Dobry sposób na sukces zawodowy? Radzi skuteczny przedsiębiorca

(fot. shutterstock.com)

Ci, którzy wygrywają w życiu zawodowym, w równym stopniu inwestują w swoje umiejętności osobowościowe i zdolność przewodzenia. Co jest ich kluczem do sukcesu? 

 

Człowiek, który wie, czego chce, może do tego zmierzać z wigorem. Nikt nie staje się wspaniałym nauczycielem, rodzicem, skrzypkiem ani korporacyjnym menedżerem przez przypadek. Tylko ci, którzy znają swoje słabości, mogą sobie z nimi radzić, a nawet mieć nadzieję na ich pokonanie. Menedżerowie, których kariery zatrzymały się w połowie drogi na szczyt z powodu braku pewności siebie, mogą na nowo podjąć wspinaczkę tylko wtedy, gdy rozpoznają swoje słabości i zaczną z nimi walczyć.


Ci, którzy odkryją, co pobudza ich do pełnego i żarliwego zaangażowania, nie będą mieli trudności z podtrzymaniem motywacji. Powyższe zdania nie mówią absolutnie nic nowego. Mimo że wydają się oczywiste, tylko nieliczni inwestujący w siebie potrafią zrobić z nich użytek.

 

Codziennie aktualizuj stan osobistych umiejętności

 

Wielu inwestuje mnóstwo czasu i pieniędzy, by zdobyć formalne i profesjonalne kwalifikacje oraz umiejętności potrzebne do odniesienia sukcesu. Przywódcy natomiast muszą w równym stopniu inwestować w swoje umiejętności osobowościowe i zdolność przewodzenia. Introspekcyjna podróż - odbyta jednorazowo czy też rozłożona w czasie - stanowi fundament sukcesu. Ta podróż wymaga, aby:


• uznać siebie za utalentowanego,
• zidentyfikować balast obciążający osobowość i uniemożliwiający pełną realizację potencjału; tym balastem są szczególnie słabości ujawniające się w złych nawykach,
• wyartykułować cele i ambicje, które są osobistą motywacją; powiedzieć "nie" dryfowaniu, a w zamian żyć w zgodzie z osobistym poczuciem magis,
• określić, na czym nam zależy, oraz to, jaki wpływ chcemy wywrzeć,
• rozwijać światopogląd służący interakcji z innymi,
• wyrobić w sobie nawyk "uaktualniania" siebie w sposób regularny, tj. codziennie, w zakresie wszystkich powyższych punktów.

 

Ci, którym uda się zdobyć ten portfel osobistych umiejętności, stają się znacznie zdolniejsi do działania pełnego zaangażowania i energii. Wystarczy wyobrazić sobie skumulowaną potęgę tysięcy jednostek posiadających te właśnie osobiste umiejętności. W związku z tym nie dziwi fakt, że Włodzimierz Lenin - człowiek niemający nic wspólnego z jezuitami ani ludźmi wiary - zazdrościł wspólnocie Loyoli. Ponoć kiedyś westchnął, że gdyby miał zaledwie tuzin aktywistów tak utalentowanych i oddanych jak jezuici, komunizm przetoczyłby się przez cały świat jak burza.

 

Z menadżera zamień się w przywódcę

 

Pocieszające jest to, że możliwość rozwijania umiejętności przywódczych znajduje się w zasięgu każdego człowieka. Trzeba jedynie prawdziwie oddać się tej osobistej introspektywnej inwestycji, która z czasem na pewno przyniesie wzrost. Kto bez odpowiednich praktycznych umiejętności byłby tak naiwny, aby zatrudnić się w jakiejkolwiek spółce i ot, tak, po prostu spodziewać się sukcesu? Kto oczekuje, że zostanie świetnym księgowym, jeżeli nigdy nie uczył się księgowości? Kto chce odnieść sukces w zawodzie prawnika, jeżeli nigdy nie studiował prawa? A mimo to jesteśmy nadal wystarczająco naiwni, aby wierzyć, że ci, którzy nie znają samych siebie - swoich mocnych i słabych stron, wyznawanych wartości czy światopoglądu - mogą osiągnąć długotrwały sukces. Świat staje się coraz bardziej złożony i zmienia się szybciej niż w burzliwym XVI wieku, gdy przyszło żyć Loyoli. Z dnia na dzień wydaje się bardziej oczywiste, że tylko osoby z głęboko zakorzenioną zdolnością nieustannego uczenia się i autorefleksji mają szansę z powodzeniem surfować na falach zmian.

Joseph Badaracco, profesor Harvard Business School, ujął w ten jak najbardziej dobitny i trafny sposób kluczową rolę nawyku autorefleksji. W wyniku rozmów przeprowadzonych z przywódcami korporacyjnymi na temat sposobów radzenia sobie z kryzysami oraz rozwiązywania kluczowych kwestii Badaracco doszedł do wniosku, że są [oni] w stanie przeznaczyć część czasu z niekończącego się łańcucha zadań menedżerskich na badawczą autorefleksję, która zazwyczaj przeprowadzana jest raczej w biegu niż w spokoju i odosobnieniu. Są w stanie przebić się przez gorączkę codziennych spraw i skupić na najistotniejszych wartościach oraz zasadach, które, gdy zostaną już odkryte, działają odżywczo dla poczucia celu pracy oraz są trampoliną do pragmatycznego działania pełnego przenikliwości i sprytu. Powtarzając ten proces w życiu zawodowym, menedżerowie są w stanie wypracować autentyczną i silną osobowość opartą na własnym a nie czyimś zrozumieniu tego, co jest słuszne. W ten właśnie sposób zaczynają przechodzić metamorfozę z menedżera w przywódcę.

