Miałem glejaka trzeciego stopnia

(fot. Paweł Cabała)

Profesor przegląda dokumentację, podnosząc powoli filiżankę do ust i popijając kawę. W końcu mówi: "do zrobienia". A we mnie kumulują się wszystkie z możliwych emocji.

 

W mojej głowie wykryto guza mózgu o wymiarach osiem na sześć centymetrów. Wynik był jednoznaczny, glejak III stopnia. Podobno pierwszy rok od zdiagnozowania choroby przeżywa tylko połowa pacjentów. Wszystko oczywiście zależy od stopnia złośliwości, w moim przypadku rokowania nie były dobre, ale jakieś w ogóle były. Mówili, że pięć lat przeżywa od dwudziestu do czterdziestu pięciu procent napromieniowanych chorych.

 

Całe życie przeleciało mi przed oczami


"Przyjdzie taka chwila, gdy stwierdzisz, że wszystko się skończyło. To właśnie będzie początek". Co to dla mnie oznaczało? Stałem na granicy. Czułem się bezradny wobec własnego organizmu. Komórki powstające w moim mózgu dzieliły się w nieprawidłowy sposób i, co najgorsze, nie mogłem im pomóc. Ciało zaczęło buntować się przeciwko mnie. Zadzwoniłem do taty, żeby mu o wszystkim powiedzieć, wypaliłem kilka papierosów, wydychałem dym, kiedy życie przelatywało mi przed oczami. Bałem się, po prostu czułem strach. I tyle. To była jedna z tych chwil, kiedy myśli się, że wszystko stracone. Ale Louis L'Amour mówił: "Przyjdzie taka chwila, gdy stwierdzisz, że wszystko się skończyło. To właśnie będzie początek". I w to wierzyłem.


Nawet się nie obejrzałem, a już leżałem w szpitalnym łóżku. W jednej chwili założono mi kartę, wybrano salę i ustalono termin operacji. Nie wiedziałem, co się dzieje wokół. Wszystko to odbywało się jakby obok mnie. Trafiłem na oddział, na którym przeważały osoby starsze, schorowane, częściowo sparaliżowane, czekające na zabieg ratujący życie albo chociaż na uśmierzenie bólu. Nie chciałem wierzyć, że jestem wśród takich ludzi.


Cały czas myślałem o filmie, który oglądałem kilka miesięcy wcześniej. Siła spokoju opowiada historię utalentowanego atlety, który życie poświęca pasji. Każdy jego dzień to jeden długi trening. Ma wyznaczone cele i uparcie do nich dąży. Ciężką pracą zdobywa kolejne sukcesy, ale ten największy jest dopiero przed nim - marzy o złocie olimpijskim. Nie ma dnia, w którym Dan nie pracuje nad siłą swoich mięśni, nie odlicza dni do mistrzostw. Nie pozostaje ich już tak wiele, kiedy chłopak ulega wypadkowi na motocyklu. Budzi się w szpitalu, po operacji nogi. W jego udzie jest teraz stalowy pręt.

 

Dan nie chce wierzyć w słowa lekarzy, którzy nie biorą pod uwagę powrotu do sportu. A przynajmniej nie teraz. Załamuje się, kiedy brutalnie kończy się jego kariera sportowca oraz burzą się plany na przyszłość. Ale w jego życiu od niedawna jest Sokrates, drugi bohater filmu, który przeprowadza go przez czas zwątpienia i poczucia bezsensu. Daje mu prawdziwą lekcję życia. Dan zaczyna dostrzegać siłę w sobie, siłę wewnętrzną, która sprawia, że nawet po długim czasie potrafi wrócić do ćwiczeń i być najlepszy w tym, co robi. Kiedy Dan zdobywa złoty medal, sens tego zwycięstwa jest już inny. Długa droga do celu uczy go czegoś więcej niż tylko mistrzowskich umiejętności.

