Trzeba zdążyć powiedzieć o miłości

WAM
(fot. Grażyna Makara / Tygodnik Powszechny)

Nieodwracalność. Niczego już się nie da naprawić, niczego odwołać. "Spieszmy się kochać ludzi...". Kochać? Spieszmy się, żeby zdążyć powiedzieć o miłości - mówi ksiądz Adam Boniecki.

 

Trzeba doświadczyć śmierci, żeby naprawdę usłyszeć przesłanie Ewangelii, czyli Dobrej Nowiny, że "życie się nie kończy, ale zmienia". Wciąż noszę w sobie śmierć tych, których kochałem: rodziców, innych bliskich ludzi. Byli cząstką mego życia. Po ich odejściu świat jest inny i ja jestem inny. W miarę upływu lat przybywa ich, a świat jest inny coraz bardziej. Z ich śmiercią i ja trochę umarłem. Czas ran nie leczy, choć trzeba żyć jak przedtem, normalnie, nie na cmentarzach, ale między żywymi. Śmierć tych, których kochamy, nas przemienia.

 

Naukę Jezusa o zmartwychwstaniu są zdolni przyjąć dopiero ci, którzy przeszli przez doświadczenie śmierci tych, których kochali, własnej śmierci: un peu mourir. Nad kim płaczesz? Nad tymi, co umarli, czy nad sobą? Nad sobą. Opłakując ich śmierć, opłakujesz własne osamotnienie, własną dolę tego, który został. Własną śmierć. Bo ich odejście to trochę (un peu) twoja własna śmierć. Nieodwracalność. Niczego już się nie da naprawić, niczego odwołać, nie da się powiedzieć tego, z powiedzeniem czego się zwlekało. Za późno na skąpioną - nie wiedzieć czemu - czułość. Teraz niewykonane, niepowiedziane, nienaprawione trzeba nieść w sobie. "Spieszmy się kochać ludzi…". Kochać? Spieszmy się, żeby zdążyć powiedzieć o miłości. Nie ma sensu tamtych niespełnień spychać na dno niepamięci. Prędzej czy później wypłyną. Są gorzką prawdą o nas, a prawda o nas to pokora. Tak, nie było nas tam, gdzie powinniśmy być. I nic tego nie zmieni.

 

Na jego ślubie już mnie nie będzie

 

Pierwsze słowa, które przez łzy wypowiedział młody Karol Wojtyła, kiedy wrócił (z obiadem) do domu i zastał ojca bez życia, brzmiały: nie było mnie przy śmierci brata, nie było mnie przy śmierci ojca. "Wypadki nie zdarzają się innym" - głosiły w latach 70. napisy przy francuskich autostradach. Poczucie, że "umierają inni", towarzyszy młodości. Nawet choroba, nawet otarcie się o śmierć nie wymusi (może co najwyżej na chwilę) refleksji: "mogłem to być ja". Pierwszym sygnałem, który do świadomości dociera, to odchodzenie "kolegów z naszej klasy". Potem już wystarcza prosty rachunek - chrzest dziecka i myśl: "na jego ślubie już mnie nie będzie". Planowane daty, np. zbudowania autostrady czy czegoś tam, i myśl: "ja już tą autostradą jeździł nie będę". Można o tym nie myśleć, można np. się zanurzyć w wir zajęć, być intensywnie potrzebnym, można się "sprawdzać" tak czy siak i mruczeć do siebie: "nie jest jeszcze tak źle". Można też - radzę - zacząć selekcjonować: co ważne - zatrzymywać, co pozorne, co tylko doraźne - odpuszczać.

 

Zdarzyło mi się kiedyś w nocy wysłuchać we włoskiej telewizji długiej rozmowy z księdzem, zakonnikiem, poetą, człowiekiem mediów, w ostatnich latach życia pustelnikiem Davidem Marią Turoldo. Nic wtedy o nim nie wiedziałem. Z rozmowy wynikało, choć wygląd na to nie wskazywał, że jest poważnie chory. Upłynęło od tej rozmowy już kilkanaście lat (zmarł w 1992 r.), a ja doskonale pamiętam, jak mówił, że ze swoją śmiercią trzeba się zaprzyjaźnić. Erem, noc i pogodny spokój, z jakim to mówił - a było oczywiste, że mówi o sobie - zrobiły na mnie ogromne wrażenie. Trzeba się zaprzyjaźniać ze swoją śmiercią. O tym był wiersz, który wtedy przeczytał, a którego nigdy nie udało mi się znaleźć. Znalazłem inny jego trójwiersz:

 

"Głęboka noc: / Boże spraw, że noc się skończy, / że już nie będzie Nocy".

