Pięć typów rodziców na Mszy dla dzieci

(fot. shutterstock.com)

Patrząc na "luzaka", wiesz, że nie przejmuje się ani poziomem decybeli wydawanym przez swoje dziecko, ani jedzeniem przez nie słodyczy na schodach przed samym ołtarzem.

 

Zaczyna się: najpierw gitara, dziecięce głosy i dużo klaskania. Potem sporo hałasu i ruchu. W międzyczasie głos księdza, który dwoi się i troi, by przyciągnąć uwagę maluchów. Uwagę całej reszty przyciągają one same oraz ich rodzice. A rodzice… tak - my, rodzice uczestniczący w Mszy świętej dla dzieci to temat rzeka. Każdy z nas inny, a jednak czasem jesteśmy do siebie podobni. I nawet jeśli nie odnajdziemy się w żadnej z tych katergorii, łatwo zauważyć je wokół…

 

 

 

 

 

Spacerowicz

 

Patrząc na niego wiesz, że jego dziecko właśnie skończyło lub niedługo skończy roczek. Ma do wyboru - próbować poskromić kilunastomiesięcznego, wyrywającego się z rąk malucha albo dreptać razem z nim: po kościele, przed kościołem i wokół, wzdłuż nawy głównej, między ławkami bocznymi, a niekiedy niemalże na czworakach w pobliżu prezbiterium - jeśli maluch akurat wyrwie się z rąk i radośnie pobiegnie witać się z ministrantami. Cecha charakterystyczna: na początku Mszy dyskretnie włącza Endomondo...

 

Luzak

 

Skoro Msza jest dla dzieci, to jest dla dzieci, no nie? Więc on nie przejmuje się ani poziomem decybeli wydawanym przez dziecko (wszak to na chwałę Pana), ani tym, że ono właśnie wdrapuje się na ołtarz, próbując zdmuchnąć te fajne świeczki. Interweniuje w ostateczności, bo nie przyszedł do kościoła, żeby stresować siebie czy dziecko. Więc luzik, kochany, jak coś ci nie pasuje, to na mszę dla dzieci przychodzić nie musisz. No nie?

 

Zestresowany

 

Przeciwieństwo luzaka. Gdy jego dziecko, siedzące w pierwszej ławce zaczyna się rozglądać, podchodzi i zwraca mu uwagę. Gdy zaczyna rozmawiać, przeprasza wszystkich wokół i przyprowadza je do swojej ławki. Robi tym więcej zamieszania i hałasu niż samo dziecko, a w czasie mszy kompletnie nie jest w stanie skupić się na czymś innym, niż kontrola zachowań wszystkich wokół. Nie powie ci, o czym było kazanie, ale na pewno zreferuje, kto przykucnął, zamiast klękać i czyje dzieci są jednak mniej zdyscyplinowane niż jego.

 

Pechowiec

 

To właśnie jego dziecko w środku mszy wyciągnie schowany w kurtce miecz świetlny z Gwiezdnych Wojen, a w czasie kazania rzuci hasło, po którym rodzic będzie miał ochotę schować się pod ławkę. Tę ostatnią i najciemniejszą. Nikogo nie zdziwi to, że w drodze do Komunii potknie się o rozwiązane sznurowadło. Rodzic, nie dziecko. Ale dziecko tuż po nim.

 

Tragarz

 

Obrazowo przedstawia, jak mógłby wyglądać rodzic Tarzana. Nieważne, ile ma dzieci: jedno, dwójka, czy trójka, wszystkie wieszają się na nim, przytulają i wdrapują się przez ławkę na ramiona i z powrotem. Zadziwia zwinnością i wytrzymałością mimo standardowej liczby kończyn. Często nie jest też dwumetrowym posiadaczem złotego medalu w dźwiganiu ciężarów, a drobną kobietką na obcasach, w żakiecie który jeszcze 20 minut temu naprawdę był wyprasowany.

 

Panikarz

 

Zmienia się w niego większość rodziców w sytuacji, gdy wypowiedziane pełnym głosem: "Chcę siku!" (albo to drugie…), rozbrzmiewa w kościele akurat w ciszy zapadającej po podniosłym: "Módlmy się". Albo gdy dziecku uda się dobiec do prezbiterium i wyrwać z ręki ministranta te fajne dzwonki… Cecha charakterystyczna: zanosi najbardziej szczere modlitwy do św. Judy Tadeusza ever. I do św. Rity też. Zazwyczaj skutecznie, bo większość pozostałych rodziców przechodzi wtedy albo do trybu współczucia, albo ulgi że tym razem to nie na nich padło. Z największym poczuciem ulgi stoi tuż obok Pechowiec, ale on i tak zaśpiewa "Alleluja" zamiast "Chwała Tobie Słowo Boże" albo potknie się wychodząc z kościoła.

