Ciasne domy czy ciasne serca?

Ciasne domy czy ciasne serca?
Ciekawe, że w Chinach uregulowania prawne zmuszające obywateli do zredukowania potomstwa do jednego dziecka są traktowane jako cios wymierzony w prawa człowieka, podczas gdy w Europie dobrowolnie godzimy się na taki model i promujemy go. (fot. Edwin Dalorzo / flickr.com)
Logo źródła: Sygnały troski Beata Rybak / slo

Zjawisko kurczenia się rodzin staje się faktem i każdy, nawet mało wnikliwy obserwator może to potwierdzić. Socjolodzy apelują, politycy debatują. Ale czy oprócz groźby regresu demograficznego i upadku systemów emerytalnych w związku z postępującym starzeniem się społeczeństw istnieją inne możliwe konsekwencje coraz mniejszych rodzin?

Czy małe, często hermetyczne środowiska rodzinne spełnią swoje zadanie wobec społeczeństwa na polu socjalizacji? Czy oprócz popularnej i szeroko rozpowszechnionej antykoncepcji i narastającego zjawiska aborcji istnieją inne przyczyny takiego stanu rzeczy? I wreszcie co się bardziej opłaca: skoki na bungee tudzież inne ekstremalne wyczyny czy posiadanie potomstwa, skoro to drugie dostarcza nam emocji i adrenaliny regularnie, w dużo większych dawkach i za darmo?

Dlaczego jest mało dzieci?

Względy ekonomiczne od dłuższego czasu zajmują najwyższe pozycje w badaniach nad przyczynami odkładania decyzji o założeniu rodziny. W Polsce zamiast polityki prorodzinnej mamy politykę antyrodzinną, by wspomnieć tylko Ustawę o świadczeniach rodzinnych z 28 listopada 2003 roku, w myśl której rodzic wychowujący dzieci samotnie ma prawo do wyższych świadczeń w porównaniu z rodziną pełną, co jawnie godzi w trwałość związku małżeńskiego. Brakuje również kompleksowych działań wspierających rodziny wielodzietne, które w Polsce w przeważającej większości żyją na granicy ubóstwa lub są nim zagrożone.

DEON.PL POLECA

Polityka społeczna, nietrudno zauważyć, pozostaje w rażącej sprzeczności z wartościami takimi jak małżeństwo czy rodzina, które niezmiennie od wielu lat stoją na czele hierarchii wartości polskiego społeczeństwa. Do tego dochodzi system podatkowy ignorujący, a nawet dyskryminujący rodzinę, który posiadanie dzieci uważa za luksus, od którego należy odprowadzić podatek (pośrednio w pomocach szkolnych, artykułach dziecięcych, książkach).

Sytuacja na rynku pracy zachęca bardziej do snucia marzeń na temat własnego mieszkania i rodziny niż do ich realizacji. Ponadto wydłużony czas kształcenia kobiet, ich aktywność zawodowa oraz oczekiwanie na względną stabilizację finansową powodują, że zdecydowanie później niż nasze mamy i babcie decydujemy się na urodzenie dziecka, które coraz częściej staje się tym pierwszym i ostatnim. Oczywiście takie zjawiska jak wypadnięcie z rynku pracy czy "zawieszenie" rozwoju zawodowego z powodu opieki nad dziećmi nie stanowią dodatkowej zachęty. Rola gospodyni domowej już dawno nie cieszy się społeczną estymą, a rodzina z większą ilością dzieci stereotypowo jest odbierana przez Polaków jako patologiczna lub nieodpowiedzialna, co również nie przysparza jej naśladowców.

W Stanach Zjednoczonych czy we Francji wielodzietność kojarzy się z dobrobytem i wysokim statusem społecznym (bo kogo stać na dzieci, jak nie bogatych), a w krajach Ameryki Południowej czy w tradycji żydowskiej nadal jest wyrazem Bożego błogosławieństwa. Jednak nowoczesne polskie społeczeństwo ma inne zdanie na ten temat. Ciekawe, że w Chinach uregulowania prawne zmuszające obywateli do zredukowania potomstwa do jednego dziecka są traktowane jako cios wymierzony w prawa człowieka, podczas gdy w Europie dobrowolnie godzimy się na taki model i promujemy go. Zresztą definicja rodziny wielodzietnej zmieniła się ostatnio w świadomości Polaków. Stosujemy ją nawet do rodzin średnich, takich jak nasza - z trójką dzieci.

