Żądamy eutanazji! Dla godności człowieka?

Minęło zaledwie około ćwierć wieku od chwili, gdy w społeczeństwie zostało sformułowane żądanie eutanazji. I jest tu przynajmniej jedno spójne i zrozumiałe wytłumaczenie. Postęp reanimacji medycznej jest taki, że stało się możliwe, dzięki najnowszej aparaturze, utrzymanie w całkowicie sztucznych warunkach przy życiu pacjenta pozbawionego zupełnie świadomości, a nawet w stanie śmierci mózgowej z płaskim encefalogramem.

 

Serce bije, krew krąży, narządy wydzielnicze funkcjonują.


Stan śmierci mózgowej

 

Widzieliśmy więc pewną liczbę dyktatorów, którzy przeżyli tygodnie, ponieważ ani jeden lekarz nie odważył się wziąć na siebie odpowiedzialności za wyłączenie respiratora. Widziano także we wszystkich światowych ośrodkach reanimacji anonimowych pacjentów utrzymywanych przy życiu, niektórych przez długie miesiące czy lata, ponieważ tutaj lekarz jeszcze nie zdecydował się na wyłączenie aparatury - być może umocniony w swoich wahaniach tak rzadkimi, ale jednak bezdyskusyjnymi wypadkami prawdziwego zmartwychwstania po przedłużonej śpiączce. Częstość występowania i karykaturalny wymiar tych sytuacji zaalarmował najpierw rodziny, a następnie opinią publiczną. Eksperci zdefiniowali śmierć mózgową, od tej chwili dozwolone byłoby zwolnienie lekarza reanimującego z obowiązku działania, od tej chwili też mógłby bez wyrzutów sumienia czy niepokoju duchowego przerwać to pozorne życie, utrzymywane w obiegu przez maszynę.


To poruszenie opinii było niezbędne, ponieważ już nie chodziło o medycynę ani o opiekę nad bliźnim, ale o utrzymanie tych niehumanitarnych działań, które mogły stać się powszechne aż do absurdu. Trzeba zresztą przyznać, że w tamtym czasie administracja szpitalna mimo wysokich kosztów, które to przedłużanie życia pociągało za sobą, nie wywierała żadnego nacisku w tej kwestii. W przeciwnym razie wszyscy zareagowaliby ze zgrozą.


Eutanazja bierna*. Uporczywość czy wytrwałość?


Sytuacja miała się skomplikować wraz z pojawieniem się nowego żądania - żądania biernej eutanazji medycznej, ściśle związanego z nowym pojęciem - prawa do godnej śmierci. Chodzi tu o przerwanie leczenia u pacjenta, który nie jest w stanie śmierci mózgowej, ale u którego występują takie nieodwracalne zmiany chorobowe, że medycyna może prowadzić tu tylko walkę o opóźnienie śmierci. Tu jest miejsce na gorącą dyskusję.


Na początku muszę powiedzieć, że zdarza mi się często, tak jak wielu moim kolegom, praktykować tak rozumianą eutanazję bierną**. Jeżeli rak zniszczył podtrzymujące organy i rozwija się dalej wbrew najlepiej prowadzonym zabiegom terapeutycznym, narzuca się konieczność przerwania leczenia przyczynowego. Wiadomo zresztą, że kontynuowanie leczenia nie pozwala nic zyskać, nawet paru tygodni, a naraża chorego na uboczne skutki leczenia, zmęczenie, nawet męczarnie, całkowicie bezużyteczne. Mielibyśmy tu do czynienia rzeczywiście z uporczywą terapią (acharnement therapeutiąue). Wszyscy zgadzają się, by ją potępić, lekarze i rodziny.

O ile to możliwe, należy stworzyć choremu pewien komfort, uśmierzyć bóle, jeśli występują, w miarę możności zrezygnować z kroplówek i aparatury. W ogromnej większości przypadków świadomość pacjenta jest bardzo ograniczona. Pojawia się lekka śpiączka. Nic nie robimy, aby ją usunąć. Jeśli są oznaki cierpienia lub lęku, zmniejszamy je, kontrolujemy je nawet za pomocą środków, które być może skrócą o kilka godzin życie, ale zniosą strach i ból. Jest to często ostatnia posługa, którą możemy oddać istocie ludzkiej. Nie ma, można by rzec, lekarza, który takiej przysługi nie oddaje, wzywając przedtem, jeśli taka jest wola chorego lub jego rodziny, kapłana. Jednak okoliczności, w których żądana jest lub sugerowana bierna eutanazja, bywają zupełnie inne.


Czasami takie żądanie rodzi się z samego natężenia bólu. I jeszcze niedawno jedyną ucieczką, nawet przy braku jakichkolwiek nieodwracalnych zmian chorobowych, było wprowadzenie prawdziwej śpiączki terapeutycznej, znieczulenia, które zarazem pozbawiało pacjenta wszelkiej świadomości i bardzo skracało jego życie***.