 

Sam znajdź własną "żyłę złota"


Jeżeli jest tak - jak twierdzili Loyola, Peter Drucker, Daniel Goleman i Badaracco - że samoświadomość to klucz do sukcesu przywództwa, musimy zrewidować nasze pojęcia o przywództwie oraz sposób, w jaki pomagamy przywódcom w rozwoju. Po pierwsze, nikt nie może obudzić w drugim samoświadomości, więc przywódcy muszą przede wszystkim kształtować samych siebie. Tylko "ja" mogę zebrać siły, odwagę i szczerość do "przetrząsania" samego siebie. Inni - trenerzy, menedżerowie, przyjaciele, rodzice, mentorzy - pomagają, ale głównie przyjmując rolę podobną do proponowanej w Ćwiczeniach duchownych (najważniejsze narzędzie samoświadomości) Loyoli: roli "kierownika". Zadaniem kierownika jest "wskazywać, niejako palcem, na żyłę złota i pozwolić każdemu kopać samemu".


Przywódcy "wskazują na złotonośne żyły" innym: swym dzieciom, pracownikom, współpracownikom i przyjaciołom. Ale najpierw sami zobowiązują się przez całe życie szukać samoświadomości. Wszelkie przywództwo zaczyna się od autoprzywództwa, a autoprzywództwo zaczyna się od poznawania siebie samego. Na samym początku należy położyć fundamenty: cele i wartości, zrozumienie własnych mocnych stron, przeszkód oraz światopoglądu. Następnie przychodzi codzienny rewitalizujący nawyk odświeżania i pogłębiania samowiedzy, połączony z zanurzaniem się w nieustannie ewoluujący świat.

 

Fragment pochodzi z książki "Heroiczne przywództwo" autorstwa Chrisa Lowneya. 

 

Po opuszczeniu Towarzystwa Jezusowego Chris Lowney przez 17 lat pracował w różnych oddziałach J.P. Morgan & Co. (Nowy Jork, Tokio, Singapur i Londyn) na stanowisku dyrektora zarządzającego oraz zasiadał w zarządzie korporacji. Obecnie mieszka w Nowym Jorku; jest konsultantem Catholic Medical Mission Board.

 

Założone bez kapitału czy biznesplanu w roku 1540 Towarzystwo Jezusowe to jedna z najlepiej działających korporacji, jakie kiedykolwiek istniały. Od prawie 500 lat skutecznie zarządza siecią placówek misyjnych czy edukacyjnych. Jezuici zawdzięczają swój sukces stosowaniu czterech zasad: samoświadomości, pomysłowości, miłości i heroizmu oraz opracowaniu niepowtarzalnej metody kształtowania prawdziwych liderów.

 

Pierwszy nieczarny garnitur byłego jezuity

 

Po 7 latach życia w jezuickim seminarium, praktykowania ślubów ubóstwa, czystości i posłuszeństwa wobec przebywającego w Rzymie generała zakonu przeszedłem metamorfozę. Stałem się człowiekiem korporacji. Jeszcze w piątkowe popołudnie moim wzorem był założyciel Towarzystwa Jezusowego św. Ignacy Loyola, którego pisma przypominały nam, seminarzystom, że "ubóstwo, jako potężny mur chroniący życie religijne, powinno być ukochane". W poniedziałek natomiast rozpoczynałem karierę w bankowości inwestycyjnej, mając zupełnie nowe wzorce. Jeden z dyrektorów zarządzających roztaczał przed utalentowanymi rekrutami kuszącą wizję bogactwa tak wielkiego, że tylko "leżeć i zbijać bąki". Z jednej strony nie mogłem sobie tego wyobrazić, z drugiej przeczuwałem, co mógł mieć na myśli.

Początkowo trzymałem się na uboczu. Cała sytuacja przyprawiała mnie o zawrót głowy. Nawet w luźnych rozmowach odczuwałem boleśnie, że z powodu zawodowego doświadczenia nieco - mówiąc najdelikatniej - różniłem się od kolegów. Co mogłem powiedzieć, gdy biznesowy narybek raczył się opowieściami o romantycznych wakacyjnych podbojach? Że spędziłem ostatni tydzień na rekolekcyjnym wyciszeniu? Albo że kupiłem sobie pierwszy nieczarny garnitur?

Poczytywałem sobie za wielkie szczęście i przywilej, że opuściłem najlepszą firmę jednego "sektora", aby znaleźć się w najlepszej firmie innego. Przez 17 lat (z wyjątkiem dwóch) J.P. Morgan zajmował pierwsze miejsce w rankingu magazynu "Fortune" na najbardziej poważaną instytucję bankową. Właśnie przez te 17 lat tam pracowałem, choć są to dwa fakty połączone raczej przypadkiem niż związkiem przyczynowo-skutkowym.

 

 

 

Wspomóż Nas

Twoja ocena:

Średnia ocen:

0

Liczba głosów:

0

 

 

Komentarze użytkowników (0)

Sortuj według najnowszych

Facebook @portalDEONTwitter @deon_plYouTube @portalDEONplInstagram @deon_plKontakt

Logowanie

 
Opcja umożliwiająca automatyczne logowanie w serwisie przy kolejnej wizycie. Jest aktywna do momentu wylogowania.
zarejestruj się zapomniałeś hasła?
Zaloguj przez Facebook