 

Dziękuję ci mój raku, że wyzwoliłeś mnie z wielu strachów >>

 

Są tacy, którzy dziękują za trudne doświadczenia


Znam osoby, które chorobę traktują jako wzbogacające doświadczenie. Albo nawet za nią dziękują. To znaczy, że nie tylko potrafiły pogodzić się z jej konsekwencjami, ale odnalazły w tym coś więcej. Coś, co przyniosło korzyść im samym. Faktem jest, że wobec wszystkiego, co się nam przydarza, możemy albo przyjąć postawę ofiary, rozczulać się nad sobą i użalać, albo traktować to, co się stało, jako kolejną lekcję. Etap, który jak każdy czegoś uczy. Tak zrobił Dan. Bo ile razy choroba dała czas na myślenie, uporządkowanie swojego życia? Ile razy zbliżyła do siebie rodzinę i nauczyła cenić każdą minutę? Wydaje się, że trudne doświadczenie możemy potraktować jako przeszkodę lub jako szansę na rozwój. To, co nas nie zabije, może faktycznie nas wzmocnić.


Wobec wszystkiego, co się nam przydarza, możemy albo przyjąć postawę ofiary, rozczulać się nad sobą i użalać, albo traktować to, co się stało, jako kolejną lekcję. Mnie wzmocniło. Wśród bliskich i znajomych zawsze miałem opinię osoby słabej psychicznie. Niewiele trzeba było, żeby zniszczyć mój spokój wewnętrzny, pewność siebie czy dobre samopoczucie. Emocje potrafiły mną targać, a w dodatku byłem podatny na to, co proponowali inni. Odpowiadało mi, że wtapiam się w tłum. I nagle znalazłem się w szpitalu, czekając na operację, która miała odbyć się za miesiąc.

 

Rak wrzucił mnie na głęboką wodę. Nadszedł czas, by dostosować się do nowych sytuacji, które oczekiwały ode mnie czegoś zupełnie innego niż dotychczasowy tryb życia. Zburzyło się wszystko to, na czym dotąd stałem, tylko po to, żebym mógł postawić nowe fundamenty. Nie wstydzę się tego, że płakałem. Były momenty słabości, to nieuniknione. Ale kilkanaście godzin spędzanych dzień w dzień w łóżku nauczyło mnie pokory. Rezygnacja z pracy - sztuki tracenia. Chociaż moje ciało było chore, psychicznie stawałem się coraz silniejszy. Zacząłem dostrzegać rzeczy ważne. Oraz to, że nie warto koncentrować się na swoich problemach i przykrych emocjach. Lepiej wracać do tego, co dobre.

 

Każdy z nas ma coś, co potrafi w największej ciemności rozpalić lampkę. Tak jak Sokrates Dana, tak film o tych bohaterach przeprowadził mnie przez trudny okres mozolnego oczekiwania na operację. Od tamtego czasu oglądnąłem go już setki razy, niektóre sceny odtwarzając w kółko. Znalazłem lekarstwo dla siebie. W końcu każdy z nas ma coś, co potrafi w największej ciemności rozpalić lampkę. Wracamy do pozytywnych dni i myśli przez jeden konkretny film albo książkę. Ale nie tylko. To może być drugi człowiek - rozmowa z najbliższym przyjacielem albo księdzem w konfesjonale. Niekiedy wystarczy posłuchać tego jednego, konkretnego utworu albo modlić się. Chodzi o to, aby znaleźć coś, co podnosi nas, kiedy nie potrafimy już wstać o własnych siłach.

 

Przyszli, kiedy najbardziej ich potrzebowałem


Pomogli też ludzie. Czasem wydaje się, że żyjemy sami albo prawie sami. Że dookoła nas nie ma zbyt wielu osób, które naprawdę obchodzimy. Kiedy kolejny dzień spędzałem w łóżku szpitalnym, wpatrując się w ściany nie za dużej sali, w drzwiach pojawili się Tomek, Grzesiek, Marcin i Iza - ekipa z osiedla, z którą przyjaźniłem się od lat, chociaż jakiś czas temu kontakt się urwał. Koło nich, oparty o framugę drzwi, stał mój tata.