 

Dziś zazwyczaj już me ma potrzeby uciekania się do tego typu skrajności. Bóle mogą być zazwyczaj kontrolowane całkowicie bez doprowadzania do utraty świadomości, przez kombinację (łączenie) środków morfinopochodnych podawanych w małych dawkach w sposób ciągły, za pomocą pompy, infiltracji środków miejscowo znieczulających, zlokalizowanego napromieniania, leków przeciwzapalnych. I chory, którego przywieziono w stanie uznanym za beznadziejny, po trzech dniach odczuwa uwolnienie od wszelkiego bólu. Śpi, przechadza się, je. Mała pompka przyklejona plastrem do ściany brzucha podaje mu jeszcze środki uśmierzające ból, ale często będzie można z tego zrezygnować. Ból, o wiele częściej niż kiedyś, został całkowicie poddany kontroli. A przede wszystkim, zostaje zdjęty z chorego ciężar fizjologiczny i psychologiczny związany z bólem. Chory ma uczucie, że złe chwile minęły. Odzyskuje nadzieję. Cóż jeszcze?


Wielu pacjentów zostało do nas skierowanych w sytuacji, gdy otoczenie myślało, że obowiązkiem lekarza jest doprowadzenie do tego, aby umarli "z godnością", to znaczy, aby ich cierpienia i jęki zostały przerwane litościwie śpiączką terapeutyczną. Prawdą jest, że mogą pozostawać ciężko upośledzeni z powodu duszności, zapalenia opłucnej, pogorszenia funkcji nerek. Ale to wszystko można kontrolować, złagodzić. Wiele rodzin jest nam wdzięcznych za to niespodziewane odroczenie tego, co nieuniknione i proszą nas o kontynuowanie naszych wysiłków. Niektórzy okazują wobec nas sceptycyzm, który z trudem ukrywa postawę krytyczną i irytację. Inni dają nam do zrozumienia, że w każdym razie nie ma mowy, żeby zabrali swego chorego do domu...

 

Dlaczego to zrobiliśmy? Z jednej strony, przede wszystkim, aby przynieść ulgę, co jest naszą pierwszą misją, aby wywiązać się z domniemanego kontraktu, jaki pacjent zawarł z medycyną, zanim jeszcze zachorował. Oczekuje on, że spotka profesjonalistów, którzy w sytuacji bolesnej i niebezpiecznej uczynią wszystko, co w ich mocy, aby uległa ona poprawie. Jakież byłoby nasze upodlenie, gdybyśmy wybrali inne wyjście, zastępując przeznaczenie i "usypiając", nawet pod presją otoczenia, istotę, która może odzyskać smak istnienia, nawet gdyby chodziło tylko o kilka tygodni.


Ale nie zrobiliśmy tego tylko po to, by zyskać kilka tygodni. Działaliśmy z nadzieją stworzenia sytuacji, w której walka o przedłużenie życia mogłaby być ponownie podjęta. Pod presją chorych przyjęliśmy zwyczaj walki i wypróbowania wszystkiego. Tę właśnie postawę profesor Lortat-Jacob, były przewodniczący Izby Lekarskiej, nazwał wytrwałą terapią (obstination therapeutique) w odróżnieniu- a jest to różnica niezmierna - od uporczywej terapii (acharnement therapeutique)**** . Setki pacjentów zawdzięcza życie, a nawet wyzdrowienie wytrwałej terapii (l'obstination therapeutique) kilku lekarzy i chirurgów. Są wśród nich tacy, którzy choć nie wyleczeni, żyją przecież z rakiem lub inną ciężką chorobą i z nadzieją, coraz częściej uzasadnioną, że wprowadzenie nowych leków pozwoli na kolejne odroczenie wyroku lub nawet na wyleczenie - co oznacza, że będą mogli umrzeć pewnego dnia z innej przyczyny.


Rzadko w naszych czasach jest tak, by nie było już nic do wypróbowania: nowa metoda leczenia, zastosowanie jednoczesne leków, które pojedynczo okazały się nieskuteczne, dodanie cząsteczki, która wzmoże działanie leku działającego zbyt słabo... Wiele trzeba by tu powiedzieć o woli wprowadzania nowych metod w terapii i o sposobie sprzeciwu, z jakim spotyka się ona w samym środowisku lekarskim, nie mówiąc już o ostatniej interwencji prawodawcy.


Oczywiście całe leczenie wprowadzane jest wyłącznie za zgodą, wyraźną lub domniemaną, pacjenta, który może, gdy sobie tego życzy, wstrzymać je, nie zgodzić się na nie, albo wyjść na własną prośbę. Czekam wciąż na pierwszy przypadek takiej odmowy. Najgorszym ciosem dla świadomego pacjenta jest porzucenie wszelkiej terapii. Do tego stopnia, że gdy taka decyzja jest rzeczywiście uzasadniona, co w mojej praktyce zdarza się bardzo rzadko, wydaje się niezbędnym, by przez miłosierdzie dla bliźniego rezygnację z leczenia połączyć z obietnicą podjęcia go po kilku dniach lub kilku tygodniach odpoczynku.