Pomieszanie pojęć

Do tego dochodzi lansowana przez media moda na późne (czasami zdecydowanie za późne - 40 lat i więcej) macierzyństwo, zbudowany przez reklamę "etos" łatwego i przyjemnego życia, bez obowiązków, odpowiedzialności (najlepiej na koszt rodziców) czy promowany trend na bycie młodym i pięknym aż do śmierci. Nie sposób pominąć wszelkich kampanii i ruchów domagających się ograniczania dzietności w formie zawoalowanej eugeniki, fałszywie pojętego feminizmu walczącego rzekomo o prawo kobiety do decydowania o sobie i o "losie" swojego dziecka w jej łonie, a w rzeczywistości namawianie jej do antykoncepcji i aborcji.

Istnieje również presja otoczenia dotycząca awansu społecznego, kariery, samorealizacji. Prawdą jest, iż godzenie obowiązków rodzinnych i zawodowych nie należy do najłatwiejszych, nie oznacza to jednak, że jest niemożliwe. Nie dajmy sobie również wmówić, że każda kobieta, która zrezygnowała z kariery zawodowej po to, żeby zająć się dziećmi, padła ofiarą dyskryminacji i z tego powodu jest pogrążona w depresji.

Coraz bardziej powszechne staje się przeliczanie wydatków związanych z dzieckiem na dobrej klasy samochód w celu uzmysłowienia przeciętnemu obywatelowi skali czekających go kosztów posiadania potomstwa. Szkoda tylko, że nikt nie zapyta, czemu miałaby służyć i do czego zachęca taka socjotechnika.

Nie bez znaczenia jest również migracja za pracą, oderwanie od najbliższej rodziny. Teraz z powodu odległości czy aktywności zawodowej naszych rodziców - dziadków naszych dzieci - musimy liczyć wyłącznie na swoje siły.

Późne rodzicielstwo

Znajome małżeństwo opowiadało, że kiedy po wielu latach małżeństwa zdecydowali się na dziecko, uznając, że jest to najwłaściwszy moment, okazało się, że kolejne próby kończyły się niepowodzeniem, chociaż nie było ku temu żadnych przeszkód z biologicznego punktu widzenia. Po pewnym czasie doszli do wniosku, że przez te lata wytworzyli u siebie coś w rodzaju blokady psychicznej, której teraz nie potrafią samodzielnie przełamać. Nie wiedząc o tym, mówili o mentalności antykoncepcyjnej, której tak wiele miejsca w swoim nauczaniu poświęcił Jan Paweł II. Być może, pozostaje ona w związku z narastającym problemem niepłodności małżeńskiej - problemem już nie tylko medycznym, ale i społecznym.

Pogląd, że istnieje idealny czas na świadome macierzyństwo, to swojego rodzaju ślepa uliczka. Po pierwsze, konia z rzędem temu, kto taki czas wskaże, po drugie, jak mówi ks. Orzechowski: "wychowanie ma być przy okazji". Innymi słowy - rodzicielstwo winno być niejako wplecione w nasze życie, a nie do niego "dosztukowane". Nie wyklucza to planowania, jednak istotne jest, aby bez ważnych powodów nie odkładać rodzicielstwa na bardzo daleką, nieokreśloną przyszłość.

Jako matka pozostająca na urlopie wychowawczym już szósty rok, mogę śmiało powiedzieć, że zajmowanie się dziećmi jest dużym wyzwaniem i wymaga niebywałej energii, której z czasem mamy coraz mniej. Prawdą jest, że w późniejszym wieku zyskujemy mądrość, doświadczenie życiowe, dojrzałość, ale tracimy siły i cierpliwość, czasem brakuje nam spontaniczności tak potrzebnej w zabawach z dziećmi.

Cóż, każdy kij ma dwa końce. Często właśnie przeciążenie obowiązkami związanymi z opieką nad dzieckiem powstrzymuje nas od decyzji o następnym. Biorąc pod uwagę powyższe i inne, niewspomniane tutaj przyczyny, coraz więcej małżeństw decyduje się na jedno, maksymalnie dwoje dzieci (w Polsce według badań z 2008 roku przeprowadzonych przez GUS na Polkę przypada 1, 39 dziecka), co nie gwarantuje nawet prostej zastępowalności pokoleń. Konsekwencje ekonomiczne Wspomniany we wstępie regres demograficzny na skutek coraz niższego przyrostu naturalnego może za pewien czas przynieść krach demograficzny.

