje się mu wytyczne o charakterze moralizującym.

Czyli wg autorki najpierw rozkoszowanie się Bogiem, który kocha, potem Bogiem, który przebacza, następnie Bogiem który usuwa przeszkody. A pojęcia grzechu i kary wcale nie wprowadzać? A jak jakieś rezolutne dziecko spyta, dlaczego w takim razie Jezus cierpiał na Krzyżu, skoro Bóg tylko kocha, przebacza i usuwa przeszkody?

Oceń odpowiedz

Zgłoś do moderacji

brat_robot 13:45:13 | 2010-02-17
A warunki materialne? To jest pytanie o "granice" zaufania Bogu.


To nie jest problem zaufania ale racjonalnego myślenia. Nawet największa wiara nie determinuje do wejścia na ruchliwą ulicę na czerwonym świetle. Problem jest, że kwestie wiary wprowadza się w przestrzeń planowania rodziny. Skutkiem jest wystawianie Boga na próbę. Bo inaczej tego nie można nazwać.

Oceń odpowiedz

Pokaż więcej komentarzy

Facebook @portalDEONTwitter @deon_plYouTube @portalDEONplInstagram @deon_plKontakt

Logowanie

 
Opcja umożliwiająca automatyczne logowanie w serwisie przy kolejnej wizycie. Jest aktywna do momentu wylogowania.
zarejestruj się zapomniałeś hasła?