Ale wróćmy do wytrwałej terapii (l'obstination therapeutique). Często leczeniu towarzyszą poważne skutki uboczne, przykre dla pacjenta. Jednak pacjenci w przeważającej większości wybierają je, chociażby poprzez fakt, że w oznaczonym dniu zgłaszają się na kolejne leczenie, o którym często wiedzą już, że będzie ciężkie i pociągnie za sobą liczne ograniczenia. I niejednokrotnie mamy tę radość, że możemy obserwować, tak jak wiele innych zespołów, małe cuda, nieoczekiwane poprawy, które zaskakują lekarza ogólnego lub rodzinę. Rzadziej zaskakują one pacjenta, który bardzo na nie liczył. Ale trzeba tu też powiedzieć na koniec, że rzeczywistym życzeniem pacjenta - przekonałem się o tym przez lata konfrontacji z losem i chorobą -  nie jest wyłącznie wyleczenie. Coś w nim samym mówi mu, że nie jest to możliwe. Rzeczywistym życzeniem jest otrzymanie prawdziwej szansy. Chodzi o to, by być pewnym, że nic nie zostanie zaniedbane, że będzie się czynić wszystko to, co po ludzku jest możliwe. Życzeniem pacjenta jest spotkać zespół (leczący), który czynami okazuje, że życie, które im powierzono, ma wartość świętości. Wtedy dopiero może osiągnąć wyczucie względności, zaakceptować przegraną. Inaczej nie uczyni tego - i będzie miał rację.


Są jednak przypadki, gdzie, nawet gdy ból został opanowany, nie można nic pożytecznego zrobić dla przedłużenia życia, chyba że chodziłoby raczej o dni niż tygodnie. Zdarzyło mi się, jedyny raz w życiu, spotkać się ze strony samego pacjenta z żądaniem czynnej eutanazji: osiemdziesięcioletni człowiek, chory na raka żołądka, osłabiony, lecz nie cierpiący bólu, wiedział, że nie opuści szpitala. Zażądał więc, abym go zabił i wobec mojej odmowy nazwał mnie tchórzem. Dawny przełożony mojej żony z Ruchu Oporu użył argumentów osobistych i codziennie wywierał silniejszą presję. I wówczas, jedyny raz w moim życiu, zgodziłem się wprawdzie nie na wykonanie czynne tego gestu, ale dałem mu fiolkę przezroczystego środka o straszliwym działaniu, aby go wypił, jeśli się na to zdecyduje. Oskarżył mnie, że dałem mu wodę. Przekonałem go, że jest inaczej. Uspokoił się, odstawił ampułkę. Umarł śmiercią naturalną kilka tygodni później. Wielka lekcja, o której nie przestaję do dziś myśleć... Przyrzekłem sobie wtedy, że nigdy więcej nie ulegną takiemu żądaniu. Ale dotrzymanie przyrzeczenia nic mnie nie kosztowało, ponieważ od tego czasu żaden inny pacjent tego nie zażądał.


"Towarzyszenie" w ośrodkach opieki terminalnej byłoby być może rozwiązaniem takich sytuacji.

 

1 2  
Wspomóż Nas

Twoja ocena:

Średnia ocen:

4.74

Liczba głosów:

19

 

 

Komentarze użytkowników (4)

Sortuj według najnowszych

Zgłoś do moderacji

~zadumany 13:33:04 | 2013-01-13
Świetny artykuł.

@ wuka - depresja jest uleczalna. Depresja w mojej rodzinie wyrządziła tyle zła, że znam ją jak i jako najgorszego wroga. Ale jest uleczalna. Każda i zawsze. Jeśli jest leczona. To po pierwsze. Po drugie, co jeśli przez 20 lat "nikt" nie umie pomóc, a po 21 latach znajdzie się Lekarz przez duże L - i pomoże?

Oceń odpowiedz

Zgłoś do moderacji

~Aura 15:17:18 | 2011-04-19
Wuka a słyszałaś o Marcie Robin?
Eutanazja jest najgorszym "rozwiązaniem".

Oceń odpowiedz

Zgłoś do moderacji

wuka 11:51:08 | 2011-04-19
Ja dodałabym jeszcze eutanazję za życzenie. Kiedy człowiek nie już żadnych celów w życiu,żadnej perspektywy ani nadzieję, żyje w biedzie i beznadziei, a chce z tym skończyć...to nie powinno być prawnych i moralnych przeszkód.
Ciężka depresja jest stanem niewyobrażalnego bólu duszy i skoro przez 20 lat nikt nie umie pomóc, to jedynym racjonalnym i humanitarnym wyjściem jest przerwać tą mękę.

Oceń odpowiedz

Zgłoś do moderacji

BS_LEx 09:36:29 | 2011-04-19
Brawo, doskonały tekst motywowany etyką a nie chęcią zysku.
Takie poglądy to "marsz pod prąd" w obecnych czasach.
Gratulacje dla autora!

Oceń odpowiedz

Facebook @portalDEONTwitter @deon_plYouTube @portalDEONplInstagram @deon_plKontakt

Logowanie

 
Opcja umożliwiająca automatyczne logowanie w serwisie przy kolejnej wizycie. Jest aktywna do momentu wylogowania.
zarejestruj się zapomniałeś hasła?
Zaloguj przez Facebook