Pozostawiając szczegółową analizę ewentualnych jego skutków specjalistom, zatrzymajmy się na kilku istotnych sprawach. Po pierwsze, jako przeciętni obywatele możemy przypuszczać, że nie ma co liczyć na dobrą emeryturę. Po drugie, nasze dzieci mogą nie udźwignąć ciężaru utrzymania starzejącej się części społeczeństwa pochodzącego z wyżu demograficznego. Tym samym nie ma gwarancji, że czeka je dobre, dostatnie życie, na które my teraz tak ciężko pracujemy, dbając o ich edukację, rozwój, pomnażając ich talenty. Po trzecie, w ramach "sprawiedliwego" rozdzielenia środków to nasze dzieci sfinansują w przyszłości emerytury tych, którzy świadomie nie założyli rodzin i nie ponieśli związanych z tym kosztów zarówno psychicznych, jak i materialnych.

Czy możemy zaakceptować taką przyszłość dla naszych dzieci?

Nie są to bynajmniej groźby, ale możliwe skutki coraz mniejszych rodzin. Skutki społeczne W mniejszych rodzinach jest możliwa większa swoboda w podejmowaniu decyzji o rozstaniu rodziców, jeśli pojawią się poważne problemy. Będąc samotnym rodzicem, dużo łatwiej utrzymać się z jednym dzieckiem niż z całą ich gromadką (w tym sensie większa ilość dzieci scala rodziców i mobilizuje ich do rozwiązywania problemów). Przeszkodą nie są nawet koszty psychiczne, jakie w sytuacji rozwodu ponosi dziecko. Już od kilkunastu lat obserwujemy wzrost liczby rozwodów w Polsce. Wraz z nimi rośnie również prawdopodobieństwo powielania niezdrowych, niesłużących rodzinie wzorców.

Rodzina z jednym dzieckiem, jakkolwiek satysfakcjonująca pod względem zaspokojenia emocjonalnej potrzeby bycia rodzicem, dająca możliwość samorealizacji i "niegroźna" dla domowego budżetu, może napotkać na trudności w zapewnieniu dziecku optymalnego środowiska rówieśniczego niezbędnego do pełnego rozwoju społecznego. Posiadanie rodzeństwa zdecydowanie służy rozwijaniu osobowości altruistycznej, wrażliwej na potrzeby drugiego człowieka.

Długo by wymieniać zalety wynikające z wzrastania wśród rodzeństwa. Nauka empatii, tolerancji, akceptacji, opiekuńczości, wrażliwości, odpowiedzialności odbywa się tu w sposób naturalny. Jednak model rodziny z jednym dzieckiem jest coraz częściej powielany w społeczeństwie. Prawdą jest, że w przypadku jedynaków - dzisiejszych trzydziesto-, czterdziestolatków - zauważamy tendencję do zakładania większych rodzin. W dzieciństwie zazdrościli rodzeństwa kolegom z rodzin wielodzietnych, które kiedyś stanowiły zdecydowaną większość. Ta tendencja może się jednak nie powtórzyć z prostej przyczyny: dziś nie bardzo jest komu zazdrościć. Czy zatem istnieje jakieś dobre rozwiązanie?

Oczekiwanie na zmiany systemu, cud gospodarczy, opamiętanie mediów? W tej kwestii bądźmy raczej sceptyczni. Jakkolwiek ważne są wszystkie omówione wyżej zagadnienia, jako chrześcijanie zróbmy porządek w kwestii swoich priorytetów. Przyczyniajmy się więc do zmiany świadomości społecznej, zaczynając od dobrego przykładu. Im więcej dzieci wychowanych w oparciu o odpowiednie wartości, tym więcej pozytywnych wzorców, tym więcej dobra w naszym świecie. A skoki na bungee? Widząc nasze dziecko na krawędzi krzesła, wykonujemy dwa naraz, ale to chyba temat na kolejny numer. A zatem ciasne domy czy serca? Najlepiej sami odpowiedzmy sobie na to pytanie.

Tworzymy DEON.pl dla Ciebie
Tu możesz nas wesprzeć.

Skomentuj artykuł

Ciasne domy czy ciasne serca?
Wystąpił problem podczas pobierania komentarzy.
Nikt jeszcze nie skomentował tego wpisu.