 

****

 

Piszę ten tekst kilka godzin po… Mszy dla dzieci, Mam nadzieję, że nie muszę tłumaczyć, że wszystko to napisane jest z duuuużym przymrużeniem oka i że większość z nas zachowuje złoty środek w swoim zachowaniu. Mnie samej najbliżej chyba to Tragarza, choć bywam i zestresowana, i pechowa, i spanikowana… Nie to jest jednak najważniejsze. Dużo ważniejsze, by swoim zachowaniem nie przeszkadzać. By pozwolić dziecku poczuć, że w kościele może poczuć się jak w domu: swobodnie, co nie oznacza, że bez szacunku. Za to w obecności Kogoś, kto bardzo kocha.

 

Tekst pierwotnie ukazał się na blogu chrześcijańska mama

 

 

Wspomóż Nas

Twoja ocena:

Średnia ocen:

4.4

Liczba głosów:

15

 

 

Komentarze użytkowników (5)

Sortuj według najnowszych

Zgłoś do moderacji

monikamoldrzyk 17:24:35 | 2017-04-24
Nie do końca się zgodzę, sama dobiegam 4 dziesiątki, ale pamięć jeszcze nie zawodzi i dokonale pamiętam, że o nas mówiono, że niewychowana młodzież..., że za naszych czasów......, wszystko co było wcześniej, dawniej wydaje się lepsze, bo sami to idealizujemy, wypierając z pamięci co barniejsze i mniej chlubne momenty, zatem niech sobie przypomni wół jak cielęciem był, a nie świętym.

Oceń 5 odpowiedz

Zgłoś do moderacji

TomaszL 08:58:25 | 2017-04-23
To nie jest problem zachowania dzieci w kościele. To jest problem współczesnego ubóstwienia dziecka.
Generalnie rodzice z pokolenia "mi się nalezy" wychowaują swe dzieci w tym samym duchu.

Ostatni przykład to panienka lat kilkanaście obruszona faktem, iż babcia opierajaca sie o tzw. balkonik przegoniła dziewcze z miejsca siedzacego w tramwaju.
Kilka lat temu wielu młodych by sie poderwało, aby tej babci pomóc wejśc do tramaju i bez potrzeby zwracania uwagi oddałoby jej miejsce siedzące.

Oceń 14 7 odpowiedz

Zgłoś do moderacji

tojaew 19:59:24 | 2017-04-22
Jestem zestresowanym tragarzem, ale patrzę ze stresem tylko na swoje pociechy. I tłumaczę im jak powinni się zachować i dlaczego. To prowadzi do stresu kiedy robią inaczej. 

Oceń 3 odpowiedz

Zgłoś do moderacji

k jar 12:26:55 | 2017-04-22
Pierwsze co mi się w tym tekście rzuciło to całkowite podporządkowanie rodziców dzieciom: maluchy to królowie,którzy mogą wszystko zrobić,a służący rodzic musi się do tego jakoś ustosunkować. Coś jest z nami nie tak (i nie chodzi tylko o kościół, ale i inne publiczne miejsca):dorośli doprowadzili do sytuacji,że dzieci rządzą,a rodzice muszą się podporządkować (kto więc wychowuje: dziecko rodzica?czy rodzic dziecko?). Fakt:nie ma dyskusji w Kościele, a powinna być i to na wysokim cis na temat edukacji religijnej maluchów (wiek poniemowlęcy i przedszkolny).Widzę nawet,że rodzice chcą i szukają oferty dla takich dzieci na parafiach i spotykają się z małym zrozumieniem. Nawet w Krakowie z tym kłopot, a co dopiero na przysłowiowej prowincji. Proboszczowie jakby omijali temat i jakoś nie analizowali zagadnienia z wikarymi:kto mógłby się tego podjąć i jak to zorganizować.Może szkolenia z bp Długoszem, może jakieś kursy na uczelniach katolickich, ale posuchy być nie moze, bo coraz więcej ignorancji w zakresie liturgii i stosunku do niej. Dzieci przedszkolne, które już teoretycznie zwłaszcza w wieku 5+ winny mieć świadomość czym jest msza św., jak się w kościele zachowujemy żują gumę, jedzą obwarzanki, piją soczki, tarzają się na stopniach ołtarza, grają w gry na smartfonie, itp., itd. przy braku jakiejkolwiek reakcji rodziców. No sorry: jestem za naciskaniem na proboszczów i księży w materii mszy św. dla dzieci i specjalnych pomieszczeń dla maluchów, ale upominam się o elementarną pracę nad wychowaniem religijnym dzieci. Rodzice za to odpowiadają na mocy zobowiązań chrzcielnych. Jakoś to nie będzie, dzieci z zabawy nie wyrosną ad hoc, szkoła i katecheza nie nauczy,gdy dom nie poświeci choć minimum uwagi w tej materii.

Oceń 54 5 Pokaż odpowiedzi odpowiedz

Facebook @portalDEONTwitter @deon_plYouTube @portalDEONplInstagram @deon_plKontakt

Logowanie

 
Opcja umożliwiająca automatyczne logowanie w serwisie przy kolejnej wizycie. Jest aktywna do momentu wylogowania.
zarejestruj się zapomniałeś hasła?
Zaloguj przez Facebook