 

Przyszli w momencie, kiedy najbardziej ich potrzebowałem. I gdyby nie ta sytuacja, wciąż żyłbym w przekonaniu, że w moim życiu nie ma innych ludzi. Tymczasem nawet jeśli na co dzień ich nie widzimy, oni są. Tata namówił mnie, żebym wrócił do Nowego Sącza, a operację przeszedł w szpitalu św. Łukasza w Tarnowie. Stamtąd do domu jest dużo bliżej, więc rodzina mogłaby mnie częściej odwiedzać, poza tym termin operacji wypadłby wtedy nieco wcześniej. Nie upierałem się. Po tygodniu we Wrocławiu dostałem wypis, spakowałem się i wróciliśmy do domu. Po drodze pojechaliśmy jeszcze do Strzelina, żeby zabrać wszystkie moje rzeczy. Wiedziałem, że powrót w to miejsce nie będzie dla mnie teraz łatwy, ale nie sądziłem też, że kiedykolwiek się to zmieni. W listopadzie 2012 roku ostatni raz szedłem schodami domu kolejowego na drugie piętro. Moje rzeczy leżały poukładane na szafce, od ostatniego miesiąca nikt ich nie ruszał. W pokoju było zimno jak zawsze i przez chwilę miałem wrażenie, że podróżuję w czasie. Ale to już nie było to samo. Wiedziałem, że w mojej głowie jest guz i że długo nie wrócę do pracy. To miało być spotkanie pożegnalne, chociaż koledzy powiedzieli, że będą dzwonić z propozycją pracy, jak tylko wyzdrowieję.


W Tarnowie szybko udało się umówić wizytę u neurochirurga. Siedzieliśmy po dwóch stronach biurka w jego dużym gabinecie. Profesor przeglądał całą dokumentację, podnosząc powoli filiżankę do ust, wypijając jeden łyk kawy i odstawiając ją równie spokojnie, jak gdyby czytał gazetę codzienną. A we mnie kumulowały się wszystkie możliwe emocje. Leki, które zażywałem, działały pobudzająco, do tego doszedł stres i zniecierpliwienie. Chciałem, żeby to wszystko było już za mną. Więc kiedy lekarz po długiej i nieznośnej dla mnie ciszy powiedział: "do zrobienia", nie wytrzymałem. "Jak to - do zrobienia?" Nie wiem, co dokładnie chciałem wtedy usłyszeć, ta sytuacja po prostu mnie przerastała.

 

Poczułem się jak jeden z kilku tysięcy przypadków, choć przecież ważyły się moje losy. Wyszedłem na korytarz, żeby krzyczeć. Na tatę, na pielęgniarkę. Kiedy wróciłem do gabinetu, ordynator, jak gdyby nigdy nic - być może przyzwyczajony do chwiejności emocjonalnej pacjentów z taką diagnozą - zapytał, czy potrzebuję czasu na uregulowanie spraw. Ale jakich spraw? Po co? Zdecydowałem się na operację tak szybko, jak to możliwe. A potem, kiedy emocje opadły, przepraszałem za zachowanie.

 

To fragment książki "Projekt życie. Nie zatrzymuj się", autorstwa Michała Kociołka. 

 

Śródtytuły pochodzą od redakcji. 

 

 

Wspomóż Nas

Twoja ocena:

Średnia ocen:

5

Liczba głosów:

20

 

 

Komentarze użytkowników (0)

Sortuj według najnowszych

Facebook @portalDEONTwitter @deon_plYouTube @portalDEONplInstagram @deon_plKontakt

Logowanie

 
Opcja umożliwiająca automatyczne logowanie w serwisie przy kolejnej wizycie. Jest aktywna do momentu wylogowania.
zarejestruj się zapomniałeś hasła?
Zaloguj przez Facebook