Marek Kamiński: gdy nie ma do czego wracać, łatwiej iść naprzód

(fot. W. Ostrowski)

Palenie za sobą mostów nie jest dobrym pomysłem na życie, ale czasami lepiej to zrobić niż asekurować się możliwością powrotu. To osłabia motywację do pójścia naprzód.

 

"Korygujmy drogi, a nie ludzi".


Powtarzamy nie tylko dobre schematy, ale również te złe. Gdy coś się nie sprawdziło, powinniśmy się zastanowić nad powodami, ale często bezrefleksyjnie powielamy te same zachowania.


Miałem to szczęście, że nie spotkałem się ze złymi modelami przywództwa. Szedłem albo sam, albo w małych zespołach, w których panowały partnerskie relacje. Zdarzyło mi się mimo to kilka razy uczestniczyć w wyprawach, podczas których dochodziło do kłótni, głównie o to, kto jest szefem i kto jest najmądrzejszy. Byłem wtedy już na tyle ukształtowanym podróżnikiem, że nie brałem w tym udziału. Nie potrafię działać w podobnych warunkach.

 
Podczas wypraw przyswoiłem sobie dobre schematy i wzory, ale w biznesie nie miałem się od kogo uczyć. Z tego powodu przez długi czas popełniałem fundamentalny błąd w zarządzaniu ludźmi, polegający na tym, że zbyt małą wagę przywiązywałem do podkreślania dobrych stron ich pracy, a zbyt dużą do wytykania złych. Powtarzałem, że o tym, co działa jak trzeba, nie będziemy mówić, bo szkoda czasu i lepiej skoncentrować się na błędach, żeby je wyeliminować.

Teraz uważam, że źle postępowałem. Wskazywanie sukcesów buduje poczucie własnej wartości. O niedociągnięciach należy mówić dopiero w drugiej kolejności, a właściwie nie o nich samych, tylko o tym, jak je poprawiać. Dopiero po wielu latach uczenia się na własnych błędach doszedłem do wniosku, że to dobry model przywództwa.


Gdyby w trakcie naszej pierwszej wspólnej drogi przez Grenlandię Wojtek Moskal rozliczał mnie z wszystkich moich błędów, szłoby się nam fatalnie. Każde takie stwierdzenie, nawet uzasadnione, każda pretensja wpływałyby niekorzystnie na przebieg wyprawy. Osoby krytykowane zaczynają się bronić, przerzucać odpowiedzialność za swoje błędy na kogoś innego albo na trudne warunki. W przestrzeni, w której się znajdowaliśmy, problem urastałby do strasznych rozmiarów. To by nas zniszczyło. Rozmawialiśmy ze sobą przez cały czas, ale żaden niczego drugiemu nie wytykał. Gadaliśmy nie tylko o wyprawie, ale też na przykład o kuchni. I nikt nie dowodził, że jedna kuchnia jest lepsza od drugiej, smaczniejsza i bardziej wartościowa. Przyjmowaliśmy to, co mówił drugi. Rozmawialiśmy też o filozofii czy matematyce. Wojtek miewał inne zdanie w wielu kwestiach, co mnie niekiedy denerwowało, ale nie chodzi przecież o to, żeby się we wszystkim i na wszystko zgadzać. Niezgadzanie się z kimś nie oznacza lekceważenia.

Czym innym jest powiedzenie, że piosenki, których ktoś słucha, mi się nie podobają, a czym innym stwierdzić, że ta osoba jest głupia, bo lubi italo disco. Każdy ma swoją listę przebojów, ale czy to znaczy, że fan jazzu jest lepszy od kogoś, kto słucha metalu? W rozmowach z Wojtkiem Moskalem nigdy nie próbowaliśmy sobie udowadniać, że któryś z nas jest gorszy od drugiego. Atakować można poglądy, a nie tego, kto je posiada. Zdarza nam się powiedzieć komuś, że jest beznadziejny, skoro coś twierdzi. Tyle że po czymś takim będzie się nam razem szło o wiele gorzej.


Podczas swoich wypraw spotykałem się również z tym, że lider próbował podporządkować sobie pozostałych członków ekspedycji. Wynika to pewnie z uwarunkowań psychologicznych, z potrzeby dowartościowania się. Próba narzucenia swoich racji może wyrażać się na różne sposoby. Na przykład chcemy, żeby inni akceptowali wszystko, co postanowimy, bez żadnego wyjątku, a jeżeli ktoś się z nami nie zgadza, uznajemy go za wroga. Bardzo trudno jest w takim zespole korygować błędy. To zresztą osobna umiejętność, bo czasami chodzi o naprawdę skomplikowane sytuacje. Co zrobić, jeżeli wybierzemy złą drogę? Możemy mieć pretensje do siebie. Ale może inna droga okazałaby się jeszcze gorsza od tej? Lepiej wtedy zmienić trasę niż zarzucać partnerów pretensjami. Korygujmy drogi, a nie ludzi.