 

To na zawsze zmieniło mój świat

 

Śmierć wielkich ludzi. Wiedzieliśmy, że są. Często fizycznie dalecy, byli ważnymi elementami świata. Ważni, choć tak dalecy, że niemal nierzeczywiści: Mahatma Gandhi, Jan XXIII, Matka Teresa (widziałem ją z daleka raz czy dwa razy), Brat Roger (z którym kilkakrotnie siadałem do wspólnego posiłku, rozmawiałem i modliliśmy się razem), Zbigniew Herbert (jedno spotkanie i dwie rozmowy telefoniczne) - przez śmierć stali się jakby bliżsi. Wiedząc, że już ich nie będzie wśród żywych, staramy się szybko zbierać wszystko, co można o nich wiedzieć. Często o różnych wspaniałych ludziach dowiadujemy się dopiero, kiedy umierają. Zbieramy wszystko, choć nie wiemy, co z tego za kilka, kilkanaście, kilkadziesiąt lat zostanie. Może być i tak, że ich bardzo intensywna obecność za życia po śmierci rozpłynie się w nieuwadze i niepamięci potomnych. Ale nie dla nas. Odejście tych, którzy zawsze (w granicach mego świadomego życia) byli, odejście rodziców, kardynała Wyszyńskiego, księdza Bozowskiego, Jerzego Giedroycia, Jerzego Turowicza, Jana Nowaka -Jeziorańskiego - przemieniło kształt mojego świata. Na zawsze.

 

Fragment pochodzi z książki: "Abonent chwilowo nieosiągalny".

 

 

Wspomóż Nas

Twoja ocena:

Średnia ocen:

1.49

Liczba głosów:

511

 

 

Komentarze użytkowników (0)

Sortuj według najnowszych

Zgłoś do moderacji

Gośka Rejman 20:14:49 | 2018-06-11
Takich kapłanów w Polsce brakuje - mądrych, inteligentnych, z żywią wiarą. 

Oceń 6 40 Pokaż odpowiedzi odpowiedz

Zgłoś do moderacji

Czesław Czap 10:22:27 | 2018-06-11
Może niech pan Boniecki opowie o swojej miłości do łajdackich, salonowych elit postkomunistycznej III RP...

Kapelan michnikowszczyzny, której pozycja  zbudowana jest na śmierci księży: Popiełuszki, Suchowolca, Zycha i Niedzielaka. 

Oceń 44 3 odpowiedz

Zgłoś do moderacji

Adam80 15:04:26 | 2017-11-23
niestety to nie jest autorytet dla katolików

Oceń 55 10 Pokaż odpowiedzi odpowiedz

Zgłoś do moderacji

Aa 22:13:45 | 2017-07-25
"Abonent....." to pełna życiowej mądrości i zdrowego dystansu książka. Jednocześnie panteon wielkich osobowości Polski. Szkoda, że tych osób już z nami nie ma. 

Oceń 12 69 odpowiedz

Zgłoś do moderacji

Effa 13:57:31 | 2015-11-19
Zgadzam się z tym, że nie wystarczy kochać.... ale warto o tym mówić...
Akurat mam takie doświadczenie, że swojej Mamie nie powiedziałam o tym... za to teraz mogę mówić to mojej Teściowej.... I niesamowite są owoce tych rozmów... Małe cuda są udziałem wielu osób w mojej rodzinie...
To dokładnie to o czym mówił ks. Tischner... by nie przemawiać na Jego pogrzebie.... ale o dobrych "rzeczach" powiedzieć za życia... Potem, to już tylko sobie nastrój poprawiamy... i nosimy w sercu żal... że za życia tego nie usłyszał/a...

Oceń 18 8 odpowiedz

Facebook @portalDEONTwitter @deon_plYouTube @portalDEONplInstagram @deon_plKontakt

Logowanie

 
Opcja umożliwiająca automatyczne logowanie w serwisie przy kolejnej wizycie. Jest aktywna do momentu wylogowania.
zarejestruj się zapomniałeś hasła?
Zaloguj przez Facebook