W wyprawach z Wojtkiem Moskalem na pewno popełnialiśmy wiele błędów, bo każdy kolejny krok był krokiem w nieznane. Zdarzały się też między nami poważne różnice zdań, na przykład na temat tego, czy jeść obfitsze posiłki na danym etapie wyprawy, czy wciąż racjonować żywność. Wojtkowi zależało na tym, żeby zostało jak najwięcej jedzenia, a ja chciałem szybciej zjadać zapasy i dzięki temu zmniejszać obciążenie. Byłem zwolennikiem opcji bardzo ryzykownej, a Wojtek - ostrożnej. Nie kłóciliśmy się, ale różnica zdań była poważna. Z perspektywy czasu myślę, że to on miał rację, chociaż akurat postąpiliśmy tak, jak ja chciałem. Wojtek ustąpił, mimo że był sto razy bardziej doświadczonym polarnikiem. Wynikało to z mojego przekonywania, ale także ze skrajnych warunków. Doświadczenie, które zdobyliśmy w drodze, było już na tyle duże, że mieliśmy podobną wiedzę o świecie polarnym. Pojawiły się sytuacje, których nie znał także Wojtek. Gdyby nie wziął pod uwagę tego, że podczas marszu jest trochę inaczej niż na etapie przygotowań, i uważał się za mądrzejszego ode mnie, pewnie trudno byłoby się porozumieć.


W trakcie wyprawy na biegun północny też musieliśmy podjąć podobną decyzję. Zdecydowaliśmy się zostawić kurtki puchowe, co nas odciążyło. Miało to ogromne znaczenie. Wojtek szukał raczej ostrożnych rozwiązań, ale był w stanie zmienić nastawienie. Potrafił się przełamać. W takich sytuacjach ja proponowałem powtórzenie zachowań Nansena, które zapamiętałem z książek. Wszyscy, którzy przed Nansenem chcieli przejść Grenlandię, wyruszali z zachodniego wybrzeża i szli w stronę wschodniego, by móc w razie czego wrócić do ludzi. Szli w nieznane, więc łatwiej było podjąć decyzję o zawróceniu, kiedy robiło się ciężko. Nansen postąpił odwrotnie. Nie miał do czego wracać, mógł tylko iść naprzód, w stronę terenów zamieszkanych.


Palenie za sobą mostów nie jest dobrym pomysłem na życie i absolutnie do tego nie namawiam, ale czasami lepiej to zrobić niż asekurować się możliwością powrotu. To osłabia motywację do pójścia naprzód. Determinacja, która pojawia się, gdy już nie mamy odwrotu, tworzy nową jakość na naszej drodze. Dopóki możliwy jest odwrót, możliwe jest też zastanawianie się, czy nie lepiej się cofnąć, wrócić, spróbować innym razem. Fram, czyli "naprzód" - takie było zawołanie Nansena. W drodze przez Grenlandię i w wyprawie na biegun północny powtórzyliśmy ten model.


Co ciekawe, chcieliśmy powtórzyć go również podczas wyprawy z Jaśkiem Melą, gdy znów szło nam się bardzo ciężko i wyglądało na to, że przy takim obciążeniu nie osiągniemy celu. Na szczęście się na to nie zdecydowaliśmy. Nie ryzykowaliśmy nadmiernie, pamiętając, że celem jest nie biegun, tylko dobro Jaśka. Takie mechaniczne powtórzenie schematów postępowania może doprowadzić do katastrofy. Zastanawialiśmy się wtedy nawet, czy na ostatnim odcinku nie zostawić sprzętu obozowego, bo chcieliśmy iść z minimalnym obciążeniem. Dzisiaj myślę, że to i tak nie pomogłoby nam w przebijaniu się przez torosy, czyli spiętrzony lód. Skończyłoby się na tym, że nie mielibyśmy jak nocować, co doprowadziłoby do katastrofy. Powtarzanie przećwiczonych wcześniej schematów bez zastanowienia się, na ile pasują one do obecnych warunków, do niczego dobrego nie prowadzi.


Często jestem pytany, jaka umiejętność jest najważniejsza podczas wypraw polarnych i w innych ekstremalnych warunkach. Odpowiadam zawsze, że liczą się nie tyle odwaga, siła fizyczna, zdolności manualne czy nawet doświadczenie, co umiejętność radzenia sobie z nieprzewidzianymi sytuacjami. To fundamentalna kwestia. Rzeczywistość jest nieprzewidywalna, zawsze - nie tylko podczas ekstremalnych wypraw - możemy znaleźć się w sytuacji, której absolutnie byśmy się nie spodziewali. Liczą się wtedy umiejętności zaadaptowania się do nowych okoliczności, psychicznego radzenia sobie z problemami, a także szukania - dzięki wyobraźni - niestandardowych rozwiązań. To podstawowa zdolność, tak podczas wypraw, jak i na etapie przygotowań. Rezygnacja lekarki, która odgrywała bardzo ważną rolę w zespole przygotowującym Jaśka Melę, była zupełnym zaskoczeniem, ale musieliśmy sobie z tym poradzić. Gdy okazało się, że Telewizja Polska, która miała być partnerem projektu, chce za to pieniądze, wiele spraw trzeba było organizować na nowo. Z podobnymi sytuacjami - gdy coś, co miało nam być pomocne, zaczyna szkodzić albo nie możemy liczyć na oczekiwane wsparcie - musimy poradzić sobie najpierw psychicznie. Należy to zaakceptować, nie dać się złamać, a potem zacząć rozwiązywać problem.


Odwaga często jest ślepa i prowadzi do katastrofy. Wytrwałość z kolei sprawia, że nie modyfikujemy czegoś, co powinno zostać zmienione. Doświadczenia szybko się wyrównują. Najważniejsza - a zarazem najtrudniejsza do nauczenia - jest umiejętność radzenia sobie z nieprzewidzianymi sytuacjami. Jest warta tyle co dziesięciokrotnie większe doświadczenie. Dzięki niej szybko mogłem stać się partnerem Wojtka Moskala. On na pewno lepiej ode mnie radził sobie z naprawą prymusa czy nart, ale ja dawałem sobie radę w nieprzewidzianych sytuacjach. Kilka z nich przydarzyło się nam podczas wyprawy na biegun północny. Na środku lodowego pola Wojtek przy śniadaniu złamał ząb. Wpadliśmy na pomysł, że można usunąć resztę, razem z korzeniem... kombinerkami. Oczywiście bez znieczulenia. Jakoś się udało. Musieliśmy też opracować system przemieszczania się po krach. Nie sądziliśmy, że mogą się tak szybko poruszać. Przeskakiwanie z jednej na drugą przypominało wskakiwanie do jadącego tramwaju. Czegoś takiego w ogóle nie przewidywaliśmy. Również Grenlandia przyniosła wiele nowych doświadczeń, ale przede wszystkim rozwinęła umiejętność radzenia sobie z nieprzewidywalnym. Z perspektywy czasu i moich późniejszych osiągnięć Grenlandia wydawać się może małym etapem, czymś po drodze. Dla mnie to ważna wyprawa. Bardzo istotny jest ten czas, kiedy się kształtujemy, bo to jemu zawdzięczamy osiąganie wielkich celów. Często zapominamy o etapach pośrednich, wydają nam się mało ważne, ale wydobywają z nas możliwości i uczą określonych zachowań.


Trzeba uczyć się od wszystkich napotkanych na swej drodze ludzi, ale cieszyć się także z innych doświadczeń, które pozwalają nam dowiedzieć się czegoś o świecie. W codziennym życiu wciąż mamy do czynienia z różnymi wzorcami zachowań. Zapisują się w nas, a potem mechanicznie je powtarzamy. Dobrze, jeżeli jesteśmy świadomi tych pierwszych wzorów, bo to pozwala naprawiać błędy. Jest taka teoria nauki języków, w której wykorzystuje się metaforę niebieskiego pudełka, blue boxu. Od pierwszego do siódmego roku życia blue box w naszej głowie jest szeroko otwarte. W tym wieku łatwo przyswajamy sobie język, łącznie z akcentem. Potem blue box się zamyka. Nadal możemy się nauczyć języka obcego, ale przychodzi to nam z większym trudem, a akcentu nie jesteśmy już w stanie opanować. Być może tak samo jest z doświadczeniami. Zapisujemy pierwsze wzorce i potem je tylko powielamy. Zmienianie ich jest możliwe, ale wymaga niemałej pracy. Ja miałem szczęście. Udało mi się przejść moją Grenlandię tak jak trzeba.

 

Tekst pochodzi z książki "Wyprawa".

 

Marek Kamiński - podróżnik i filozof, przedsiębiorca, mówca motywacyjny, autor książek. Jako pierwszy człowiek w historii zdobył oba bieguny Ziemi w jednym roku. Poprzednio opublikował "Idź swoją drogą"

 

Wspomóż Nas

Twoja ocena:

Średnia ocen:

5

Liczba głosów:

3

 

 

Komentarze użytkowników (1)

Sortuj według najnowszych

Zgłoś do moderacji

Radius 15:41:35 | 2019-05-28
"Palenie za sobą mostów nie jest dobrym pomysłem na życie, ale czasami lepiej to zrobić niż asekurować się możliwością powrotu. To osłabia motywację do pójścia naprzód."
W życiu ważniejsze są jednak relacji z ludźmi niż zdobywanie nieznanych lądów. Najpiękniejsza terra incognita to drugi człowiek i jego osobowość. Byłem przez miesiąc na samotnej wędrówce górskiej zostawiając bliskich w domu. Więcej tego nie zrobię choć było pięknie.

Oceń odpowiedz

Facebook @portalDEONTwitter @deon_plYouTube @portalDEONplInstagram @deon_plKontakt

Logowanie

 
Opcja umożliwiająca automatyczne logowanie w serwisie przy kolejnej wizycie. Jest aktywna do momentu wylogowania.
zarejestruj się zapomniałeś hasła?